Reklama
Świat

„Nie znam ani jednego Ukraińca, który wierzy, że wojna się skończy”

Parking przy jednym z warszawskich supermarketów. Kateryna parkuje. Miejsce jest wąskie, musi wycofać, żeby auto idealnie znalazło się między liniami. W tym samym czasie kobieta, która zaparkowała obok, też rusza. Stłuczka. Katia jeździ samochodem na ukraińskich numerach. Być może to jest powód, dla którego kobieta, z którą się zderzyła, natychmiast wzywa policję. Tak przynajmniej już po fakcie interpretuje to Katia w rozmowie z przyjaciółką. Uszkodzenia są niewielkie. Można było po prostu spisać protokół na miejscu. Kiedy przyjeżdża policja, Ukrainka przyznaje się do winy, przyjmuje mandat 500 złotych i 8 punktów karnych.

Arleta Bojke
Opinia autorstwa: Arleta Bojke
Dzisiaj 20:14
15 min
Awdijiwka, miasto na linii frontu zniszczone w wyniku rosyjskiej ofensywy – dla wielu Ukraińców mieszkających dziś w Polsce to codzienność, do której wciąż wracają myślami (fot. Shutterstock)
TYLKO NA

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#2.

Po wejściu do domu zaczyna płakać. – Nie wiem, dlaczego się przyznałam. Przecież i mój samochód był w ruchu, i jej. Ja jeszcze nie skończyłam manewru. Ona mnie też powinna była widzieć. Ale te przeklęte ukraińskie numery i to poczucie, że przecież nie jestem u siebie, że zawsze mam tu mniej praw. Ja chcę do domu – szlocha w rozmowie z przyjaciółką Polką, którą zna od kilkunastu lat.

Kateryna ma 47 lat. Na Ukrainie była panią dyrektor w firmie marketingowej. Świetnie zarabiała, miała wielu wysoko postawionych znajomych, dwa mieszkania w Kijowie. Mąż – wojskowy, oficer na dobrym stanowisku w Kijowie. – Ja wiem, że Ukraina nie jest państwem bez problemów, ale można i na Ukrainie dobrze żyć. Mnie się udało – mawiała przed 24 lutego 2022 roku.

Sprawdź również: Ukraina ma problem i zwraca się ku Polsce. „Zagrożeń może być z tego powodu wiele”

Reklama
Reklama

Jeszcze przed rosyjską inwazją na pełną skalę, była pewna, że Władimir Putin nie zaatakuje jej kraju. W tym przekonaniu utwierdzał ją również mąż. 24 lutego nie mogli uwierzyć, że życie, jakie znali do tej pory, właśnie się kończy. Pierwsze dwa dni Kateryna z dwójką dzieci spędziła w kijowskim metrze, które przecież służy też jako schron. Potem zdecydowała, że trzeba wyjeżdżać. Najpierw nie chciała opuszczać Ukrainy, pojechała do rodziny męża pod Lwów. Mąż przez kilka pierwszych tygodni wojny w ogóle nie wychodził z pracy.

Po kilku tygodniach wojny jej firma przeniosła siedzibę do Polski, więc i ona ostatecznie wyjechała. Cały czas miała pracę, więc nie chciała wypełniać wniosków na wszystkie bonusy, które Polska dawała Ukraińcom w pierwszych miesiącach po rosyjskiej inwazji. Uważała, że to nie byłoby w porządku, bo przecież ona ma pracę.

Miała ją przez kilka miesięcy. Firma się zamknęła. Znalazła inną pracę, dużo mniej płatną, ale i tak miała szczęście, bo wciąż w branży. Finansowo było trudno, ale nie to było jej największym problemem. – Wiem, że jestem tu dla dzieci, żeby były w bezpiecznym miejscu, ale wciąż nie mogę się pozbyć uczucia, że jestem gorsza i dla Polaków, i dla Ukraińców, którzy zostali w kraju – tłumaczy wielokrotnie bliskim znajomym i opowiada o wpisach znajomych w mediach społecznościowych, że prawdziwi patrioci to zostali w kraju, a wyjechali zdrajcy. Jej samopoczucia nie poprawia nawet to, że jej mąż jest mundurowym i przecież broni ojczyzny.

Reklama
Reklama

Wyrzutnia rakiet obok domu

Po roku w Polsce Kateryna wraca do Kijowa, który według relacji znajomych żyje już wtedy przecież mniej więcej normalnie. Dzieci znowu zmieniają szkołę. Ona trochę pracuje zdalnie dla tej samej polskiej firmy, dla której pracowała, szuka różnych możliwości zarabiania na życie, finansowo sobie radzi, ale… obok jej domu stoi wyrzutnia rakiet – obrona przeciwlotnicza. Niemal co noc ją słyszy. Co kilka dni uspokaja młodsze z dzieci – ośmioletniego wtedy syna – gdy w nocy wyją syreny. Nie radzi sobie z poczuciem zagrożenia. I to jest jej największą bolączką, choć mówi też o ciągłych przerwach w dostawach prądu i problemach z banalnym wstawieniem prania czy niedziałającą windą w wysokim bloku.

Może Cię zainteresować: Kijów świętuje 35 lat niepodległości. Świat: „Ukraina jest obrońcą Europy”

Wytrzymuje rok i znów przyjeżdża do Polski. – Zrozumiałam, że moje dzieci nie mają przyszłości na Ukrainie. Gospodarka leży, biznesy padają, dochodzi do tego poczucie beznadziei. Owszem, w Kijowie dzieci miały tatę na miejscu, ale razem uznaliśmy, że dla nich lepiej, żeby miały normalną szkołę, a nie taką, w której lekcje przerywane są alarmami i w której brakuje nauczycieli. Dla nich lepiej, żeby nie przyzwyczajały się do życia w państwie, którego cała moc jest skierowana na prowadzenie wojny i które we wszystkich innych aspektach niedomaga i staje się byle jakie – tłumaczy. Dzieci nie chcą znów jechać do Polski. Szczególnie 14-letnia córka. W Kijowie ma przyjaciółki, które są dla niej całym życiem. Płacze i prosi, ale rodzice są nieugięci. Jednak to Polska ma być znów ich domem.

Reklama
Reklama

Po kolejnym roku w Polsce pytam ją, czy wróci na Ukrainę. Przecież Donald Trump nie spocznie, dopóki nie zmusi obu stron do pokoju, bo postawił sobie to za punkt honoru, ten pokój potrzebny mu jest do prowadzenia większej polityki. – Oni to nazwą pokojem. My nie wierzymy, że wojna się skończy – mówi. I dodaje po chwili: – Nie znam ani jednego Ukraińca, który wierzy w to, że ta wojna skończy się naprawdę. Może będzie jakiś rozejm, na jakiś czas, nic więcej. Od razu zaznacza, że nie mówi o stole rozmów i ewentualnie podpisywanych dokumentach, tylko o realnych działaniach. – Przecież Putin tych fabryk zbrojeniowych nie zatrzyma. Tyle ludzi żyje tam z tej wojny. Zabranie im teraz tych możliwości pewnie groziłoby buntem, więc będą się tą wojną karmić latami w ten czy inny sposób – uważa Kateryna.

Czytaj także: Ukraina przeprowadzi wybory w czasie wojny? „Podskórna rywalizacja trwa”

Dopytuję, czy to znaczy, że nie wróci. Cisza. – Nie wiem. Biorę pod uwagę każdy wariant – mówi. – Jak będę miała w Polsce pracę, to pewnie nie wrócę. Pewnie mąż, jak już osiągnie wiek emerytalny, to do mnie dojedzie, bo teraz nie chce być dezerterem, nawet jeśli dałoby mu to możliwość tego, że widziałby dzieci codziennie, a nie raz na kilka miesięcy. Gdybym jednak miała myć podłogi, a na Ukrainie rzeczywiście skończyłaby się wojna, to chyba… chyba jednak wróciłabym do kraju. W Polsce najbardziej boli ją poczucie, że nie jest u siebie, że jest uchodźcą.

Kateryna się waha. Mówi, że sama na ten moment nie zna odpowiedzi na pytanie, czy wróci kiedyś do domu. Zaprasza mnie na spotkanie ze swoimi koleżankami – również Ukrainkami, które w Polsce same próbują budować nowy dom dla nich i dla ich dzieci. I od rozmowy o dzieciach zaczynają się ich rozmowy. – Iryna, moja starsza córka, wciąż tęskni za swoimi przyjaciółkami, które zostały w Kijowie, bardzo trudno adaptowała się w Polsce. Bogdan, młodszy syn, Ukrainę już ledwo pamięta – mówi Kateryna. Pociesza ją koleżanka Anna. Opowiada o córce, że jak przyjechała i poszła do polskiej szkoły, do szóstej klasy, to też nie mogła znaleźć przyjaciół. Klasa była już zgrana, nie mogła się dopasować, ale jak poszła do liceum, do nowej szkoły, to problem sam zniknął. – Teraz ona już nawet nie bierze pod uwagę powrotu na Ukrainę. Mówi, że trudno byłoby jej znów zmieniać dom i otoczenie.

Anna tłumaczy, że ona czeka, aż córka skończy szkołę średnią i pójdzie na studia. Wtedy ma zamiar wrócić na Ukrainę. – Uznałam, że nie można patrzeć na to, czy ktoś się z kimś dogada i co z tego wyjdzie. Trzeba budować jakieś plany. Mój jest taki, że wracam. Mam tu pracę, ale mąż zaciągnął się do wojska, walczy teraz gdzieś w okolicach Łymanu i spokoju mi nie daje, że ja też muszę jakoś pomóc. Jak tylko będę wiedziała, że córka da sobie radę, chcę wrócić i w jakimkolwiek charakterze pracować w Siłach Zbrojnych Ukrainy – tłumaczy drobna czterdziestokilkuletnia brunetka, pracująca teraz w urzędzie gminy w podwarszawskim miasteczku.

Reklama
Reklama

Podatek wojenny

Od razu w słowo wchodzi jej przebojowa, rudowłosa koleżanka. Elegancko ubrana agentka nieruchomości, Aksana. – Ja wiem, że nie wrócę. Bardzo kłócimy się o to z mężem, ale nie. Nawet jak wojna się skończy. Mam czwórkę dzieci, po dwóch latach w Polsce znalazłam pracę, która mnie cieszy i daje dobre pieniądze. On i tak jest cały czas na froncie. Nie, ja nie wracam – mówi ostro. Aksana to kobieta z tych, co żadnej pracy się nie boją. Pochodzi spod Iwano-Frankiwska i mówi, że zawsze ufa swojej intuicji.

Sprawdź również: 600 dronów nad Moskwą. Ukraina uderza coraz głębiej w Rosję

Na Ukrainie mieszkała blisko straży pożarnej, bo jej ojciec był strażakiem. Bała się, że to może być cel dla Rosjan. – Miałam sen. Śnił mi się dwa razy. Widziałam, jak samolot pasażerski wpada w okno mojej kuchni. Wtedy wiedziałam, że muszę wyjechać – mówi. Aksana na Ukrainie była prawniczką, ale w Polsce jej znajomość ukraińskiego prawa na nic się zdała. Przez dwa lata pracowała jako niania i sprzątaczka. Uczyła się polskiego i robiła kursy agenta nieruchomości. Teraz pracuje w międzynarodowej agencji w Warszawie. Pracuje z obcokrajowcami, przede wszystkim po angielsku. Nie obsługuje tylko Rosjan.

Kobiety rozmawiają o cenach, że te w sklepach na Ukrainie są zbliżone do polskich, a jednak wysokości wynagrodzeń nie da się porównać. Opowiadają o znajomych, którzy musieli na Ukrainie zamknąć swoje małe biznesy. Ktoś restaurację, ktoś zakład szewski, ktoś księgarnię. Brakuje i klientów, i ludzi do pracy. Wysokie ceny prądu. Przestaje się opłacać.

Reklama
Reklama

Polecamy także: „Naszym największym wrogiem nie jest Unia i Ukraina”. Tusk zaapelował do opozycji

Rozmawiają też o rosnących na Ukrainie podatkach, przede wszystkim o tym wojennym, który jest coraz wyższy. 1,5 proc. to jeszcze wszyscy jakoś byli w stanie przeżyć, ale 5 proc. już wielu Ukraińców uwiera. Dyskutują o samym Zełenskim. – Ludzie go wciąż popierają. Absolutnie tak, ale jest coś takiego wśród ludzi, że mamy poczucie, że wszystko jest tak skoncentrowane na wojnie, że władza nie odpowiada za nic innego i nikomu nawet nie wypada jej tego wypominać. A przecież choćby korupcja wciąż wszystkim przeszkadza. Problemy z prądem i infrastrukturą pominę, bo tu jednak jest to efekt wojny – zwraca się do mnie Kateryna, rozszerzając kontekst jej rozmowy z koleżankami.

Niektórzy są w pułapce

Najwięcej emocji budzi temat wywożenia chłopców z Ukrainy na Zachód. Co prawda tylko Kateryna ma 10-letniego syna, ale i Aksana, i Anna bardzo emocjonalnie podchodzą do tematu. – W 2014 rodzice chłopców w wieku twojego Bogdana nawet nie podejrzewali, że ta wojna tak się przeciągnie, że ich dzieci też zostaną zmobilizowane. A jednak dziś walczą ci, którzy 11 lat temu byli małymi dziećmi – mówi Anna. – Czy uważacie, że to moralnie właściwe? Czy da się zważyć racje w postaci dobra dziecka i dobra ojczyzny? – dopytuję, bo sama nie wiem, co zrobiłabym w sytuacji takiego wyboru. – Jasne, że się nie da, ale przecież na końcu to oni sami podejmują decyzję. W każdym razie, jeśli sami się zgłaszają do wojska, a takich chłopaków było sporo. Jeśli ich przymusowo mobilizują, to inna sprawa – Aksana zaczyna mówić, ale milknie, bo wie, że logika jej wypowiedzi kuleje. – Rodzice nie chcą, żeby ich synowie trafiali na front, a dopóki są mali, można z nimi wyjechać, potem już nie. No taka brutalna prawda. Jak któryś chce, to i tak wróci do kraju walczyć, ale za granicą nikt go do tego nie zmusi – dodaje.

Reklama
Reklama

Warto przeczytać: Ukraina nie odpuszcza. Kryzys naftowy w Rosji się pogłębia

Opowiadam im historię dalekich znajomych. Mieszkają w małej, kilkunastotysięcznej miejscowości na północy Polski. Ona Polka, on Ukrainiec. Nie mogą wziąć ślubu, bo on ma nieważny paszport, a Kijów – chcąc jednak ściągać mężczyzn do kraju – przestał wydawać nowe dokumenty w konsulatach. Trzeba by wrócić na Ukrainę, ale wiadomo, że wtedy znów będzie ciężko wyjechać, bo legalnie się nie da. – Wiadomo, że ludzie są różni. Ten chłopiec pewnie za nic nie chce walczyć. Tu, w Polsce jeszcze się do tego zakochał. Pewnie akurat on nie wróci na Ukrainę. Choć kto wie, ludziom się różnie życie układa – mówi Anna z dużą wyrozumiałością.

Mąż każdej z nich jest zaangażowany w wojnę. Mąż Kateryny w centrali, w Kijowie. Mąż Anny walczy w okolicach Łymanu, a mąż Aksany jest niedaleko Słowiańska. Obaj właściwie na pierwszej linii frontu, ale obaj żyją, mimo że na froncie są już ponad trzy lata. Pytam więc, czy nie mają żalu, jak widzą mężczyzn w wieku poborowym na polskich ulicach i czy to ci najmniej szlachetni Ukraińcy zostaną w Polsce, nawet jak wojna się skończy. – Jasne, że to denerwuje. Że może, gdyby mężczyźni nie uciekali za granicę za łapówki, to wszystko by się szybciej skończyło.

Mam takie myśli, ale zaraz potem godzę się z losem i myślę, że wojna zawsze wyciąga z ludzi i to, co najlepsze, najbardziej szlachetne, i to, co najgorsze. Ci mężczyźni wybrali życie za cenę plamy na honorze – mówi Anna. Aksana dodaje: – I oni rzeczywiście pewnie w Polsce zostaną, bo z tą plamą na honorze już im będzie bardzo trudno żyć na Ukrainie. Gdyby wrócili, zakładając, że ta wojna się skończy, to będą musieli na każdym kroku odpowiadać na pytanie, co robili w trakcie wojny. To trochę jak życie z piętnem na czole. Przecież ich znajomi wiedzą. Trudno udawać, że się walczyło, jeśli się uciekło.

Reklama
Reklama

– To, co ci powiem, będzie banalne, ale to, czy Ukraińcy wyjadą, czy nie wyjadą z Polski, przede wszystkim zależy od tego, jak kto się tu odnalazł. To nie jest tak, że wszyscy mają się w Polsce jak pączki w maśle. Niektórzy czują się tu jak w pułapce, pracują dużo poniżej kompetencji, są tu dla dzieci i cały czas myślą o powrocie – mówi Kateryna. – Spójrz na nas, jesteśmy we trzy w podobnej sytuacji i każda z nas myśli o ewentualnym powrocie do domu w zupełnie inny sposób. Jest jasne, że wiele osób nie wróci. Nawet gdy słuchamy naszych dzieci, jest jasne, że młodzież, która teraz uczy się w Polsce i w innych europejskich państwach, z dużym prawdopodobieństwem nie wróci na Ukrainę. To jest oczywiście bardzo złe dla samej Ukrainy, bo ta wojna to też tragedia demograficzna – dodaje Anna.

Może Cię zainteresować: Ukraina gotowa do rozmów z Rosją. „Przekazaliśmy USA nasze propozycje”

Do pokoju wchodzi Iryna – teraz już 15-letnia córka Kateryny. – Czy ktoś z twoich znajomych chce wracać na Ukrainę, czy wszystkim już przeszło? – pyta ją mama. – Moi znajomi często mówią, że jak skończą studia, to zobaczą, jaka jest sytuacja na Ukrainie i wtedy będą podejmować decyzje – odpowiada Iryna. – A co będzie za te 10 lat, kiedy jej rówieśnicy skończą studia, to nikt w tej chwili nie umie przewidzieć – podsumowuje Kateryna, popijając kawę z kubka z napisem po ukraińsku „Piękny Kijów”.