Moto

Oto kraj bez motoryzacji prywatnej. Kuba to dziś jedno wielkie wykluczenie transportowe

Kiedy byłem na Kubie w 2017 r., kraj ten wydawał się być bardzo biedny, ale wszystko względnie funkcjonowało – dawało się nawet wypożyczyć samochód lub pojechać autobusem miejskim. Dziś nie działa tam nic, poza losowo przemieszczającymi się elektrycznymi trójkołowcami. Czy Kuba ma szansę wyjść z ekonomicznej zapaści bez transportu?

Tymon Grabowski
Opinia autorstwa: Tymon Grabowski
Dzisiaj 16:50
11 min
(fot. materiały własne)
  • Wskutek wstrzymania dostaw paliw przez Wenezuelę na Kubie zabrakło paliwa. Stanął transport publiczny i ciężarowy.
  • Jedyne, czym można się względnie sprawnie przemieszczać, to elektryczne jednoślady i trójkołowce importowane z Chin.
  • I tak powstał kraj bez motoryzacji prywatnej. Ruchy antysamochodowe powinny stawiać Kubę za wzór dla reszty świata (to żart). 

Jeśli napisze się coś o Kubie w internecie, momentalnie spod kamieni wypełzają obrońcy tamtejszej „rewolucji”, która od dawna już żadną rewolucją nie jest. Wszystkie zdobycze rewolucji – całkiem zresztą zrozumiałej po czasach reżimu Batisty – zostały dawno zaprzepaszczone, a od początku lat 90. Kubańczycy zbierają głównie ciosy z różnych części świata. Zwalanie wszystkiego na amerykańską blokadę jest śmieszne, ponieważ jeśli przez wiele lat wykazujesz jawną wrogość wobec swojego silniejszego sąsiada, to nie dziw się, że on też nie będzie ci specjalnie przychylny. To była część polityczna, a teraz pora na tę motoryzacyjną. 

Kuba to obecnie kraj totalnego wykluczenia transportowego

Gdy odwiedzałem ten kraj w roku 2017, temat trudności transportowych był drugim najczęściej poruszanym w rozmowach między ludźmi – zaraz po trudnościach z zaopatrzeniem w żywność czy lekarstwa. Jako turyści dewizowi płaciliśmy horrendalne kwoty za taksówki, nawet jeśli łapaliśmy tzw. colectivo, czyli samochód prywatny jeżdżący po stałej trasie. Wynajęcie samochodu kosztowało trzykrotnie drożej niż w Stanach Zjednoczonych, a jego pozyskanie wiązało się z całodziennym oczekiwaniem w palącym słońcu (choć był opłacony z góry wiele miesięcy wcześniej), z informacją od wypożyczalni brzmiącą „jak coś będzie, to damy wam znać”.

Kuba na krawędzi. Dorożki zamiast aut. Relacja Polki z Hawany

Reklama
Reklama

W roku 2017 kubańska motoryzacja składała się z aut sprzed rewolucji – amerykańskich, ale też europejskich. Poza tym jeździły liczne Łady i Moskwicze, nieliczna grupa nowoczesnych pojazdów, głównie dla turystów (mają nawet specjalne tablice z literą T) oraz jeszcze mniej liczna grupa aut europejskich z lat 80., dość losowych. Osobną grupą były państwowe, żółte taksówki w Hawanie, często już wtedy wyprodukowane w Chinach, głównie przez Geely, wymawiane na Kubie jako „Yeli”. Udało nam się również pojechać autobusem miejskim, także chińskim (Yutong), a względnie nowoczesne autokary przedsiębiorstwa Transgaviota kursowały między miastami, także wożąc głównie turystów. Ta sytuacja trwała do roku 2020. 

Hawana w „dobrych” czasach. Fot. Przemek Dobrosławski (fot. materiały własne)

Pandemia zniszczyła turystykę, która pozwalała Kubie trwać

Samochody z wypożyczalni dla turystów przestały być potrzebne, dewizy przestały płynąć. Ci, którzy mają rodzinę w Stanach Zjednoczonych, jeszcze jakoś sobie radzili – zresztą z Miami (okrężną drogą) płyną na Kubę części pozwalające utrzymać pojazdy w sprawności. W Hialeah koło Miami znajduje się słynny sklep kubańsko-rosyjskiego Amerykanina – Fabiana Zacharowa, dystrybuujący części do Łady. W wielu przypadkach trochę ustały jednak powody do jeżdżenia. Sam nasz dwutygodniowy pobyt zasilił kubańską gospodarkę kwotą ok. 500 dolarów wydaną tylko na przemieszczanie się. Ale autem wciąż dawało się jeździć, ponieważ na stacjach benzynowych dostępne było paliwo importowane z Wenezueli. Wprawdzie panowała dojmująca bieda, ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Po porwaniu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro przez służby amerykańskie ustał import paliw. Benzyna na stacjach skończyła się i cały transport stanął. Przestały jeździć autobusy miejskie i śmieciarki. Mówiono o horrendalnych cenach paliw na czarnym rynku, gdzie litr benzyny dochodził do 8 dolarów – tyle że przy obecnych kubańskich zarobkach na poziomie 20-50 dolarów na miesiąc, były to raczej ceny teoretyczne. Kierowcy nielicznych, państwowych ciężarówek mieli oczywiście skłonność do przelewania części paliwa w celach zarobkowych, tzn. po prostu je kradli, co dodatkowo utrudniało prowadzenie transportu. Kraj znalazł się w sytuacji dramatycznej, bo próby importu paliw były blokowane przez Stany Zjednoczone.

Reklama
Reklama

Zaczęło dochodzić już do długotrwałych wyłączeń prądu, następny w kolejności był głód (znany dobrze Kubańczykom z lat 1991-1997), ponieważ maszyny rolnicze też potrzebują oleju napędowego. Stanęły też samoloty, ponieważ nie było czym ich dotankować na miejscu po wylądowaniu. Pod naciskiem amerykańskim dostawy paliw wstrzymał też tymczasowo Meksyk. 12 maja ogłoszono koniec cen państwowych dla paliw, które od dawna i tak były fikcyjne – teraz można je sprzedawać za ile się chce, również w dolarach. 

„Almendron”, czyli wielki migdał. Tak nazywa się amerykańskie krążowniki szos na Kubie. (fot. materiały własne)

Sytuację mieli uratować Rosjanie

Na Kubę przypłynął rosyjski tankowiec ze stoma tysiącami baryłek ropy. Tyle że jest to ilość, która pozwoliła krajowi działać względnie normalnie przez ok. dwa tygodnie, i jeszcze trzeba było poddać ją rafinacji na miejscu. Stacje benzynowe pozostały więc zamknięte, czarny rynek paliw nadal istnieje, ale teoretycznie można zapisać się w rządowej aplikacji na zakup 20 litrów paliwa na osobę (pod warunkiem posiadania samochodu), z czasem oczekiwania między 3 a 4 miesiące na jego realizację. 

Ironiczny w tym kontekście jest fakt wydobywania ropy naftowej na Kubie w okolicach Matanzas. W dobrych czasach wydobywana tam ropa wystarczała na zaspokojenie ok. 40 proc. krajowego zapotrzebowania, jednak jej jakość jest niska i charakteryzuje się dużą zawartością siarki. Utrudnia to rafinację i obniża wartość energetyczną wydobywanej ropy, a jednak zainteresowały się nią firmy naftowe z Angoli (Sonangol) czy Australii. Wskutek tego borykająca się z katastrofalnym brakiem paliw Kuba planuje, według doniesień portalu CiberCuba, eksportować to co sama wydobywa, by pozyskać jakiekolwiek dewizy. Nonsens tej sytuacji jest wielowarstwowy.

Reklama
Reklama

A przy okazji – wspomniana powyżej ropa z rosyjskiego tankowca już się skończyła i powróciły wyłączenia prądu (blackouty). Wprawdzie Stany Zjednoczone nieco poluzowały blokadę i w teorii sektor prywatny na Kubie może kupować paliwo z Wenezueli, ale jest to zupełna teoria, bo skąd w kraju autorytarnym, kontrolowanym w całości przez państwo, sektor prywatny miałby mieć pieniądze na zakup paliw? Tymczasem kolejne dzielnice Hawany cierpią z powodu wyłączeń prądu nawet na 20 godzin dziennie. Ostatnio w Luyanó odbył się protest mieszkańców, którzy zablokowali główną ulicę – to rzadkość w kubańskich realiach. 

Dworzec „autobusowy” z zaimprowizowanymi pojazdami do przewozu osób. Rok 2017. (fot. materiały własne)

Na ulicach pojawił się nowy typ pojazdów

Podczas mojej wizyty na Kubie podobno istniał jeden samochód elektryczny – Nissan Leaf, ale nie widziałem go w ruchu. Obecnie chińskie pojazdy elektryczne w postaci nie samochodów, ale skuterów i trójkołowców wysypały się na kubańskie ulice. Nie rozwiązują one problemu braku paliw, bo nadają się tylko do transportu prywatnego, albo do krótkodystansowego przewozu osób bądź towarów, ale warto zauważyć, że na naszych oczach dokonuje się wymuszona okolicznościami elektryczna rewolucja.

Wystarczy zacząć wpisywać w wyszukiwarkę „triciclo electrico” (elektryczny trójkołowiec), żeby algorytm sam dopisał „para Cuba” i skierował nas ku kilkunastu stronom rozmaitych firm, oferujących błyskawiczną wysyłkę bezemisyjnego trycykla ze Stanów Zjednoczonych lub Meksyku na Kubę. Cena: około 4500 dolarów. Zasięg: kilkadziesiąt kilometrów – gotowy od razu do zarabiania na przewozie osób, które oczywiście wpychamy hurtowo na skrzynię ładunkową z tyłu. Problem w tym, że inwestujemy w pojazd w dolarach, a zarabiamy w bezwartościowym lokalnym peso, ale przynajmniej nie musimy narzekać na popyt, bo ten jest nieskończony. Chyba, że nastąpią „apagones” – wyłączenia prądu i nie ma z czego się naładować. Obecne raporty mówią o brakach na poziomie 2000 MW (megawatów) w godzinach największego poboru. 

Reklama
Reklama

Kiedyś te auta musiano utrzymywać w sprawności, dziś to już nie aż tak ważne... (fot. materiały własne)

Kreatywność ludzka w starciu z problemami potrafi nadal zadziwić. Większość Kubańczyków poddała się z jeżdżeniem samochodem, nawet jeśli go mają – nawet bardzo popularne tu polskie Fiaty 126p przestały być widywane. Jednak jeden z kubańskich mechaników dokonał zadziwiającej przeróbki, dostosowując „Malucha” do zasilania gazem drzewnym. Auto wyposażone w gigantyczny kocioł, mimo nędznej mocy i prawdopodobnych problemów z silnikiem w przyszłości, faktycznie wyjechało na ulice okolic Hawany, budząc sensację na całym świecie, o czym pisaliśmy również na Zero.pl. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że historia tego pojazdu jeszcze się nie skończyła i jeszcze o nim usłyszymy. 

A może Kuba wygrała na loterii i trzeba się z tej sytuacji cieszyć?

Położona niedaleko wyspa New Providence w archipelagu Bahamów to zamożne miejsce, gdzie ok. 70 proc. dochodów pochodzi z turystyki, a pracuje w niej połowa liczącej ok. 300 tys. osób populacji. Wyspa mimo małych rozmiarów (34 na 11 km) jest absolutnie zatkana ruchem drogowym. Nieliczne małe autobusy znane jako „jitneys” są bezużyteczne w starciu z projektowaną w amerykańskim stylu siatką ulic, więc wszyscy używają samochodów prywatnych, bez przerwy stojąc nimi w korku. Chaos potęguje obecność licznych aut amerykańskich z kierownicą po lewej stronie przy ruchu lewostronnym, a także to, że „jitneys” należą do różnych, prywatnych firm, mających własne systemy biletowe, ale za to nie posiadające stałych rozkładów jazdy. To wszystko sprawia, że ludzie jeżdżą samochodami, bo tak jest łatwiej i szybciej. Wyobraźmy sobie, że tą samą drogą poszłaby Kuba: Castro postawiłby na turystykę, dobrobyt istotnie by wzrósł, korki w Hawanie sięgałyby horyzontu, a każdy samolot z letnikami powodowałby kolejny wysyp aut z wypożyczalni na ulice. 

Typowa ulica w Hawanie. Łada to najpopularniejsza marka. (fot. materiały własne)

Reklama
Reklama

Kuba została tym wymarzonym krajem bez motoryzacji prywatnej

Warszawa, jako jedno z wielu miast w Europie, przyjęła założenia agendy C40, gdzie zapisano dwa cele redukcji liczby samochodów prywatnych. Realistyczny – do 190 aut na 1000 mieszkańców (śmiesznie mało, to poziom Kirgistanu i Gwatemali) lub ambitny, i tu uwaga – zero aut na 1000 mieszkańców. Taką sytuację mamy już właściwie na Kubie, może całkowitego zera osiągnąć się nie udało, ale ruch drogowy jest absolutnie minimalny. Wciąż pozostaje pewna zamożna grupa, która kupuje benzynę na czarnym rynku, wożąc się po Hawanie nowym BMW X6, ale to zupełnie pomijalna okoliczność. Problem polega na tym, że zero samochodów prywatnych oznacza istotną recesję gospodarczą. Pomijając brak wpływów podatkowych ze sprzedaży paliw, mamy też sytuację, gdy nie działają małe firmy, ponieważ ich zwykłe funkcjonowanie przeważnie wymaga samochodu. 

Tymczasem komunikacja zbiorowa jest co do zasady dotowana z budżetu państwa i koszt biletów finansuje ją w niewielkim stopniu, często nieprzekraczającym 30 proc. Nawet przy potencjalnym dostępie do paliw, przy zupełnym braku motoryzacji prywatnej, co miałoby finansować dobrą komunikację zbiorową? Jeśli nie ma paliwa ani prądu, autobus i ciężarówka nie pojadą, ale gdy nie pojadą, to nie wytworzą dochodu koniecznego w celu zakupu paliwa i tak kubańskie koło się zamyka. W dzisiejszych czasach kraj, w którym wymuszono by odejście od motoryzacji prywatnej w całości, byłby krajem upadłym, bardzo łatwym do przejęcia przez obce mocarstwo. 

Obecna sytuacja Kuby czyni ją niezwykle podatną na „kolonizację ekonomiczną”. Trudno wyobrazić sobie, by kraj w stanie tak istotnego rozkładu mógł poradzić sobie i dojść do dobrobytu samodzielnie. Albo Kubę przejmie Trump, albo Chińczycy. Ale przynajmniej nie ma korków.