Reklama
Biznes

Biznes zarobił miliardy na masowej migracji. Rachunek zapłacą mniejsze miejscowości

Największe skupiska imigrantów w Polsce nie znajdują się w modnych metropoliach, ale obok magazynów, zakładów mięsnych i fabryk na prowincji. Tam powstał system, który przyniósł firmom tanią siłę roboczą i wysokie zyski, lecz jednocześnie przerzucił społeczne koszty migracji na państwo i lokalne społeczności.

Jakub Dymek
Opinia autorstwa: Jakub Dymek
Dzisiaj 05:59
13 min
Migracja zarobkowa przyniosła firmom tanią siłę roboczą – koszty tego modelu ponoszą dziś małe polskie miasta, nie metropolie (fot. Shutterstock)
TYLKO NA
  • W ciągu pięciu lat Polska wydała ponad 4 mln wiz i 11,5 mln dokumentów legalizujących pobyt cudzoziemców.
  • W Mławie obcokrajowcy stanowią 27,8 proc. mieszkańców, a w Mszczonowie 31,7 proc. – więcej niż w Paryżu (17 proc.).
  • W Polsce działa dziś więcej agencji pracy tymczasowej niż jest inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, co utrudnia skuteczną kontrolę tego rynku.
  • Zyski z masowej migracji trafiają do firm i agencji, a społeczne koszty ponoszą małe miasta.

W rankingu najbardziej imigranckich miast w Europie Paryż nie może równać się z Mławą, Mszczonowem i Tarczynem. Tak, to nie pomyłka. Potwierdzają to najnowsze dane opublikowane przez GUS dotyczące zamieszkania i zatrudnienia cudzoziemców w Polsce. Dla kogoś, kto od dawna nie widział albo nie zastanawiał się nad tym, jak dziś wyglądają mniejsze miasta i prowincja w Polsce, liczby z tych opracowań mogą być poznawczym szokiem.

Dziś Kraków (11 proc. udziału obcokrajowców wśród mieszkańców) czy Warszawa (14,5 proc.) są daleko w tyle za Mławą (27,8 proc.), Mszczonowem (31,7 proc.), Jelczem-Laskowicami (34 proc.) czy Kępnem (21,4 proc.). To nowa polska rzeczywistość. Pod względem udziału imigrantów w populacji polskie miasteczko, w którym mieści się duży zakład mięsny albo fabryka, jest równie lub bardziej multikulturowe niż Paryż (17 proc.).

(Nie)kontrolowana imigracja

Podczas gdy nasza dyskusja o migracji skupia się albo na trudnościach i porażkach integracji w zachodnich stolicach, albo koncentruje się na bezpieczeństwie wschodniej granicy, to, co najciekawsze, dzieje się gdzieś indziej. Choć najczęściej mówi się o zagrożeniach wynikających z niekontrolowanej i nielegalnej migracji, Polska ściąga do siebie najwięcej w Europie cudzoziemców w sposób (pozornie) legalny i kontrolowany. Tyle tylko, że kontrolowany nie przez państwo czy świadomie prowadzoną politykę, ale przez przedsiębiorców, agencje pracy tymczasowej i lobby wpływowych branż.

Reklama
Reklama

Czytaj także: Maroko żąda zwrotu nieletnich migrantów z Ceuty. Rabat naciska na Madryt

W ciągu ostatnich pięciu lat rządów PiS Polska wydała ponad 4 mln wiz i 11,5 mln dokumentów legalizujących pobyt, w tym pozwoleń na pracę. „Afera wizowa” nie polegała na tym, że wszystkie te wizy wydano nielegalnie. Przeciwnie, afera polegała na tym, że wywierano presję na konsulów i polskie placówki dyplomatyczne, by wydawać ich jak najwięcej, jak najszybciej i zejść z odsetkiem odmów wizowych jak najniżej, tworząc pozory, że wszystko odbywa się legalnie. Bez nadzoru i kontroli ze strony państwa, całkiem umyślnie i z premedytacją. Trzeba było pominąć regulacje i istniejące zabezpieczenia, by migrację do Polski, której oczekiwali przedsiębiorcy, zalegalizować.

Efekty tego zjawiska widać zaś przede wszystkim nie w metropoliach (choć tam również), ale w mniejszych miastach. Najczęściej takich, gdzie mieści się przemysł, logistyka czy przetwórstwo żywności. To dlatego małe czy średniej wielkości miasta, skąd wyjeżdżają młodzi ludzie, a dobrych miejsc pracy brakuje, stają się największymi skupiskami migracji zarobkowej w naszym kraju.

Sprawdź również: Piddington kontra Londyn. Mała wieś stała się symbolem brytyjskiego sporu o migrację

Reklama
Reklama

Niepisana umowa

Mechanizm jest prosty i tłumaczy go ekonomia rynku pracy. A nawet bardziej ściśle: model konkurencji tanią pracą, w którym Polska się wyspecjalizowała na rynku UE i który dawał polskim firmom przewagę kosztową. Choć zarobki obywateli Polski w ostatniej dekadzie bardzo wzrosły, a dzięki świadczeniom społecznym czy minimalnej stawce godzinowej Polacy cieszą się wyższym poziomem życia i mają większe oczekiwania płacowe, firmy znalazły furtkę, aby to obejść.

„Jeśli pomimo starzejącego się społeczeństwa, rosnących płac i wydatków społecznych chcemy zachować konkurencyjność, utrzymywać wysokie zatrudnienie i dostarczać tanich produktów” – powiedzieli rządzącym właściciele firm – „to musimy otworzyć się na migrację”. W tym wymiarze polski właściciel rzeźni czy magazynu nie robił nic innego niż jego niemiecki kolega z fabryki Volkswagena, Adidasa czy Siemensa pół wieku wcześniej – domagał się gastarbeiterów, czyli pracowników zagranicznych. I ich dostał.

Biznes i rząd zawarli niepisaną umowę – w zamian za zgodę przedsiębiorców na rosnące płace i świadczenia socjalne dla Polaków władze oddadzą politykę migracyjną w ręce agencji pracy tymczasowej, by zapewnić dopływ tanich pracowników. I tak się stało.

Reklama
Reklama

Złote żniwa

Dzięki ściąganiu do pracy w Polsce Kolumbijczyków, Hindusów, obywateli państw afrykańskich i wszystkich innych, którzy będą pracować za dużo niższe stawki niż Polacy, firmy i branże konkurujące tanią pracą mogły utrzymać swoją pozycję, a nawet zwiększyć zyski. Przez to, że pracownicy ci byli „skoszarowani” w pobliżu miejsca zatrudnienia, firmy działały w porozumieniu z samorządem, a wszystko działo się z dala od wielkich miast i uwagi dużych mediów, można było przez długi czas tego zjawiska nie zauważać. I wszystkim było to na rękę. Urosły na tym agencje pracy, a czasami wprost grupy przestępcze.

Agencje miały złote żniwa, bo zarabiały nie tylko na usłudze świadczonej przedsiębiorcom, ale i na ukrytych opłatach albo haraczu pobieranym od ściąganych do Polski pracowników.

Może Cię zainteresować: Duszczyk: Białoruś nas testuje. Polska zwiększa liczbę strażników granicznych do 20 tys.

„Agencja pobierała od nas 600 zł miesięcznie za nocleg w pięcioosobowym pokoju. Kolejne pieniądze poszły na odzież ochronną i zezwolenie na pobyt, chociaż nigdy nie dostałem potwierdzenia, że złożono wniosek. Pracowałem po 7 dni w tygodniu, w jednym z nich przepracowałem 252 godziny, ale agencja zapłaciła mi tylko za 200. Po trzech miesiącach mnie zwolnili, bez wypłaty całego wynagrodzenia, po czym wyeksmitowali” – opowiadał Annie Mikulskiej i Rafałowi Witoszce, autorom artykułu w „Tygodniku Powszechnym”, Gabriel z Kolumbii, wykorzystany w Polsce.

Reklama
Reklama

Pablo, inny z bohaterów tego tekstu, który pracował w Polsce w branży mięsnej, mówił: „Zrobiłem badania lekarskie, za które agencja pobrała ode mnie 400 zł, ale nigdy nie otrzymałem wyników. Później wzięli jeszcze 700 zł za załatwienie dokumentów, w tym karty pobytu. Jej też nie dostałem” – opowiadał.

Jeśli komuś nie zgadzało się wynagrodzenie, to ludzie z agencji mówili: Jak ci źle, to drzwi otwarte. Możesz spadać.

Handel ludźmi

I jeśli ktoś myśli, że to jednostkowe przypadki ograniczone do praktyk „Januszy biznesu”, to niestety się myli. Na podobne przypadki wyzysku, przemocy i poniżania skarżyli się także pracownicy z Indii i Bangladeszu zatrudnieni przez koreańskie firmy realizujące duże inwestycje dla Azotów i Orlenu. W innym przypadku policjanci rozbili na Śląsku gang handlarzy ludźmi, który wykorzystywał do pracy nielegalnie między innymi kierowców. Wśród instytucji, którym świadczyli pracę wykorzystywani ludzie, były... komunalne spółki transportu miejskiego w województwie śląskim!

Warto przeczytać: Tusk komentuje szturm migrantów. Stawia Polskę za przykład

Polskie państwo i samorząd poprzez ten model migracji wspierają – nawet jeśli nieumyślnie – przestępczość lub tworzą problemy, które prędzej czy później same będą musiały na własny koszt spróbować rozwiązać. W Polsce jest dziś więcej agencji pracy tymczasowej niż inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy. Sektor pracy tymczasowej liczy w Polsce nawet 700 tys. pracowników – mówimy o legalnie zatrudnionych – i wart jest miliardy. Zarazem przy obecnych zasobach Państwowej Inspekcji Pracy, Straży Granicznej czy Urzędu do Spraw Cudzoziemców nie mamy możliwości skutecznej kontroli. Agencje pracy i biura obiecujące cudzoziemcom pracę w Polsce powstają i znikają z dnia na dzień, z niewiadomym kapitałem, zakładane na słupa albo osobę nieżyjącą.

Reklama
Reklama

Setki fikcyjnych firm

Dziś w komentarzach w internecie najczęściej przeczytamy, że wszystkiemu winne są agencje założone przez samych obcokrajowców – Ukraińców, Białorusinów, Gruzinów. Nie bądźmy naiwni. To część – ale nie całość – problemu. Obok działających na pograniczu prawa czy w szarej strefie przedsiębiorców świetnie odnalazły się w tym procederze także mafie i przemytnicy, którzy nie trudnią się już tylko szmuglowaniem ludzi (choć tym także), ale jak najbardziej pożądanym przez biznes „dostarczaniem pracownika”. W tym aspekcie granica między legalną i nielegalną migracją się zaciera. Wiosną media informowały o polskiej prawniczce, członkini palestry reklamującej się jako ekspertka od prawa korporacyjnego, która stała na czele grupy przestępczej nielegalnie ściągającej cudzoziemców do pracy.

Także wiosną tego roku Straż Graniczna ujęła w innej sprawie trzech wspólników – Polkę, Ukrainkę i Białorusina – którzy założyli 130 fikcyjnych firm, żeby złożyć 11 tys. fałszywych oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcom. Dokumenty te – jak czytamy na stronach straży granicznej – „stanowiły podstawę do uzyskiwania wiz krajowych, a następnie przekraczania granicy Rzeczypospolitej Polskiej – już niezgodnie z ich faktycznym przeznaczeniem.”

Reklama
Reklama

A przecież nie wszyscy z tych obywateli Kolumbii, Indii czy Zimbabwe (bo i ci u nas są) będą kontynuować pracę za grosze u nieuczciwego pracodawcy, a po zakończeniu wizy punktualnie wyjadą, prawda? To stworzy jeszcze inne problemy. To, co się stało w Polsce po 2015 roku, należałoby nazwać „prywatyzacją migracji”. Taką tezę postawił po raz pierwszy profesor Paweł Kaczmarczyk, od którego zapożyczyłem to określenie. Zyski z takiego modelu zostaną sprywatyzowane, a koszty uspołecznione.

Czytaj też: Będą deportacje Ukraińców z Niemiec? Rząd nie wyklucza

Szok migracyjny

I tu wracamy do polskiej prowincji i małych miast. Dlaczego tam? Po pierwsze, migranci zarobkowi, nawet ci, którzy pracują w dużych miastach lub w usługach zorientowanych na potrzeby mieszkańców dużych miast, często mieszkają poza nimi (bo na mieszkania w centrach metropolii ani ich, ani ich pracodawców nie stać). Po drugie, to na polskiej prowincji, a nie w centrum Warszawy czy Krakowa, mieszczą się branże, które potrzebują taniego pracownika do mozolnej i często niskopłatnej pracy. W dyskontach Biedronka pracują przedstawiciele 41 narodowości, w sektorze meblarskim w samej gminie Kępno znajdziemy kilkanaście tysięcy cudzoziemców z 35 krajów.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Coraz więcej deportacji z Polski. Są najnowsze dane

W sadownictwie są firmy, które zatrudniają przy zbiorze owoców prawie wyłącznie obcokrajowców. Jeden z potentatów na rynku borówki amerykańskiej opowiadał w wywiadach, że po tym, jak weszło 500+ i Polacy zaczęli lepiej zarabiać, wymienił załogę na składającą się w 70 proc. z imigrantów. Obcokrajowcy zatrudniani przez Orlen rozbudowują największe polskie inwestycje i mieszkają w miasteczkach kontenerowych w okolicach każdej z nich. Wszystkie te biznesy mają ze sobą to wspólnego, że mieszczą się raczej daleko od wielkich miast. Czym to się może skończyć? O „szoku migracyjnym polskiej prowincji” pisałem w mojej książce „Rewolucja Ambicji” tak:

Tam pojawienie się migrantów wywołuje większe napięcia i potencjalnie generuje wyższe koszty niż w Warszawie lub Wrocławiu. To sprzyja głosowaniu na partie najbardziej migracji niechętne, które i tak cieszą się większą popularnością na prowincji niż w aglomeracjach. Skutkiem jest coś, co moglibyśmy nazwać „paradoksem Mentzena–Brauna”. Niechętni migrantom wyborcy głosują na partie, które ze względu na swoje upodobania do deregulacji, małego państwa i sprzyjania przedsiębiorcom najprawdopodobniej nie ograniczą uzależnienia polskiego rynku pracy od migrantów, ale je pogłębią.

Reklama
Reklama

Dlaczego? Bo zmiana kierunku wymagałaby ściślejszych regulacji i świadomie prowadzonej przez państwo polityki migracyjnej, która jasno określałaby kierunki, branże i cele przyjmowania do Polski migrantów zarobkowych. Słowem, wymagałoby to powiedzenia przedsiębiorcom, że czegoś im nie wolno i że w danej sprawie państwo naprawdę wie lepiej.

Polecamy także: Kryzys migracyjny w Ceucie. Wśród migrantów dużo dziewczynek i dzieci

To antyteza wszystkiego, co o gospodarce mówi nie tylko Konfederacja, ale i część antyestablishmentowych partii w Europie próbujących łączyć nacjonalizm z rynkowym leseferyzmem. Nie jest być może przypadkiem, że to właśnie takie branże, jak hodowla zwierząt futerkowych, przetwórstwo spożywcze, transport i logistyka, które zatrudniają imigrantów, konkurują dzięki relatywnie niskim kosztom pracy i znajdują swoich najgorętszych obrońców w ugrupowaniach antyestablishmentowej prawicy.

Choć wszyscy mówią, że Polska powinna zerwać z modelem konkurencji tanią pracą, model, który realizujemy, jest odwrotny. Taki model „sprywatyzowanej migracji” jest bowiem formą publicznego wsparcia dla firm realizujących model konkurencyjności oparty na niskich kosztach i wyzysku pracowników. Gdy sytuacja na rynku pracy polepsza się, a gospodarstwo rolne, rzeźnia albo sieć marketów oferuje na tyle niskie płace i złe warunki pracy, że nie znajduje chętnych, państwo za pomocą sieci pośredników i agencji otwiera granice, żeby owa firma nie musiała podnosić płac albo zwiększać konkurencyjności metodami innymi niż niskie koszty pracy właśnie.

Cudze błędy

I tu nie jesteśmy wcale aż tacy różni od krajów, które lubimy krytykować. Oczywiście niektórzy znajdują pociechę w tym, że inni radzą sobie źle albo mają poważne problemy. Jest nawet na to eleganckie, choć niemieckie, słowo: Schadenfreude (radość z czyjegoś nieszczęścia). Ale pomimo tego, że wytykamy błędy Niemcom, Francuzom czy Brytyjczykom, nie jest tak, że my „wyciągnęliśmy lekcję z cudzych błędów”.

Reklama
Reklama

Jest wprost odwrotnie. Polska nie tylko powtarza drogę krajów Europy Zachodniej. W niektórych aspektach uzależnienia rynku pracy od migracji i porzucenia przez państwo kontroli nad tym procesem jest już u nas dużo gorzej. Nie jesteśmy, wbrew stereotypowi, państwem, które prowadziło najbardziej odpowiedzialną i rozsądną politykę migracyjną w Unii Europejskiej. Jesteśmy państwem, które nie prowadziło jej wcale.

I żeby to zobaczyć, trzeba nie tyle pojechać do Paryża, ile odwiedzić średniej wielkości miasto we własnym kraju.

Źródło: Zero.pl
Jakub Dymek
Jakub DymekPublicysta, współautor podcastu „Dwie Lewe Ręce” i autor książki „Rewolucja Ambicji”. Prowadzi cykl programów w Kanale Zero