Reklama
Mundial 2026

Pierwszy mundial, który mnie nie obchodzi

To smutne, ale chyba pierwszy raz w życiu mundial przestał zatrzymywać mój świat. Mam gdzieś, kto go wygra, nie interesują mnie setki programów i skarbów kibica, które zapowiadają turniej, nie mam zamiaru zarywać nocy, by oglądać poszczególne mecze. Jeśli czujecie podobnie, to tekst dla Was. Jeżeli nie – tym bardziej.

Kamil Gapiński
Opinia autorstwa: Kamil Gapiński
Dzisiaj 13:50
9 min
Cristiano Ronaldo dekadę temu wygrał z Portugalią mistrzostwa Europy. Czy tym razem zatriumfuje także na mundialu? (fot. ANTÓNIO PEDRO SANTOS / PAP / EPA)
TYLKO NA

Zastanawiam się, czy mistrzostwa świata były kiedyś bardziej wyjątkowe, czy po prostu tak je pamiętam, bo poszczególne edycje nierozerwalnie kojarzą się z dzieciństwem, nastoletniością, a potem burzliwym czasem wchodzenia w dorosłość. Szukając odpowiedzi na to pytanie, zabieram was do przeszłości, do strzępków swoich wspomnień, wybiórczych i subiektywnych, dokładnie takich, jakie powinny być.

Italia 90’ wryła się w świadomość niespełna siedmiolatka jeszcze dyskretnie, głównie za sprawą tego niesamowitego Rogera Milli, Kameruńczyka, który po swoich golach dawał inny show, taneczny, przy chorągiewce w narożniku boiska. No i Sergio Goycochei, rezerwowego bramkarza Argentyny, który po kontuzji Nery'ego Pumpido wskoczył do składu i okazał się jakąś niezwykłą maszyną stworzoną do obrony rzutów karnych – poradził sobie aż z czterema!

USA 94’ budziło emocje za sprawą underdogów – fantastyczna Bułgaria wyeliminowała w ćwierćfinale Niemcy, a ton jej grze nadawał Jordan Leczkow, 27-latek będący żywym dowodem na to, że ludzie wyglądali kiedyś na starszych – patrząc na jego zdjęcia dziś, dałbym chłopu minimum czterdziestkę. W meczu o brąz drużynę Dimitara Peneva rozbiła inna sensacja turnieju, Szwecja, napędzana szaleńczymi atakami pucołowatego Tomasa Brolina.

Reklama
Reklama

 

Skandynaw wraz z kolegami rundę wcześniej wyeliminował kolejną rewelacją imprezy, Rumunów, rządzonych na boisku przez dystyngowanego Gheorghe Hagiego, nie bez przyczyny nazywanego „Maradoną Karpat”.

Milczący brazylijski taksówkarz

Francja 98’ to dla mnie trauma wynikająca z nastoletniej miłości do Włochów, a przede wszystkim do Roberto Baggio. Italia przegrała w ćwierćfinale po karnych z gospodarzami, a ja do dziś pamiętam pieczenie dłoni, którą z nerwów uderzałem wtedy o ścianę. Ileż oddałbym teraz, żeby jakikolwiek mecz znów wzniósł mnie na ten poziom emocji! Jakże chciałbym znowu potrafić się przejmować tak bardzo spotkaniami krajów, z którymi nie jestem w żaden sposób związany!

Niestety, czuję, że ta umiejętność wzniecenia w sobie futbolowej ekstazy przeminęła, obawiam się, że bezpowrotnie. Boli tym bardziej, że do niedawna w dorosłości też pojawiała się regularnie, choćby za sprawą Polaków. Kiepskie występy drużyn Jerzego Engela i Pawła Janasa odpowiednio w Korei Południowej i w Niemczech. Niemożność nawiązania do wspaniałego Euro 2016 reprezentacji Adama Nawałki w Rosji (która niemalże przyprawiła mnie o zawał podczas komentowania jej meczów razem z Wojciechem Kowalczykiem w radiu Weszło FM). Wojtek Szczęsny broniący karnego Leo Messiego w Katarze – to wszystko za każdym razem pobudzało człowieka mocniej niż wiadro witamin.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Unikatowe zjawisko. Paryż nie zapomni Mai Chwalińskiej

Rozgrywane bez Polski mundiale w 2010 i 2014 roku nie były aż tak emocjonujące, ale też nie było tak, że traktowałem je obojętnie. Ten pierwszy intrygował ze względu na miejsce – RPA i jego atmosferę. Te cholerne wuwuzele, na które psioczyły tysiące ludzi, a dziś wspominają je z sentymentem i lekkim uśmiechem na ustach, robiły robotę. Brazylia sprzed 12 lat wiadomo – nie pozostawia niewzruszonym głównie przez największą kompromitację gospodarzy w ich historii, kiedy w półfinale Niemcy „zrobili im blitzkrieg”, prowadząc po pół godzinie gry 5:0, a ostatecznie wygrywając 7:1.

Gdy cztery lata później zagadnąłem taksówkarza w São Paulo o to spotkanie, chłop przestał się do mnie odzywać, mimo że wcześniej był wzorem życzliwości. Dziś jest dla mnie dowodem na to, jak bardzo futbol potrafi się człowiekowi wryć w głowę.

I wierzcie mi – chciałbym, żeby w mojej nadal dokonywał takiego spustoszenia. Chciałbym, ale od jakiegoś czasu nie potrafię wyzwolić w sobie takich emocji. Jeszcze do niedawna budziła je od czasu do czasu piłka klubowa, głównie za sprawą spektakularnych sukcesów Realu Madryt, drużyny, której kibicuje – kiedy to minęło?! – dokładnie od trzech dekad.

Reklama
Reklama

Haiti wygra z Brazylią?

W 2026 roku patrzę na piłkę dużo rzadziej niż przez ostatnich 35 lat, a i tak jedyne, co czuję, gdy włączam mecz, nawet jeśli okaże się wybitny, to obojętność. Ukochany zespół „Królewskich” przep... dokumentnie sezon? Kiedyś dotknęłoby mnie to do żywego, teraz myślę sobie, że to nic takiego, za rok czy dwa i tak swoje wygra, jak zawsze. Wisła Płock, drużyna z rodzinnego miasta, nie weszła do europejskich pucharów, mimo że na półmetku ekstraklasy była jej liderem? Zdarza się, najważniejsze, że nie spadli z ligi. Wzruszam ramionami i idę przez życie dalej.

I tak samo podchodzę do mundialu: rozumiem, że gdyby 40-letni Leo Messi wygrał go drugi raz z rzędu, byłaby to w jakiś sposób piękna historia. Podobnie jak ewentualny sukces Portugalii, będący wspaniałą puentą kariery Cristiano Ronaldo. Żadna z tych wizji nie budzi we mnie jednak choćby namiastki nie tak dawnych przecież emocji. Podobnie jak myśl o potencjalnych sensacjach w fazie grupowej, takich jak zwycięstwo Curacao nad Niemcami, Haiti nad Brazylią czy Republiki Zielonego Przylądka nad Hiszpanią. Oczywiście wiem, że szanse na takie scenariusze są iluzoryczne, ale wiem też, że gdyby któryś z nich jakimś cudem się ziścił, nie zachwycę się nim tak, jak wtedy, gdy miałem 15, 25 czy nawet 35 lat.

Czyli co, 43-latek jest za stary, by kochać piłkę? Bzdura. Miłość do niej to nie kwestia wieku, a umiejętności nieustannego podsycania nabytej za młodu fascynacji. Ja swoją straciłem jakieś pół roku temu, myślę, że z powodu przesytu. Nagromadzona przez lata mnogość przede wszystkim meczów, ale i programów oraz tekstów poświęconych piłce sprawiła, że po prostu mi się przelało. Czułem, że futbolowy content atakuje mnie z absolutnie każdej strony, więc przyjąłem wobec niego postawę skrajnie defensywną. Odrzut był tak duży, że przekroczyłem pewną granicę i, niestety, mam wrażenie, że nie ma drogi powrotnej, została zamknięta na cztery spusty. Myślę, że taki kryzys prędzej czy później przechodzi każdy kibic piłki z wieloletnim stażem, tylko nie u wszystkich kończy się on tak skrajnym zmęczeniem materiału.

Przeczytaj także: Awans o 93 miejsca i 1,4 mln euro. Chwalińska zyskała mimo porażki w finale

Reklama
Reklama

Z jednej strony piłka rywalizuje dziś z social mediami, platformami streamingowymi i dziesiątkami innych atrakcji, które 20-30 lat temu były niedostępne. Z drugiej mogą być one polem, na którym przesyceni futbolem odetchną, by potem do niego wrócić.

Próbowałem, uwierzcie, ale nie wyszło.

Ludzie, nie biznes 

Abstrahując od polityki (która mniej lub bardziej wiąże się z każdym w historii turniejem o MŚ) – aby pojawił się choć cień szansy, żeby mundial czy Liga Mistrzów znowu dawały dawną radość, meczów musiałoby być znacząco mniej. Nie do zrobienia, wiem, ale na chwilę zostawmy to, co realne w kącie i pomarzmy: wyobraźcie sobie, że obie te imprezy znowu miałyby po 24 drużyny! Awans do nich byłby faktycznie wyzwaniem nawet dla największych, a na poszczególne spotkania czekałoby się jak na komunijne prezenty za dzieciaka.

Ach, gdyby doszła do tego jeszcze ta… słodka niewiedza. Tak, dobrze czytacie – żeby piłka znowu dawała mi radość, musiałaby być owiana tajemnicą. Bez niej trudno o magię. Oglądając mundiale w 1990 czy 1994 roku „uczyłem się” poszczególnych piłkarzy, chociażby tych wspomnianych kilka akapitów wyżej, odkrywając ich historie dzięki znakomitej grze. Dziś trudno o jakiekolwiek zaskoczenie, 30 minut surfowania po sieci i voilà, człowiek wie wszystko nawet o dzielnych chłopcach z Curacao.

Reklama
Reklama

No i jeszcze coś, co zapewne by pomogło: gdyby udało się „odzyskać zapach” poszczególnych krajów. Jestem przekonany, że 40-latek, który czyta ten tekst, gdy przymyka oczy i myśli o dawnych mundialach, nieodmiennie kojarzy je z państwami-gospodarzami. Włochy 90’, USA 94’, Francja 98’ czy nawet ta nieszczęsna dla nas Korea Południowa cztery lata później – to wszystko było jakieś, osnute wokół danej kultury, tradycji i wartości.

Teraz turnieje coraz częściej przypominają wielkie wędrowne targi. Rozstawia się je tam, gdzie zgadza się rachunek ekonomiczny, a zwija zaraz po ostatnim meczu. Coraz mniej w nich miejsca, z którego wyrastają, coraz mniej zapachu ulic, barów i rozmów prowadzonych przy piwie na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem.

I może właśnie dlatego ten taksówkarz z São Paulo, który zamilkł na samo wspomnienie siedmiu bramek straconych przez Brazylię, wciąż wydaje mi się bliższy futbolowi niż całe nadchodzące mistrzostwa świata. Bo piłka, którą pokochałem, była przede wszystkim historią o ludziach. Ich słabościach, siłach, gorszych i lepszych momentach. A im bardziej staje się biznesem, tym trudniej odnaleźć w niej emocje, dla których kiedyś potrafiłem zarwać niejedną noc.

Źródło: Zero.pl
Kamil Gapiński
Kamil GapińskiDziennikarz Kanału Zero