W zeszłym roku maturę pisało ponad 255 tys. zdających, którzy przystąpili łącznie do ponad 1,3 mln egzaminów z poszczególnych przedmiotów na różnych poziomach. Łącznie unieważniono 244 z nich, czyli jedynie 0,02 proc. – za niesamodzielność pracy, za wniesienie lub skorzystanie z urządzenia telekomunikacyjnego. Powiedzmy otwarcie – to niewiarygodnie mało.
Wystarczy bowiem wejść na dowolną grupę z ogłoszeniami albo „wkręcić się” na fora uczniowskie, by dowiedzieć się, że oszukiwanie jest całkiem częste. Złapani na gorącym uczynku to jedynie wierzchołek góry lodowej. Formalnie realna skala problemu nie jest znana. Problem jest jednak ważny, bo dzięki rozwojowi techniki oszustwa są zwyczajnie coraz łatwiejsze do przeprowadzenia.
Żarło, żarło i zdechło
Dwadzieścia jeden lat temu absolwenci liceów po raz pierwszy powszechnie przystąpili do tzw. „nowej matury”. Zastąpiła ona dawny egzamin dojrzałości, który organizowały własne szkoły uczniów. Arkusze zadań były wtedy różne w poszczególnych województwach, a sprawdzali je „miejscowi” nauczyciele. Całość stanowiła często festiwal różnych nadużyć, ze ściąganiem na czele – zwykle za przyzwoleniem samych nauczycieli. Nie bez powodu uczelnie nie traktowały wtedy zbyt poważnie świadectw dojrzałości, organizując powszechnie własne egzaminy wstępne.
Nowa matura przyniosła rewolucję: jednolite arkusze w całym kraju, konkretne procedury, udział egzaminatorów zewnętrznych oraz anonimowe sprawdzanie prac. Te zasady oraz autorytet instytucji egzaminacyjnych, zewnętrznych wobec szkół, na nowo nadały maturze właściwą rangę.
W ostatnich latach blask tych rozwiązań nieco blednie. Obiektywność i uczciwość matury jest coraz częściej kontestowana. Dotychczasowa forma, z powodu rozwoju możliwości technologicznych, przestaje być dostatecznie bezpieczna i odporna na oszustwa. Te zaś są coraz bardziej skomplikowane i bezczelne zarazem. No i skuteczne, skoro zdjęcia arkuszy pojawiają się w internecie zwykle do kwadransa od rozpoczęcia egzaminu.
Jak się dzisiaj oszukuje?
Sztuka ściągania
Klasykami są niewidoczne z zewnątrz mikrosłuchawki w uszach, wykorzystujące pętle indukcyjne Bluetooth. Zdarzają się kamerki ukrywane w guzikach i biżuterii. Nowinką są okulary z kamerkami i miniekranami, działające w połączeniu z wybraną sztuczną inteligencją.
Na portalach aukcyjnych kupić można tablety z kartami SIM i profesjonalnym oprogramowaniem matematycznym, udające – gdy trzeba – kalkulatory proste. Wszystko to są dosyć drogie „zabawki”. Ale nie zawsze trzeba je kupować – istnieją też wypożyczalnie. A skoro tak, to znaczy, że istnieje konkretny i niemały rynek korzystający z tego typu usług.
Jest też wersja ekonomiczna. Wystarczy wniesienie na egzamin wyciszonego telefonu. Jest to wprawdzie zakazane, ale dopóki nie zostanie ujawnione, pozostaje bezkarne. Teraz trzeba już tylko szybko zrobić kilka zdjęć arkusza maturalnego.
Nie jest to szczególnie trudne, jeśli weźmiemy pod uwagę to, że członków zespołu nadzorującego jest zwykle dwóch. I są szkoleni, by w trakcie egzaminu nie chodzić po sali – to rozprasza egzaminowanych. I właściwy moment: jeden egzaminowany zgłasza potrzebę wyjścia do toalety, czym absorbuje jednego z nauczycieli.
Dobre ukrycie się za plecami innego ucznia, by nie być w zasięgu wzroku drugiego pilnującego, i mamy serię fotek. Już pod stołem są one dyskretnie wysyłane na umówioną wcześniej grupę online. Tam czekają zaprzyjaźnione albo wynajęte osoby, które szybko rozwiązują zadania.
Kto daje korepetycje, ten wie, że pytania o tego typu odpłatne „przysługi” naprawdę się zdarzają. Teraz już wystarczy wycieczka do toalety i skorzystanie z telefonu wyjętego z kieszeni lub – w bardziej finezyjnej wersji – uprzednio tam schowanego. Szybkie zapamiętanie kilku odpowiedzi i powrót do sali.
Ryzyko można minimalizować, zlecając część „prac” innej osobie. Nie jest to trudne, ponieważ oszukiwanie na maturze wiąże się właściwie ze znikomą karą. Jest nią unieważnienie matury w danym roku i możliwość pisania dopiero za rok. Wystarczy więc o podjęcie takiego ryzyka poprosić kogoś, kto i tak by do matury nie przystępował (bo jest np. za słaby) albo kto poprawia egzamin zdany wcześniej.
W obu przypadkach konsekwencje w razie wpadki są praktycznie żadne. A pewnie można i zarobić kilka złotych. Egzaminowany, któremu nie zależy na zdaniu, a jedynie na pozyskaniu treści arkusza, może najzwyczajniej wziąć go w ręce i po prostu wyjść z sali.
Drukarnie podyplomowych świadectw. „Luka w przepisach pozwala działać fabrykom dyplomów”
Przecież nie ma ani prawnej, ani realnej możliwości, by takiego kogoś zatrzymać! Cóż… a zlecającemu pozostaje w odpowiednim momencie jedna czy dwie wizyty w toalecie i szybkie zapamiętanie przesłanych rozwiązań. Tu wpadka możliwa jest tylko w przypadku wyjątkowej nieudolności delikwenta lub wielkiego pecha.
Komisja wodzona na pokuszenie
Wspomniałem już, że na starej maturze ściągano często. Kto nie słyszał od swoich znajomych czy członków rodziny, którzy dziś są już 40+, jak to, idąc do toalety, otrzymywali od nauczyciela rozwiązanie jednego z zadań albo jak przemycali je rodzice w bułkach.
Wszystko to miały wyeliminować komisje mieszane, w których obecny jest jeden nauczyciel z innej szkoły. Jako potencjalne zabezpieczenie mechanizm ten jest jednak strasznie naiwny. Jeśli jakaś niewielka szkoła planuje wspierać na maturze swoich uczniów w pozaprzepisowy sposób, zwyczajnie dobiera się z inną podobną szkołą, z którą wzajemnie wymienia się nauczycielami. A nawet jeśli tego nie robią, wystarczy nauczyciela‑gościa wysłać z którymś egzaminowanym do toalety. I w sali zostaje znów grono ludzi znających się od kilku lat.
Jeszcze większą przestrzeń do nadużyć stanowią egzaminy, w których uczestniczy jedna lub co najwyżej kilka osób. O ile ktoś może się bać pomagać w większej sali, o tyle gdy jeden z dwóch uczniów pójdzie do toalety, drugi zostaje sam na sam ze swoim nauczycielem. Nie zmienią tu też nic żadne kontrole – sala dowiaduje się o nich, zanim osoba wizytująca do niej dotrze.
Podmianka
Jeszcze inna opcja, choć wymagająca bardzo specyficznych warunków, to wysłanie na egzamin innej, podobnej osoby. Jak to? Przecież nauczyciele znają swoich byłych uczniów. Zwykle tak jest. No chyba że to ktoś, kto uczył się w edukacji domowej, w bardzo dużej szkole. Albo zdaje egzamin z rzadkiego przedmiotu i jest wysłany do innej szkoły niż ta, którą kończył.
Względnie poprawia maturę po kilku latach. To nie jest akademicki, wydumany przykład. Rok temu widziałem ogłoszenie, którego celem było znalezienie osoby podobnej do tej ze zdjęcia, dobrej z matematyki i chętnej „pomóc”…
Rozwód zamiast separacji
Dlaczego system niedomaga? Nowa matura przyniosła nową jakość, bo doszło do separacji, jaką egzamin ten wziął ze szkołami. Tym, co dziś stanowi problem, jest fakt, iż matury nadal przeprowadza się rękami nauczycieli i z wykorzystaniem szkolnych zasobów – a więc po kosztach i amatorsko.
Na dyrektorach szkół spoczywa cała logistyka, a nauczyciele odbywają nierefundowane wycieczki, często do sąsiednich miejscowości, by tam doświadczyć oczekiwanej co roku „przyjemności” – np. cztero‑, czterogodzinnego pilnowania na egzaminie z języka polskiego, w trakcie którego nie można mieć niczego do czytania ani słuchania, nie można wędrować po sali itp. Trzeba po prostu być. Kto tej tortury nie doświadczył, naprawdę nie zrozumie. Tym razem jednak nie o tym.
Kolejny raz belfrom wyznacza się odpowiedzialne zadanie, nie wyposażając ich w odpowiednie narzędzia. Jak bowiem nauczyciel ma sprawdzić, czy ktoś ma przy sobie (szczególnie luźno ubrany) cokolwiek elektronicznego? Jak ma zatrzymać kogoś chcącego wynieść arkusz? Czy ma po każdym uczniu dokonywać pełnej rewizji kabiny toaletowej? A jeśli egzaminowany sfotografuje przy nim ostentacyjnie arkusz – ma odebrać mu telefon? Czy patrzeć, jak wysyła go kolegom, akceptując przepisową karę? Podkreślmy: egzaminowany nie jest uczniem. Nie podlega żadnym szkolnym zasadom.
Szkoły i instytucje egzaminujące muszą wziąć pełen rozwód. Trafnie zdiagnozowała to zresztą kilka dni temu minister Katarzyna Lubnauer, udzielając wywiadu w RMF24: „będą musiały powstać centra egzaminacyjne, w których nie ma dostępu do internetu i w których rzeczywiście uczniowie piszą w bardzo kontrolowanych warunkach”. Dodała przy tym niestety, że uważa to dopiero za pieśń przyszłości. A jednak są rzeczy, które można by zrobić niedużym kosztem już teraz!
Kombinowanie na maturze podstawowej jest względnie łatwe również dlatego, że istotna część zadań ma charakter testowy. Łatwo jest zapamiętać w toalecie, które odpowiedzi ABCD są właściwe dla których zadań. Gdyby trzeba było zapamiętać konkretne rozwiązania, byłoby dużo trudniej. A gdyby jeszcze te same zadania występowały w dwóch–trzech wariantach, różniących się wartościami danych itp. – byłoby trudniej jeszcze bardziej. Obecne warunki pozwalają wprawdzie na krótkie kontakty ze światem poza salą egzaminacyjną, ale w praktyce bardzo trudne byłoby utrzymywanie ich przez dłuższy czas.
Kara musi odstraszać
Matura jest egzaminem państwowym. Powagę tego faktu powinno podkreślać również prawodawstwo, które za co najmniej wykroczenie powinno uznawać oszukiwanie przez zdającego oraz aktywne pomaganie mu w tym. To ostatnie – realizowane szczególnie w sposób zarobkowy, poprzez rozwiązywanie zadań, podpowiadanie czy reklamowanie i sprzedaż urządzeń mających to w praktyce ułatwić – winno wiązać się z bardzo konkretnymi karami finansowymi.
Humanista bez matematyki? Społeczeństwo nie może sobie na to pozwolić
Członkowie komisji również powinni mieć jasną odpowiedzialność dyscyplinarną za pomoc w oszukiwaniu – aktywną lub przez zawinione zaniechanie. Niestety w Polsce nadal istnieje społeczne przyzwolenie na takie zachowania, podobnie jak na kupowanie prac zaliczeniowych czy dyplomowych. Wszystkie te sfery domagają się stworzenia odpowiedniego systemu karania, który powinien odstraszać i dawać jasny sygnał, że takie zachowania są społecznie nieakceptowalne.
To bardzo ważne, bo jako nauczyciel‑praktyk jestem szczerze przekonany, że zdecydowana większość maturzystów pisze egzaminy w pełni uczciwie i samodzielnie. Wielu z nich dochodzi do swoich wyników latami pracy, wyrzeczeń i nauki – nierzadko dosłownie „w pocie czoła”. Należy zrobić wszystko, by nie było podstaw do podważania wartości ich osiągnięć. Dlatego walka z oszustwami maturalnymi nie jest wyłącznie kwestią procedur czy organizacji egzaminów. To również kwestia elementarnej sprawiedliwości społecznej oraz zaufania do państwowego systemu oceniania.

