Zacznijmy od podstawowego faktu. To nie są „wytyczne MEN”. Rozporządzenie z 16 lutego 2026 r. wydał minister zdrowia, nie minister edukacji narodowej. Dotyczy ono żywności sprzedawanej dzieciom i młodzieży oraz żywienia zbiorowego w jednostkach systemu oświaty. To istotna różnica, zwłaszcza gdy na tej pomyłce buduje się opowieść o rzekomej „ideologii” Barbary Nowackiej, Katarzyny Lubnauer i MEN.
Mięso tylko dwa razy w tygodniu? Nie
Jeszcze poważniejsze jest przedstawienie przepisów dotyczących mięsa. Rozporządzenie nie mówi, że mięso wolno podawać tylko dwa razy w tygodniu. Mówi, że w ramach obiadów dwa razy w tygodniu ma być podana porcja przygotowana ze świeżego mięsa. To wymóg dotyczący obecności świeżego mięsa, a nie zakaz podawania mięsa częściej.
Co najmniej raz w tygodniu ma być również ryba i co najmniej raz danie na bazie nasion roślin strączkowych bez produktów odzwierzęcych. Nigdzie nie zapisano natomiast, że strączki mają być „głównym źródłem białka”. Rozporządzenie wymienia różne jego źródła: mięso, ryby, jaja, orzechy i strączki. Ogranicza natomiast to, czego w diecie dzieci rzeczywiście powinno być mniej: wysoko przetworzoną żywność, nadmiar cukru, soli i smażenia.
Czytaj też: Nowy rok szkolny, te same problemy. Kilka korekt MEN to za mało
To nie jest żadna wojna z mięsem. To próba ułożenia szkolnych posiłków tak, by dzieci jadły bardziej różnorodnie.
O zdrowie dzieci, nie o ideologię
I warto pamiętać, dlaczego w ogóle rozmawiamy o jakości szkolnego jedzenia. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Instytutu Badawczego, nadmierną masę ciała ma około jedna trzecia polskich ośmiolatków. To realny problem zdrowotny, wobec którego szkoła i państwo nie powinny być obojętne.
NIZP-PZH zaleca dzieciom i młodzieży m.in. chude mięso, ryby, jaja i nasiona roślin strączkowych, a jednocześnie ograniczanie przetworzonych produktów mięsnych. Chodzi o proporcje, jakość i różnorodność, a nie o zakazywanie mięsa.
Pamiętam ze swoich szkolnych czasów mortadelę w panierce, plaster wysoko przetworzonej wędliny obtoczony w bułce tartej i usmażony, który udawał kotlet. Naprawdę nie wszystko, co jedliśmy „za naszych czasów”, zasługuje dziś na obronę tylko dlatego, że jest tradycyjne.
I właściwie jakiego modelu żywienia chcą krytycy tych zmian? Czy szkoła ma zmierzać w stronę najgorszego wydania amerykańskiego fast foodu: frytek, panierowanych nuggetsów z rozdrobnionego mięsa i innych wysoko przetworzonych produktów, z dużą ilością soli i tłuszczu? Czy jednak wolimy świeże mięso, rybę, warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste, a czasem również fasolę, soczewicę czy ciecierzycę?
Sprawdź także: Dzieci mają coraz większe problemy z motoryką. Tymczasem MEN ogranicza prace manualne
Przy skali problemów z nadwagą u dzieci odpowiedzialnością państwa nie jest bronienie mortadeli w panierce. Odpowiedzialnością jest zadbanie o to, żeby szkoła nie utrwalała złych nawyków żywieniowych.
A co do tego ma mój tatar?
W komentarzu Igora Zalewskiego pojawia się też informacja, że jestem miłośniczką tatara i krwistych steków, oraz porównanie szkolnych zasad z bufetem w Ministerstwie Edukacji.
Tak, lubię tatara i dobry stek. Tylko co z tego?
Jadłospisu dzieci nie układa się według kulinarnych upodobań Katarzyny Lubnauer, Barbary Nowackiej ani żadnego innego ministra. Powinien wynikać z wiedzy o zdrowiu i potrzebach rozwijającego się organizmu. A bufet dla dorosłych pracowników ministerstwa nie jest szkolną stołówką. Osobista wycieczka nie zastępuje argumentu.
Może Cię zainteresować: MEN jak niesforny uczeń: wszystko zostawia na ostatnią chwilę
I właśnie to jest w tej historii najbardziej kompromitujące. Nie to, że Igor Zalewski ma inne poglądy, ma do nich pełne prawo. Problem w tym, że osoba aspirująca do roli dziennikarza szeroko komentuje dokument, którego, sądząc po liczbie podstawowych błędów, albo nie przeczytała, albo przeczytała go tak pobieżnie, że nie zrozumiała jego zasadniczej treści. Myli ministerstwo, które wydało rozporządzenie. Z wymogu podawania świeżego mięsa robi ograniczenie mięsa do dwóch razy w tygodniu. Przypisuje dokumentowi tezę o strączkach jako głównym źródle białka, której w nim nie ma. A potem zamiast sprawdzić przepisy, komentuje moje upodobania kulinarne.
Czytaj także: Polskiej nauki portret własny. Co wynika ze sprawy Barbary Mróz-Gorgoń?
Dziennikarz może krytykować rząd i rozporządzenie tak ostro, jak chce. Ale najpierw powinien ustalić trzy elementarne rzeczy: kto wydał dokument, co jest w nim napisane i czego w nim nie ma.
Krytyka może być ostra. Dziennikarstwo może być zaangażowane. Ale faktów nie można wymyślać. Cztery strony rozporządzenia naprawdę warto przeczytać przed nagraniem materiału.
To nie ideologia. To zdrowie dzieci. A mój stek naprawdę może zostać poza tą dyskusją, szczególnie że nie wiem, jakie upodobania kulinarne ma minister zdrowia.


