Reklama
Świat

Unikatowe zjawisko. Paryż nie zapomni Mai Chwalińskiej

Po sobotnim meczu z Mirrą Andriejewą Maja Chwalińska powiedziała, że nigdy nie zapomni tych trzech tygodni w Paryżu. Myślę, że to działa symetrycznie – Paryż nigdy nie zapomni Mai. Bo w tym mieście, które było przecież świadkiem setek wyjątkowych, historycznych zdarzeń, nikt nie dokonał wcześniej tego, co Polka – pierwsza kwalifikantka, która doszła do wielkoszlemowego finału.

Kamil Gapiński
Opinia autorstwa: Kamil Gapiński
Dzisiaj 12:01
8 min
Aktualizacja: Dzisiaj 12:05
Maja Chwalińska tuż po finale paryskiego turnieju wielkoszlemowego Roland Garros. (fot. YOAN VALAT / PAP / EPA)
TYLKO NA

Kiedy w drugim secie finału patrzyłem na Maję z trybun kortu Philippe’a Chatriera, zacząłem jej współczuć. Właśnie przegrała z Rosjanką dziewięć kolejnych gemów i ewidentnie biła się z nieprzyjemnymi myślami. Bezstronni kibice tego spotkania podczas krótkiej przerwy sobie żartowali, kręcili rolki na Instagrama, ciesząc się przyjemnym, sobotnim popołudniem na legendarnym turnieju.

Tymczasem Polka, siedząc gdzieś z boku na skromnym krześle, osłonięta przed słońcem parasolem, musiała mieć w głowie to, że właśnie ucieka jej życiowa szansa. Pomyślałem wtedy, że samotność tenisisty bywa straszliwa – człowiek niby jest otoczony tysiącami przychylnych mu ludzi, niby miliony oglądają go w telewizji, ale jak przychodzi co do czego – możesz liczyć tylko na siebie. Fani, choćby najwspanialsi, nie wygrają meczu.

Te wszystkie nieprzyjemne refleksje przeminęły oczywiście szybciej niż polskie lato – bo niezależnie od tego, że Andriejewa była w finale o klasę lepsza, Chwalińska i tak jest wielką zwyciężczynią tego turnieju, na kilku różnych płaszczyznach. 

Reklama
Reklama

Skromna dziewczyna podbiła paryskie korty i serca milionów Polaków

Przede wszystkim – ludzkiej (o innych, jak finansowe, nie zamierzam dziś pisać – mam wrażenie, że w ostatnich dniach temat został doszczętnie wyczerpany). Oto dziewczyna, której nazwisko znali jeszcze miesiąc temu tylko zagorzali fani tenisa, stała się w kraju pewnym symbolem: skromności, pracowitości i niezłomności.

Polacy pokochali ją za te cechy błyskawicznie, czego dowodem choćby sto lat odśpiewane przez dziesiątki tysięcy ludzi na Stadionie Śląskim w Chorzowie podczas koncertu Dawida Podsiadły. Wokalista tak jak Chwalińska pochodzi z Dąbrowy Górniczej. Przed eventem obiecał publicznie, że w ten sposób uhonoruje krajankę i wywiązał się z tego zadania wzorowo.

Podobnie jak polscy kibice, którzy dla Mai rzucali wszystko to, co akurat robili, i ruszali do Paryża. Po finale czekałem na nich kilkaset metrów od kortów. Chciałem wysłuchać historii ludzi, których Polka oczarowała i cóż, nie zawiodłem się. 

Reklama
Reklama

Finał Roland Garros. Tak reagowali fani

Trafiłem chociażby na fana z Radomia, który kupił bilet na finał w trakcie meczu z Dianą Sznajder, na totalnym spontanie. Jak sam powiedział – zdecydowanie przepłacił, nadwyrężając domowy budżet. Gość przyleciał na mecz z Warszawy w dniu finału, wracał nazajutrz – zdecydowanie bardziej okrężną drogą, przez Sofię i Kraków

Rozmawiałem z panią doktor z Wielkopolski, która do Paryża przyleciała w sobotę rano i wracała samolotem po godz. 20. Musiała, bo następnego dnia miała dyżur w szpitalu. Zapewne była to dla niej naprawdę szalona doba, ale uznała, że choćby nie wiem co – chce tu być.

– Przyjechałam podziękować Mai za to, co zrobiła. Skradła nasze serca, serca kibiców z całego świata – mówiła kobieta.

Wpadłem na ojca z synem, którzy razem zwiedzają Europę. Ich plany na Paryż były zupełnie inne, ale gdy tylko zobaczyli, co wyprawia Chwalińska, postanowili przedłożyć oglądanie jej z trybun nad zwiedzanie światowej klasy zabytków.  

Reklama
Reklama

To zrozumiałe, bo Maja jest bardziej niezwykła od wielu z nich. Dostrzegają to też oczywiście znani Polacy: publiczne gratulacje tenisistce składał Zbigniew Boniek, a na meczu w Paryżu widziałem Kubę Wojewódzkiego. Na trybunach nie brakowało też celebrytów światowej sławy – wyczyny Chwalińskiej oglądał choćby Brad Pitt. 

Pomyślcie jaka to musi być dla Chwalińskiej abstrakcja. Miesiąc temu przyjechała tu z myślą, żeby przejść kwalifikacje i trzeci raz w karierze zagrać w głównej drabince wielkoszlemowego turnieju, a teraz jej zagrania oklaskiwał jeden z najbardziej znanych hollywoodzkich aktorów!

Paryska historia Mai jest przepiękna, ale w głowach każdego z nas rodzi się zapewne pytanie: czy sequel będzie równie spektakularny? 

Reklama
Reklama

Co czeka Chwalińską?

Nie tylko w kinie, ale i w sporcie stworzenie drugiej części, która będzie równie świeża i wspaniała jak ta pierwsza, nie jest łatwą sprawą. Ukończenie tej misji udaje się nielicznym, nam pozostaje mieć nadzieję, że Chwalińska będzie należeć do tego grona. Że za 4-5 lat będziemy o niej mówić jako o tenisowej gwieździe o ugruntowanej pozycji, a nie objawieniu niezapomnianej paryskiej wiosny Anno Domini 2026. 

Wiadomo – po takim turnieju rywalki i ich trenerzy nauczą się Mai i będą chcieli tę wiedzę wykorzystać już od zbliżającego się wielkimi krokami Wimbledonu. Ale też nie brakuje ekspertów tenisowych uważających, że Polka ma narzędzia, aby uciekać do przodu, czyli po prostu unikać zastawianych przez przeciwniczki pułapek dzięki swoim umiejętnościom.

Jak jej to wyjdzie, będziemy mogli uczciwie ocenić dopiero za kilkanaście miesięcy, może dwa lata. Wtedy zobaczymy, czy Chwalińska ustabilizowała swój tenis na wysokim poziomie, czy też ma z tym problemy, jak chociażby Magda Linette, która w styczniu 2023 r. awansowała do półfinału Australian Open, a potem już nigdy nawet nie zbliżyła się niestety do tego wyczynu.

Wimbledon na horyzoncie

Pierwszy mini-test czeka Maję już na Wimbledonie. Będzie to sprawdzian nie tylko dla niej, ale też dla nas, kibiców: dla naszej cierpliwości i zdrowego rozsądku. Nie powinniśmy ignorować tych cech i oczekiwać, że oto Chwalińska będzie w Londynie „zamiatać” rywalkami korty tak, jak czyniła w Paryżu. Nie podchodźmy do tego turnieju z gigantycznymi oczekiwaniami wobec niej, żeby potem rozczarowanie nie było tak wielkie, jak francuski entuzjazm.

Reklama
Reklama

Na konferencji prasowej po finale Polka sama podkreśla, że do niedawna uwielbiała grać na trawie, że ta nawierzchnia sprzyja jej atutom. Ale też przypominała, że poprzedni sezon na niej był zawodem.  

Ja bym do tego podszedł tak, na spokojnie: skoro najlepszym wyczynem Chwalińskiej na Wimbledonie była druga runda z 2022 r., poprawienie tego wyniku należy uznać za sukces. I nie kręćmy nosem jeśli nie uda się go osiągnąć – po takim turnieju, jak Roland Garros, Maja może być w Londynie jeszcze zmęczona, rozkojarzona, może nie być do końca sobą.

Natomiast co by się w Anglii nie stało, możemy być pewni jednego – w najbliższym czasie Maja nie odleci po podpisaniu kilku lukratywnych kontraktów, nie poczuje się nagle celebrytką pełną gębą, nie zaniedba treningów kosztem nocnego życia. Nie trzeba jej osobiście znać, by intuicyjnie czuć, że to nie jest ten typ osoby.

Reklama
Reklama

Jeśli tylko zdrowie pozwoli – a liczymy, że przy pomocy Macieja Ryszczuka, człowieka, który wzniósł na wysoki poziom fizyczny Igę Świątek tak właśnie będzie  – Chwalińska skupi się na ciężkiej pracy, której pierwszy owoc widzieliśmy już we Francji. Oby Polka w kolejnych latach zapełniła nimi cały kosz.

W Paryżu chodzi za mną nieustannie jeszcze jedna refleksja: po sukcesach Igi Świątek tysiące rodziców rozkochało swoje córki w tenisie. Wożą je na zajęcia, motywują, poświęcają swój czas i pieniądze licząc pewnie gdzieś w głębi duszy, że to właśnie ich pociecha okaże się, jak to mawiają Amerykanie, „the next big thing”. Ci ludzie musieli mieć czasem z tyłu głowy myśl w stylu: a co, jeśli zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby się udało, a cała sprawa wykrzaczy się na tym, że moja dziewczynka nie urośnie i cała ta ciężka robota pójdzie w piach?

Maja Chwalińska jest dla nich olbrzymim zastrzykiem nadziei.  Jest „anomalią” w XXI wiecznym świecie tenisowych robotów. Jest unikatowym zjawiskiem. Paryża i Polski. 

Źródło: Zero.pl
Kamil Gapiński
Kamil GapińskiDziennikarz Kanału Zero