Detektyw Rutkowski u boku służy jako sygnał dla wszystkich postronnych: mam plecy. I w razie czego wyciągnę z arsenału taśmy, druki, skany i SMS-y; co się da. Czy na następny wjazd do Trybunału Konstytucyjnego Maciej Berek zabierze ze sobą Krzysztofa Rutkowskiego? Na razie pytanie brzmi (mam nadzieję!) jak suchar stand-upera. Niestety, nie jest bezzasadne.
Triumf na pokaz
Maciej Berek przecież mógł sobie darować triumfalne zdjęcie z wnętrza TK. Nie darował. „Słynne drzwi jednak otwarte, kawa wypita, kolejne dokumenty złożone” – widnieje pod zdjęciem. Jak pamiętamy, kilka dni temu prezes TK skutecznie blokował własnym ciałem wejście do pokoju, do którego mają wstęp tylko sędziowie TK.
Doceńmy, że sędzia Berek nie zrobił, używając AI, fajnego kolażu z Bogdanem Święczkowskim jako leżącym na podłodze tygrysem. Ujarzmionym, rzecz jasna, z berkową stopą na zjeżonej sierści.
Triumfalizm bijący ze zdjęcia warto zderzyć z realiami: pokój nie został zdobyty, lecz udostępniony za zgodą samego Święczkowskiego. I z przekazem: wasze (pisowsko-nawrockie) panowanie nad TK dobiega końca. Nadchodzi nasze.
Co się czepiać? – zapyta ktoś. Konflikt jaki jest, każdy widzi. I nie rozstrzygną go ci próbujący jakoś powstrzymać Donalda Tuska przed wzięciem TK siłą, aby wymienić tylko Marcina Matczaka, Michała Laskowskiego czy Andrzeja Zolla. Prawnicy ostro zwalczający PiS za jego rządów, ale niegotowi na to, by jechać za drogowskazem „Teraz My”.
A co do selfie, wpisów w mediach społecznościowych i złośliwości ze szkolnej szatni – kto tak nie robi? Daje popalić premier RP, popalają niektórzy ministrowie, zabawa nie jest obca prezydenckim ministrom itd.
Państwowiec czy partyjny komisarz?
No tak, lecz Maciej Berek do tej pory kreował się na państwowca. „Prawa ręka premiera”, ale też „fachowiec od stosowania prawa”, zapracowany człowiek w służbie państwa. Można było mieć przez chwilę nadzieję, że w walkę o TK wniesie nową jakość. Bo, przyznajmy to uczciwie, zdobycie Trybunału w koalicji policji i prawników byłoby jakimś rozwiązaniem konfliktu, który większość Polaków po prostu nuży. Taka akcja musi mieć hetmana polowego – i miał być nim Berek.
Tylko po co zdobywać? Otóż, jeżeli po to, aby to, co PiS upartyjnił, odpartyjnić, to może nawet warto wchodzić do gmachu Trybunału siłą. Poboli, ale jak maszyna ruszy, to zapanuje jakiś prawny ład. Uff. „Państwowiec Berek” oznaczał hipotetyczną skłonność zwycięskiej władzy do gotowości na taki rozwój wydarzeń (chociaż wśród wybranych przez większość sejmową sędziów TK są i duchem upartyjnieni; szkoda). Jeżeli zdobywać po to, aby mieć TKDT – TK Donalda Tuska – to idźcie ze swoimi sztuczkami i służbami do tzw. jasnej cholery. Czyli do KO.
Maciej Berek zaczyna kroczyć drogą „normalnego” polskiego polityka, który zawędrował do TK, bo akurat taki dostał rozkaz w służbie partii. Nie musi wlec za sobą Krzysztofa Rutkowskiego, aby ten robił dym w Trybunale podobny do tego, jaki zrobił w Sejmie. Ma za sobą partię.
Swoją drogą, po wzniosłych deklaracjach Rutkowskiego na temat wspaniałej walki o czystość w polskiej polityce („Osoby, które pełnią jedne z najwyższych funkcji w państwie polskim, mogą mieć z tego tytułu problemy”), atmosfera się popsuła. Bo dziennikarze zaczęli zadawać pytania, a hucpiarz-detektyw okazał się nieodporny na taką sytuację i szybko się zdenerwował. „Rutkowskim” Macieja Berka jest sam Donald Tusk, który, owszem, wścieka się malowniczo, ale kontroluje przekaz.


