Przestańcie się oszukiwać i nakręcać. Przestańcie z polską bezmyślnością i okrucieństwem pijanej tłuszczy pastwić się nad kobietą, która zaliczyła kompromitującą naukową wpadkę – przypadkowo tylko wyciągniętą na światło dzienne. Spójrzcie prawdzie w oczy. A prawda jest znacznie bardziej bolesna i znacznie bardziej śmierdząca, niż defekacyjna metafora zrozpaczonego profesora Zenderowskiego, który z klasą godną profesora nauk społecznych pisze na Facebooku o „spektakularnym obsraniu jego tytułu naukowego”.
Nie ma żadnej afery profesor Barbary Mróz-Gorgoń z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Nie ma żadnej afery z nią w roli pełnomocnika rządu do spraw promocji marki Polska. I nie ma żadnej afery z raportem „Polaków portret własny”, napisanym przez „sztuczną inteligencję klasy Temu”, i najwyraźniej nawet nie przeczytanym przez jego „autorkę”.
Afera jest zupełnie inna i trwa od wielu lat. To afera pod nazwą „Polskiej nauki portret własny”. I afera druga, znacznie poważniejsza: „Państwa polskiego portret własny”.
O aferze drugiej, w istocie większej, pisać wiele nie będę – zaledwie wspomnę. Zastanów się czytelniku, jak działa twoje i moje państwo. Państwo, w którym na pełnomocnika rządu, co do rangi – ministra – zostaje powołana osoba, która kilka dni po nominacji kompromituje rząd i premiera czymś, co zrobiła prawie rok wcześniej.
Nie interesuje mnie to, kto panią Mróz-Gorgoń Tuskowi rekomendował. Politycy handlują nominacjami jak ulicznica swoim ciałem, a Tusk jest jednym z bardziej bezwzględnych handlarzy. Interesuje mnie to, kto panią Mróz-Gorgoń dla Pana, Panie Premierze, przed złożeniem przez pana podpisu pod tą nominacją, sprawdzał? Kto zweryfikował jej życiorys, jej publikacje, jej wcześniejsze prace i zlecenia? Kto panu powiedział: „można powoływać”?
Panie Tusk, pan nie masz problemu z idiotą, który panu panią Mróz-Gorgoń podsunął. Pan masz problem dużo poważniejszy. Pan masz problem z urzędniczym aparatem, który powinien chronić i pana jako premiera, i państwo polskie, moje państwo, przed takimi kompromitacjami. Za taki błąd ci urzędnicy nawet za przaśnej i niekompetentnej komuny nie dostaliby białego chleba nad Morzem Czarnym, tylko odwrotnie. Czy pan nie potrafi o to zadbać, czy pana to po prostu nie obchodzi?
Nie jedna profesor, lecz system
Wróćmy jednak do afery mniejszej – „Polskiej nauki portret własny”.
Miałem przyjemność wziąć udział w Kanale Zero w żywym, uczciwym sporze z Wojciechem Dąbrówką, rzecznikiem Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (w mojej nomenklaturze: Towarzystwo Gronostajnych) oraz Aleksandrą Przegalińską, prorektor Akademii Leona Koźmińskiego. Spór moderował jakiś taki ospały tego dnia Mazurek, bo troje jajogłowych z tytułami naukowymi miało w sobie więcej werwy i pasji, niż jeden z bardziej bezkompromisowych polskich dziennikarzy.
Czytaj także: Polska marka? Nie rozśmieszajcie świata
Cenię sobie spotkanie z Dąbrówką. Cenię rozmowę z Przegalińską. Wybaczcie więc oboje to, co napiszę dalej – to nie krytyka Was, tylko krytyka tego chorego systemu, który nazywamy polską nauką, a którego wy bronicie. Wybaczcie, bo – parafrazując Arystotelesa – przyjaciółmi są mi naukowcy, lecz większą przyjaciółką – nauka.
Jako enfant terrible polskiej nauki nie miałem przed tym spotkaniem żadnych złudzeń. Powiedzenie brutalnej prawdy o tym, że przypadek Mróz-Gorgoń nie jest w polskiej nauce żadnym wyjątkiem, tylko dość częstym zjawiskiem, musiało wywołać sprzeciw. Otwarte stwierdzenie, że raport „Polaków portret własny” to przewidywalny produkt polskiego systemu nauki w postaci, w jakiej jest skonstruowany i utrzymywany przez swoich prominentnych członków – prominentów tego systemu oburzy.
Dość łatwa do przewidzenia była też strategia obrony tego patologicznego systemu przez moich rozmówców i część polskiego środowiska naukowego. Strategia najmniej bezsensowna ze wszystkich bezsensownych: przypadek Mróz-Gorgoń to wyjątek. Wypaczenie. To przykra, godna potępienia, ale jednak aberracja. Przecież w Polsce jest mnóstwo dobrych, uczciwych naukowców. Setki i tysiące z nich uczciwie wykonują swoją pracę – najczęściej jako solidni rzemieślnicy, którzy pracy tej wstydzić się nie muszą. A z rzadka – jako artyści, z których wszyscy możemy być dumni. Więc nie oceniajmy polskiej nauki na podstawie przypadku profesor Mróz-Gorgoń. Socjalizm tak – wypaczenia nie!
Nieprawda. Polską naukę właśnie trzeba oceniać między innymi na podstawie przypadku profesor Mróz-Gorgoń. Dokładnie na tej samej zasadzie, na jakiej zdrowie organizmu ocenia się na podstawie tego, jak jego układ odpornościowy radzi sobie z chorobą. A układ odpornościowy polskiej nauki został wyłączony przez samych polskich naukowców wiele lat temu.
Krystaliczni naukowcy
Co z tego, że uczciwych naukowców ciągle są w Polsce tysiące? To jest jedyny chyba punkt, w którym z dumą i radością zgadzam się z Dąbrówką i Przegalińską. Tak, uczciwych, dobrych naukowców są w Polsce tysiące. Tylko czy przywoływanie ich istnienia, ich talentu i ciężkiej pracy ma służyć obronie systemu, w którym takie przypadki, jak przypadek Mróz-Gorgoń, nie są eliminowane przez mechanizmy samego systemu nauki, tylko przez publiczność? Przez polityka, który chce obnażyć niekompetencję premiera, lub anonimowych internautów, wykonujących robotę, którą dziewięć miesięcy wcześniej powinien wykonać Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu czy Akademia Leona Koźmińskiego?
Bo słowa rzecznika gronostajnych, Dąbrówki, że nasz system nauki zna mechanizmy obrony przed takimi patologiami, są – to nie błąd językowy – najszczerszą prawdą. Dąbrówka nie kłamie. I tym bardziej jest to przerażające. Oczywiście, że nasz system te mechanizmy zna. Tylko że nasz system nauki świadomie, celowo, z rozmysłem i z premedytacją tych mechanizmów nie stosuje. Bo tak jest wygodniej.
Jaki odsetek obron doktorskich w Polsce zakończył się wynikiem negatywnym w minionym roku? Jaki odsetek przewodów habilitacyjnych? Ile stopni doktorskich czy habilitacyjnych odebrano w systemie polskiej nauki ludziom, którzy nigdy ich nie powinni dostać, w zeszłym roku? Albo w ciągu minionych 10 lat? Ile razy uczelniane komisje dyscyplinarne ukarały polskiego pracownika naukowego za plagiat? Ile razy był poddany środowiskowemu ostracyzmowi za bylejakość, za intelektualną nieuczciwość, za lenistwo, za to, co w innym tekście nazwałem „tomkowatością”?
Dąbrówka protestując przeciw krytyce polskiej nauki jako systemu apelował o podawanie twardych danych. Więc, panowie rektorzy, Wasze Wspaniałości, pokażcie te dane. Pokażcie, jak działają w praktyce te mechanizmy, o których Dąbrówka tak pięknie mówi, że je znamy. Jak broni się nasz system nauki przed patologiami, bylejakością, oszustwami?
Sprawdź również: Dymisja w rządzie. Pełnomocniczka od marki Polska rezygnuje
Podejrzewam, że gdyby te dane upubliczniono, to wynikałoby z nich, że jesteśmy wyjątkiem na skalę świata. Że mamy najbardziej krystalicznych, najuczciwszych naukowców na świecie. Że w Polsce, wśród ponad 220 tys. naukowców, w zasadzie żaden nie oszukuje, nie robi byle jakiej nauki, nie kopiuje czy wtórnie nie kompiluje dorobku naukowego innych. Wszyscy ślęczą w laboratoriach i bibliotekach, za tę państwową jałmużnę zmieniając świat na lepsze. No po prostu stadko niewinnych owieczek i baranków pokoju, dobrotliwie wypasanych na niesoczystych pastwiskach polskiej nauki przez mądrych baców w gronostajach. Tylko ta jedna czarna owca z Wrocławia i ten kundel bez habilitacji, co ciągle ujada. Też z Wrocławia. Przeklęte miasto.
I wreszcie coś, o czym środowisko naukowe tak głośno w tej aferze milczy. Kto nadał profesor Mróz-Gorgoń habilitację? Szkoła Wypasu Owiec w Uzbekistanie? Akademia Przesiewania Piasku w Mogadiszu? Ten stopień nadało jej polskie środowisko naukowe. Samiście jej tę habilitację przyznali, po rzekomo gęstym sicie skomplikowanej procedury weryfikacyjnej. Co więcej, profesor Mróz-Gorgoń oceniała już także habilitacje innych, więc jej koledzy naukowcy uznali, że nie tylko jest ona intelektualnie samodzielnym badaczem, ale może też oceniać samodzielność innych badaczy!
Dzisiaj więc krew się we mnie burzy, gdy słyszę absurdalne wezwania kwestionujące cały jej dorobek naukowy, którego nie znam, by odebrać jej naukowy stopień. Tak łatwo, jak stopnie te przyznajecie, tak samo łatwo byście je odbierali albo krzyczeli o ich zrzekaniu się. I to ma budować autorytet polskiej nauki?
Najlepszy system nauki na świecie
Tyle o odpowiedzialności samych naukowców za to, na co od lat przymykają oczy w swoim środowisku. A co z odpowiedzialnością instytucji? Tutaj absolutnie symptomatyczna dla patologii polskiej nauki była obrona systemu w wykonaniu profesor Przegalińskiej.
Nieszczęsny raport profesor Mróz-Gorgoń, wyzwalacz całej awantury, prezentowany był w murach Akademii Koźmińskiego. W moim mentalnym świecie i wedle mojej najlepszej wiedzy w mentalnym świecie wszystkich szefów wszystkich odpowiedzialnych instytucji, to oznacza, że uczelnia daje nie tylko swoje mury, ale przede wszystkim daje swoją markę, swój prestiż temu, co będzie w jej salach prezentowane.
Mróz-Gorgoń podpisuje nie-swój raport jako profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Nie jako prezes fundacji. Stoi to jak wół na pierwszej stronie dokumentu. I prezentuje ten raport w murach Koźmińskiego. Nie na bazarze Różyckiego. Ale gdy wybucha afera nie słyszymy jednak, że jedna i druga uczelnia popełniły błąd, oddając do dyspozycji swój autorytet i renomę. Że obie uczelnie przepraszają i wyciągną z tego wnioski.
Polecamy także: Raport o Marce Polska zniknął ze strony think tanku. Publikujemy go na Zero.pl
Nie. Przepraszać ma nieszczęsna Mróz-Gorgoń. Uczelnie nie mają za co. Po prostu autorka raportu wskazała swoją uczelnianą afiliację, bo mogła. Po prostu autorka raportu i ministerstwo poprosili o salę, no to Koźmiński dał salę. Nawet redaktor Mazurek nie widzi problemu po stronie samych instytucji. Domagacie się przeprosin od Mróz-Gorgoń – słusznie – ale sami nie uważacie, żebyście mieli za cokolwiek społeczeństwo przepraszać. To właśnie mówi najwięcej o zdolności polskich instytucji naukowych do autorefleksji i autokorekty.
Ludzie, czy wyście wszyscy na głowę upadli? Czy król może nagi chodzić po ulicach, a wy ciągle będziecie mówić, jak piękne są jego szaty? Ja bardzo przepraszam, ale na Koźmińskim, być może najlepszej prywatnej uczelni w Polsce, jest takie centrum badawcze – jedno pośród wielu. Nazywa się Centrum Psychologii Ekonomicznej i Badań Decyzji. Prośbę mam. Udostępnicie mi salę? Chciałbym tam zorganizować pokaz filmów pornograficznych. Nic ostrego, za to pełna inkluzywność ras i gatunków. A potem będzie dyskusja z zaproszonymi gośćmi o psychoekonomicznych determinantach decyzji aktorek i aktorów występujących w prezentowanych obrazach. I może trochę symulacji uczestniczących. To co, udostępnicie mi salę?
Dąbrówka jest rzecznikiem KRASP. Będzie bronił tego chorego systemu, bo za to płacą mu gronostajni, bo taka jest jego rola, jego obowiązek, bo właśnie w chwilach takich, jak obecna afera uczciwie zarabia na swoją pensję jako rzecznik prasowy. Nie zazdroszę, ale szanuję.
Przegalińska jest prorektorem Akademii Koźmińskiego. Będzie broniła swojej instytucji, bo taka jest jej rola, jej obowiązek, bo właśnie w takich chwilach zarabia na swój prorektorski dodatek. Nie zazdroszczę, ale szanuję.
Może ja broniłbym tego systemu – gdybym musiał – nieco inaczej niż oni. Może jako rzecznik prasowy KRASP nie pokazywałbym do kamery ładnie wydrukowanego „Kodeksu dobrych praktyk w szkołach wyższych” – bo taki gest jedynie obnaża fasadowość wszystkich tych pięknych słów, którymi o polskiej nauce od lat opowiadają nam jej prominenci. Może jako prorektor Koźmińskiego nie mówiłbym do kamery, że o aferze niewiele wiem, bo przez ostatni rok byłem w Stanach – bałbym się, że ktoś mnie zapyta, jak w takim razie wykonuję funkcję prorektora? Ale ani Dąbrówki, ani Przegalińskiej za obronę tego zepsutego do szpiku kości systemu winić nie można.
Pytania, których polska nauka unika
Wszystkim Dąbrówkom i wszystkim Przegalińskim polskiej nauki trzeba zadawać proste pytania, i domagać się jasnych odpowiedzi.
Czy najlepsi, najbardziej wartościowi polscy naukowcy osiągają swoje wyniki dzięki systemowi polskiej nauki, czy wbrew niemu? Czy ten system rzeczywiście potrafi się samooczyszczać i eliminować przypadki patologiczne, czy służy ich zamiataniu pod dywan i ochronie? Czy system awansów naukowych oraz system oceny dorobku naukowego służy podnoszeniu jakości polskiej nauki?
Czytaj również: Rząd ma pełnomocnika ds. marki Polska. Ma stworzyć spójną strategię promocji kraju
A może służy przede wszystkim obronie status quo i interesów tych, którzy już dopłynęli do wyspy o nazwie profesura, a teraz stoją na brzegu i robią fale, żeby o dopłynięciu innych nie decydował czasem ich talent i praca, tylko opinia plażowiczów? Czy kuriozalny system oceny jednostek naukowych i żenujące wykazy czasopism punktowanych wymyślają kolejni ministrowie nauki, czy sami naukowcy, pracujący dla nich jako eksperci? Czy za ostatnie absurdy ewaluacji jednostek naukowych odpowiada Kulasek albo Wieczorek? Przecież oni sami nie byliby w stanie wymyślić dla przedszkolaków systemu oceny babki z piasku.
I wreszcie pytanie najważniejsze – czy liderami polskiego środowiska naukowego zostają ci, którzy bronią interesu polskiej nauki, czy też ci którzy bronią interesu naukowego lobby?
Świat od dawna zna odpowiedzi na te wszystkie pytania o polską naukę. Siedem polskich uczelni wśród tysiąca najlepszych na świecie. Jedna wśród pierwszych 500. Dla polskich badaczy 1 proc. europejskich grantów. Ale za to mamy najwięcej rektorów na świecie. Może czas zacząć im zadawać te trudne pytania?
Sprawdź także: Odeszła z rządu po aferze z raportem. Tak wygląda majątek Barbary Mróz-Gorgoń
Najpierw reforma systemu polskiej nauki. Potem prawdziwe pieniądze dla najlepszych i dla tych, którzy chcą się najlepszymi stać. A reszta? Reszta niech dalej gnije. Niech publikuje AI-owe raporty, niech nadaje sobie te swoje habilitacje i profesury, niech dalej oszukuje siebie i społeczeństwo, ale już nie za publiczne pieniądze. Aż zgnije do szczętu i użyźni grunt, który kiedyś urodzi Polsce Nobla.
Kto, kiedy i co pobrudził
Uwaga, na zakończenie będzie naprawdę twardo, wrażliwsi czytelnicy niech dalej nie czytają. Arystotelesem już leciałem, więc teraz pójdę w fekalia. Po profesorsku. Bo choćbym mówił wszystkimi językami ziemi, a miłości bym nie miał, byłbym niczym miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Więc profesorowi Zenderowskiemu na jego defekacyjny wpis o profesor Mróz-Gorgoń odpiszę właśnie jak cymbał brzmiący – w jego własnym kloacznym języku. A publiczność proszę o wybaczenie chamstwa – turpiloquium deliberatum. (świadome użycie wulgarnego języka – red.)
Panie profesorze, niech pan nie rozdziera publicznie szat nad „spektakularnym obsrywaniem pańskiego tytułu”, na który „pracował pan ponad trzydzieści lat”. Pański tytuł nie został „obsrany” w ciągu kilku godzin przez panią Barbarę Mróz-Gorgoń.
Pański tytuł jest obsrywany regularnie od lat bardzo wielu. Jest obsrywany na każdym kolokwium habilitacyjnym, na którym przepuszczacie habilitacje, które w cywilizowanym świecie ledwo spełniłyby kryteria porządnej pracy magisterskiej.
Jest obsrywany w każdej recenzji rozprawy doktorskiej, która mimo fundamentalnej krytyki wypocin doktoranta kończy się pozytywną konkluzją recenzenta, bo środowiskowe układziki tak wam nakazują. Bo kilkuletniej pseudointelektualnej pracy nie wypada przekreślić, czyli uczciwie ocenić.
Pański profesorski tytuł jest obsrywany na każdym ustawionym na polskiej uczelni konkursie rekrutacyjnym, w każdej bezwartościowej publikacji kupionej za pieniądze lub za przysługę wzajemną i w każdej naciągniętej ocenie okresowej kolejnego uczelnianego Tomka.
Pański tytuł jest wyśmiewany i obsrywany w każdym międzynarodowym rankingu, który pokazuje rzeczywiste miejsce polskiej nauki na świecie, miejsce naszych publikacji, miejsce naszych patentów, miejsce naszych wdrożeń, miejsce naszych innowacji.
A co najbardziej bolesne, ten tak cenny dla pana tytuł obsrywają panu nie polscy politycy mający naszą naukę w nosie i nie społeczeństwo z ciągle wdrukowanym w głowę szacunkiem do naukowych tytułów. Ten pański profesorski tytuł obsrywają panu pana koledzy – dokładnie ci sami, z którymi na co dzień pan pracuje, ale z jakichś powodów nie chce pan powiedzieć im tego z taką odwagą damskiego boksera, z jaką bluzga Pan publicznie kloacznym językiem wystawioną na łatwy strzał kobietę. Gratuluję męstwa.
A gówno, którym od lat obsrywacie te swoje cenne tytuły, bezwstydnie polewacie perfumami rzadkich polskich sukcesów naukowych. Zasłaniacie nazwiskami naprawdę wybitnych polskich naukowców, którzy naukę ukochali tak bardzo, że będą ją uprawiać nawet w szambie. I tylko ich mi szkoda.
Ale zgadzam się z panem w zupełności – skala demoralizacji i korupcji w polskiej nauce powinna być przedmiotem badań patologów i prokuratorów – podpisuję się pod każdym słowem tego zdania.
Czytelnicy niech wybaczą mi ten język raz jeszcze. Sam się szanowny pan profesor prosił.
I przestańcie się w końcu pastwić nad tą biedną kobietą – dostała za swoje jak żaden z utytułowanych szalbierzy polskiej nauki. Zajmijcie się reformą systemu.


