Dwadzieścia jeden lat temu absolwenci liceów po raz pierwszy powszechnie przystąpili do tzw. „nowej matury”, która zastąpiła starą formułę egzaminu dojrzałości. Zmiana była kilkukrotnie odkładana, ale konieczna dla zapewnienia nowoczesności i wiarygodności tego egzaminu. Ponieważ wcześniej matury organizowały szkoły macierzyste uczniów, prowadziło to do licznych nadużyć (głównie „ściągania”) i obniżało wiarygodność wyników.
Czy edukacja zdrowotna będzie obowiązkowa w szkołach? Nowe informacje
Dodatkowo różnice między województwami oraz mało precyzyjna skala ocen sprawiały, że uczelnie wyższe i tak przeprowadzały własne egzaminy wstępne, bo wyniki uzyskiwane na maturze były powszechnie uważane za niewiarygodne.
Nowa matura, mimo pewnych wad, wprowadziła istotne zmiany: jednolite arkusze w całym kraju, konkretne procedury, udział egzaminatorów zewnętrznych oraz anonimowe sprawdzanie prac. W efekcie wyniki stały się bardziej rzetelne, a egzaminy wstępne na studia ograniczono do nielicznych kierunków.
Przekazanie organizacji matury instytucjom zewnętrznym skutecznie przywróciło jej realne znaczenie. Piętnaście lat temu, po trwającej ćwierć wieku przerwie, przywrócono jako obowiązkową część nowej matury egzamin pisemny z matematyki na poziomie tzw. podstawowym.
Sprzeciw wobec obowiązkowej matematyki
W ostatnim czasie coraz więcej środowisk wysuwa jednak postulat zniesienia obowiązkowego charakteru tej części egzaminu maturalnego. Zwykle przytaczany jest podobny zestaw argumentów: matura z matematyki nie przystaje do wielu ścieżek profilowania wybieranych przez uczniów, jest przedmiotem zbędnym dla wielu kierunków studiów, zmusza do uczenia się rzeczy nieprzydatnych dla danego ucznia, ogranicza elastyczność. Dla wielu jest też progiem nie do przejścia – przez to uzdolnieni w innych sferach uczniowie podobno tracą szansę na studia i rozwój.
W końcu relatywnie niska zdawalność powoduje egzaminacyjny stres, bardziej eliminuje, niż wspiera abiturienta. System nie uwzględnia też w wystarczającym stopniu różnych specyficznych trudności, jakie niektórzy uczniowie mają z matematyką. W efekcie zwiększa nierówności, premiuje korzystających z korepetycji i jest niesprawiedliwy. Czy jednak ten diabeł jest naprawdę aż tak straszny?
Egzamin, którego naprawdę trudno nie zdać
Opowiedzmy sobie najpierw, jak w ogóle wygląda dzisiejsza matura z matematyki. To istotne dla Czytelników, którzy zdawali niegdyś starą maturę z tego przedmiotu (lub się jej bali) i którzy na podstawie jej trudności próbują sobie wyrobić opinię. Zacznijmy od tego, że matura z matematyki ma obecnie dwa poziomy – podstawowy i rozszerzony – i jedynie ten pierwszy jest obowiązkowy.
Mówimy więc o egzaminie znacznie łatwiejszym (i to naprawdę znacznie – zachęcam do odszukania w internecie i przejrzenia dowolnego arkusza z matematyki podstawowej z ostatnich lat!) niż dawna matura z matematyki. Konkretnie: zeszłoroczny arkusz z matematyki składał się z 31 prostych zadań, na których rozwiązanie uczniowie mieli trzy godziny zegarowe czasu.
Do zdobycia było 50 punktów, przy czym za wynik pozytywny uznaje się uzyskanie co najmniej 30 proc. z nich, czyli 15 punktów. Nie oszukujmy się – jest to nisko ustawiona poprzeczka. Tym bardziej, że ponad dwie trzecie zadań, za które można było uzyskać łącznie 23 punkty, to zadania w formie testu jednokrotnego wyboru.
Czy matura z matematyki w tej formie jest dobrym egzaminem? Zdecydowanie nie. Byłaby znacznie lepsza, gdyby więcej zadań miało charakter otwarty i złożony. To oczywiście zwiększyłoby odsetek tych, którzy jej nie zdają, więc z przyczyn politycznych nikt się dzisiaj nie odważy na taką zmianę. Dlaczego więc mimo to tak ważne jest zachowanie tego egzaminu jako obowiązkowego? Powodów jest kilka.
Ostatni wiarygodny próg w systemie ocen
Wprowadzenie nowej matury, z założenia obiektywnej, szybko uczyniło z niej najwyższy z progów, jakie należy pokonać, by móc aplikować na studia. Na przestrzeni ostatnich lat mamy w szkołach coraz większy problem z ocenianiem. Istnieje bardzo duża presja ze strony uczniów, rodziców i ogólnie społeczeństwa, by dzieci uzyskiwały pozytywne oceny niezależnie od tego, czy pracują i osiągają określone efekty kształcenia.
W wielu szkołach, szczególnie niepublicznych, uczniowie otrzymują więc na świadectwach znacznie zawyżone oceny. Problem ten dotyka też części społeczności edukacji domowej, gdzie zdarzają się zbyt proste egzaminy klasyfikacyjne. W każdym razie – niezależnie od niedoskonałości ocen samych w sobie – w ostatnich latach straciły one bardzo wyraźnie na znaczeniu ze względu na swoją niewiarygodność. I nie jest to tylko obserwacja czyniona przeze mnie z perspektywy nauczyciela.
Kiedy świadectwo nie ma pokrycia w umiejętnościach
W zeszłym roku 15 proc. osób przystępujących do matury podstawowej z matematyki jej nie zdało. Sęk w tym, że już uczeń kończący drugą czy trzecią klasę liceum przy standardowym toku nauki nie powinien mieć najmniejszego problemu, by uzyskać z niej owe magiczne 30 proc. Można to bez problemu wywnioskować z porównania zakresu materiału obowiązującego na tym egzaminie oraz odpowiedniej podstawy programowej.
Szkoła życia na matematyce. Bolesna lekcja na dziś
Z tych faktów płynie niestety jedna gorzka konstatacja. Skoro są absolwenci szkół średnich, którzy mają problem ze zdaniem tej matury, to pojawia się pytanie, na ile wiarygodna jest pozytywna ocena z matematyki, którą uzyskiwali w ostatnich latach, dzięki czemu ukończyli szkołę. Czy to nie jest przypadkiem tak, że niezdana matura z matematyki podstawowej – wyłączając pewne szczególne przypadki – obnaża fakt, iż pozytywna ocena na świadectwie nie ma pokrycia w rzeczywistych umiejętnościach ucznia?
Filtr jakości w czasach niżu demograficznego
Brak tamy gwarantującej osiągnięcie pewnego minimum minimorum w postaci obowiązkowej matury z matematyki za chwilę odbiłby się też na poziomie kształcenia akademickiego. Powoli na uczelnie zaczną wchodzić roczniki z demograficznych niżów. A ponieważ w polskim systemie finansowania nauki to głównie liczba studentów przekłada się na wysokość ministerialnej dotacji, wobec wizji redukcji etatów na bok pójdzie etyka i zacznie się rekrutowanie kogokolwiek bądź. I inflacja coraz to wyższych poziomów wykształcenia.
Już dzisiaj wiele uczelni rekrutuje kandydatów na studia według zasady „kto pierwszy, ten lepszy”. Jak do tego uwzględnić ostatnie skandale pokazujące, że kształcenie na poziomie wyższym również potrafi być fikcyjne, nietrudno odnieść wrażenie, że system już jest na skraju przepaści.
Mit „humanisty”, który nie musi rozumieć liczb
W polskiej szkole od wielu lat funkcjonuje bardzo szkodliwy mechanizm swoistego autoetykietowania. Już w pierwszych latach szkoły podstawowej uczniowie mający trudności z matematyką szybko odkrywają, że całkiem dobrym sposobem na wykpienie się od niej jest zdeklarowanie się jako „humanista”. Zyskuje się tym samym zrozumienie i wsparcie zwykle co najmniej jednego z rodziców, który również orłem z tego przedmiotu nie był, a przecież w życiu sobie świetnie poradził.
Traci się natomiast zupełnie motywację do tego, by nad tym, co przychodzi trudniej i kosztem większej pracy, nadal się pochylać. Matematyka idzie więc w odstawkę, a uczniowie czują się rozgrzeszeni. I rzeczywiście tacy by byli, gdyby nie egzamin ósmoklasisty i matura. Usunięcie obowiązkowej matematyki z tego ostatniego odbierze wielu osobom jakąkolwiek motywację do pracy i jedynie pogłębi skalę matematycznego analfabetyzmu w naszym społeczeństwie.
Wbrew pozorom matematyczne braki potrafią mścić się na humanistach nawet, gdy są już oni na etapie kariery naukowej. Dość wspomnieć tu o dosyć powszechnym stosowaniu w pracach z dziedziny nauk społecznych narzędzi statystycznych bez ich dogłębnego rozumienia, co nierzadko powoduje wyciąganie nieuprawnionych wniosków.
Nie tylko etykieta humanisty zwalnia zbyt łatwo z uczenia się matematyki. Po części analogicznie dzieje się w przypadku niektórych osób ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się. Odpowiednia diagnoza w postaci opinii czy orzeczenia z poradni psychologiczno‑pedagogicznej uprawnia uczniów do różnego rodzaju dostosowań podczas egzaminu, adekwatnie do ich szczególnych potrzeb. Dużo lepiej byłoby jednak, gdyby uprawnienia warunkowane były nie tylko samą diagnozą, ale również uczestniczeniem przez ucznia w zajęciach mających istniejące trudności niwelować.
Nie wyciągajmy zawleczki z tego granatu
Matematyka nie jest wyłącznie szkolnym przedmiotem czy sztuką dla wybranych. Stanowi fundament sprawnego funkcjonowania we współczesnym świecie – niezależnie od tego, czy ktoś wybiera ścieżkę ścisłą, czy humanistyczną. Obowiązkowa matura z matematyki, mimo swoich niedoskonałości, pozostaje jednym z ostatnich realnych narzędzi egzekwowania minimum kompetencji, które są dziś po prostu niezbędne.
Jej zniesienie nie rozwiąże problemów systemu edukacji – przeciwnie, jedynie je pogłębi. Odbierze uczniom motywację do podejmowania wysiłku, szkołom – ostatni punkt odniesienia, a uczelniom – choćby minimalny filtr jakości kandydatów.
W praktyce będzie to sygnał, że z podstawowych kompetencji można się po prostu wypisać. A na to nie możemy sobie pozwolić. Państwo, które rezygnuje z egzekwowania elementarnych umiejętności logicznego myślenia i rozumienia liczb, świadomie godzi się na obniżenie poziomu debaty publicznej, jakości decyzji ekonomicznych i sprawności własnych instytucji.
Donald Tusk wymieni Barbarę Nowacką w ramach rekonstrukcji? "Nikt nie będzie płakał"
Podkreślę to na koniec jeszcze raz: matematyka nie jest problemem – problemem jest brak wymagań. Dlatego zamiast usuwać ją z matury, należałoby raczej zadać sobie niewygodne pytanie: czy naprawdę chcemy systemu, który przestaje wymagać czegokolwiek, byle tylko nikt nie poczuł się wykluczony? Bo taka droga nie prowadzi do większej równości, lecz do wspólnego obniżania poprzeczki – aż do poziomu, który przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

