Wspomnień z nim mam też niewiele – to przeważnie powidoki z dzieciństwa, jakieś przebłyski pamięci, które często tak bardzo różnią się od tego, co naprawdę się wydarzyło. Natomiast jedno wspomnienie jest całkiem wyraźne.
Kończymy rodzinny obiad. Dziadek starannie zjada wszystko, wręcz wyskrobuje talerz. Robi to z nienagannymi manierami, ale jednak z nieustępliwą dokładnością. Widząc, że go obserwuję, uśmiecha się łagodnie i tłumaczy, że po prostu pamięta, czym jest głód.
Pamięć
„Nigdy nie wolno zapomnieć” – te słowa usłyszałam od innego więźnia Gross-Rosen (Rogoźnica, 60 km na zachód od Wrocławia) w archiwalnym reportażu radiowej Jedynki o niemieckim obozie koncentracyjnym.
Dziadek przeminął, jego córka czyli moja mama, do której trafiły pamiątki po nim, również… Czy kogoś to ominie?
Przeczytaj także: „Lalka” była dobrym wyborem do rozprawki? Polonista tłumaczy
I tak ocalałe artefakty znalazły się w moich rękach. To dokumenty i listy, które przede wszystkim są świadectwem losu mojego dziadka, ale są również materialnym dowodem horroru milionów ofiar, które trafiły do niemieckich fabryk śmierci w czasie II wojny światowej.
483 dni w niewoli
Obóz Gross-Rosen powstał w sierpniu 1940 r. Więźniowie przeznaczeni byli do katorżniczej pracy w miejscowym kamieniołomie granitu.
„Mordercza 12-godzinna praca w kamieniołomie, głodowe racje żywnościowe, brak należytej opieki lekarskiej, nieustanne maltretowanie i terroryzowanie więźniów zarówno przez załogę SS, jak i więźniów funkcyjnych powodowały dużą śmiertelność, a KL Gross-Rosen był postrzegany jako jeden z najcięższych obozów koncentracyjnych” – podaje Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy. Na terenie obozu Niemcy nie zdołali ukończyć budowy komory gazowej, stosowali za to inne metody masowego uśmiercania m.in zastrzyki z substancji chemicznych (krople nasercowe z solami cyjanowymi).
Przez obóz i jego oddziały przeszło około 125 tys. więźniów. Byli to głównie Żydzi, Polacy oraz obywatele ZSRR. Zagłady dokonywanej przez załogi SS nie przeżyło ok. 40 tys. osób. Wiele tysięcy nie przetrwało ewakuacji obozu podczas tzw. marszu śmierci, gdy Niemcy uciekali przed nadchodzącą ze wschodu Armią Czerwoną.
Tylko dzięki archiwum dziadka znam jego obozowy los ze szczegółami. Z niego wyczytałam daty, ustaliłam miejsca i okoliczności całego tego dramatu.
Wiem, w jaki sposób dziadek trafił do niewoli.
Według jego relacji, spisanej w ankiecie informacyjnej byłego więźnia hitlerowskich więzień i obozów koncentracyjnych, 2 stycznia 1944 r. do mieszkania Nocuniów w Radomiu przy ul. Słowackiego wpadło Gestapo. Podejrzewali brata dziadka, Tadeusza, o przynależność do podziemnej organizacji. Kilka dni wcześniej ktoś wysadził tory, partyzantów szukali więc wśród rodzin kolejarzy. Aresztowali całą rodzinę, brata poszukiwali. Nie pomogło kłamstwo w kwestii daty urodzenia Józefa (to wiem z przekazu ustnego babci). Rodzice zeznali, że Józek jest z 1922 r, odjęli mu dwa lata. Ale to na Niemcach nie zrobiło żadnego wrażenia. Wywieźli go na Dolny Śląsk.
Dziadek za więzienne mury Gross-Rosen dotarł 13 marca 1944 r. W niewoli spędził 483 dni. Minęły kolejne dwa lata, zanim został wyleczony z gruźlicy i uzyskał zgodę na powrót do kraju.
„Briefe in polnischer Sprache sind verboten!”
Najcenniejszymi ze wszystkich zachowanych pamiątek są dla mnie listy. Pisane po niemiecku, opatrzone stemplem ze swastyką, która wciąż budzi instynktowny lęk. Na każdym wydrukowano instrukcję: „Briefe in polnischer Sprache sind verboten!” („Listy w języku polskim są zabronione!”).

Na listach zachowany stempel ze swastyką
Adresowane do rodziców, do mieszkania przy ul. Słowackiego w Radomiu, oraz do Gertrudy Gruszki z Wilhelm-Gustloff-Straße, Nikolai (Mikołów nieopodal Katowic). Dziś mogę jedynie snuć domysły, że Gertruda była młodzieńczą miłością dziadka. Nazywał ją bowiem czule kochaną Trudką i wspominał, że tęskni, a myśli o niej dają mu nadzieję. Piękne, odręczne pismo – dziś nikt już tak nie kreśli liter.

W tym liście do rodziców: Kochana Mamusiu, jeśli brakuje pieniędzy na paczkę dla mnie, sprzedaj proszę mój garnitur (fot. Inne)
Skąd brał siłę na tę korespondencję, nie mam pojęcia, ale jak sam pisał, to trzymało go przy życiu. Listy nadawał przecież z baraków, w których panowały uwłaczające warunki. Za ścianą esesmani dokonywali masowych egzekucji, po cichu budowali komorę gazową.
W wiadomościach od Józefa słowa pokrzepienia, że wszystko w porządku. Ale zaraz obok prośba o zwykłe suchary, bo te najdłużej przetrwają i takie słowa: sprzedajcie wszystko, co możecie i wyślijcie paczkę. Czyli ten dojmujący głód.
W każdym liście obowiązująca wszystkich formułka „Jestem zdrowy i dobrze się czuję”, pieczęć Zensiert, podpis cenzora i znaczek III Rzeszy za 12 fenigów z wizerunkiem Hitlera.
Dziadek katorgę w Gross-Rosen przetrwał. Podczas marszu śmierci, uciekając przed frontem, esesmani zapędzili jego komando pieszo 600 km, aż do Dachau.
Przeczytaj także: Chciał anulować abonament RTV, skończył w sądzie. Przełomowy wyrok
Tam 29 kwietnia 1945 r. wyzwolili ich alianci. Amerykańskie oddziały, które jako pierwsze dotarły do Dachau, były przerażone tym, co zastały na miejscu.
Dopiero w maju 1947 r. dziadek doszedł do siebie na tyle, by móc wrócić do kraju. Wcześniej przebywał w szpitalu w Gauting – podmonachijskim ośrodku leczenia gruźlicy w amerykańskiej strefie okupacyjnej, zorganizowanym przez UNRRA w dawnym szpitalu Luftwaffe z myślą o byłych więźniach kacetów.
Wiem to, bo i taki dokument ocalał. To certyfikat wydany w amerykańskiej strefie okupacyjnej przez Polską Misję Repatriacyjną we Frankfurcie, podpisany przez oficera łącznikowego kpt. Józefa Kachnikiewicza.

Zaświadczenie potrzebne do powrotu do kraju (fot. Inne)
Przepustka do ojczyzny
Jest też zaświadczenie ze szpitala a w nim stwierdzenie: „Stan ogólny pacjenta jest bardzo dobry. Pacjent zostaje dzisiaj wypisany z leczenia stacjonarnego, aby wziąć udział w transporcie do swojej ojczyzny”. Podpisał się pod tym dyrektor medyczny ośrodka, dr A. Weiss.
Tak brzmiała przepustka do Polski wydana 22 maja 1947 r.
Papiery dziadka przeleżały osiemdziesiąt lat w czerwonej, skórzanej torbie. Czas zaczął je trawić – pożółkły, kruszeją. A przecież „nie wolno zapomnieć”. Zadawałam sobie zatem pytanie, jak o to wszystko zadbać.
Mam takie szczęście w życiu, że otaczam się głównie mądrymi osobami, które wiedzą, bo… coś gdzieś usłyszały, przeczytały, z kimś rozmawiały.
Przeczytaj także: Nie, Polacy nie okradają Ukraińców z ich pieniędzy na leczenie. Polemika z tekstem oko.press
Jedna z tych osób, ta z mojego „szczęścia w życiu”, podpowiedziała mi, by skontaktować się z Mariuszem Olczakiem, dyrektorem Archiwum Akt Nowych.
Po rozmowie z dyrektorem – nagła ulga. Wiedziałam już, co zrobić z listami dziadka, przestałam się martwić o ich los. Proces przekazywania pamiątek nie był suchą procedurą urzędową, tylko aktem najwyższego szacunku dla świadków historii. Archiwum jest bezpieczną przystanią, w której moje rodzinne pamiątki staną się wiecznotrwałym świadectwem, zabezpieczonym skutecznymi metodami konserwacji.
Może ktoś uznać to za patos, ale dla mnie archiwum pełni misję niemal sakralną, a ja sama wierzę, że przekazane przeze mnie artefakty staną się dokumentami historycznymi, które zajmą należne im miejsce w zbiorowej pamięci.
Wiele osób pyta: „Nie szkoda ci? Przecież to pamiątka rodzinna”.
Odpowiadam: nie było łatwo, ale paradoksalnie – pozbywając się tego skarbu, jednocześnie go ratuję.
Rozumiem, że tylko w ten sposób ta historia przetrwa, a usłyszane w radiu nawoływanie więźnia Gross-Rosen o tym, że nie wolno zapomnieć, zostanie wysłuchane.
Dziś, w 81. rocznicę zakończenia II wojny światowej, podpiszę oficjalną umowę dot. dokumentów przekazanych do działu archiwów społecznych w Archiwum Akt Nowych w Warszawie.

