Niedawno opinię publiczną zelektryzował artykuł Renaty Kim w „Newsweeku” opisujący nieprawidłowości do jakich dochodzi we wrocławskiej uczelni, znanej z prowadzenia studiów online. Tekst przytacza niepokojące relacje studentów oraz opisuje dziennikarską prowokację:
Na studia zapisał się Michał, wybrał podyplomowy kierunek zarządzanie kapitałem ludzkim (…), potem dostał już dostęp do panelu studenta, gdzie czekały na niego materiały dydaktyczne. Wydawało się, że będzie musiał odsłuchać nagrane wykłady albo przejrzeć kolejne strony prezentacji, ale wystarczyło odhaczyć je w systemie i można było przystąpić do rozwiązywania testów cząstkowych.
Dalej dowiadujemy się, że ów słuchacz musiał rozwiązać kilka testów, które mógł poprawiać do skutku, by finalnie w ciągu około godziny zaliczyć cały semestr. Problemem nie jest jednak tylko czas i niewiele warte testy. Warto zauważyć, że podczas tych „studiów” nie było żadnych zajęć na żywo, żadnego kontaktu słuchacza z prowadzącymi czy z innymi studentami. Również żaden konkretny nauczyciel akademicki nie przeprowadzał egzaminów, a działo się to na jakiejś platformie, bez kontrolowania samodzielności pracy.
Gdyby jednak komuś brakowało wspomnianej godzinki na zaliczenie semestru, to nic nie stoi na przeszkodzie, by zlecić osobie trzeciej odklikanie takich „studiów” za nas! Przecież nikt nie weryfikuje, kto siedzi przed komputerem podczas testów. Bulwersujące? Spokojnie – to dopiero wierzchołek góry lodowej.
To nie incydent – to szersze zjawisko
Wystarczy poświęcić kwadrans na uważne przejrzenie w internecie ofert studiów podyplomowych online, by przekonać się, że uczelni prowadzących podobne „studia” jest w Polsce jeszcze co najmniej kilkanaście. Od lat eksploatują one z godną podziwu efektywnością swoistą szarą strefę, jaką stwarza brak oraz niejednoznaczność odpowiednich przepisów. Umiejętnie balansując na granicy prawa, działają właściwie bezkarnie. A środowisko akademickie oraz resort nauki i szkolnictwa wyższego, choć są tego od dawna świadome, zachowują bierność.
Aby zrozumieć, na jakich lukach i błędach rozciąga się dzisiaj przestrzeń, w której rozwijają się współczesne drukarnie podyplomowych świadectw, trzeba cofnąć się w czasie i przyjrzeć temu, jak zmieniała się rola samych studiów podyplomowych.
Podyplomówki zgubiły swoje miejsce w systemie
W przeszłości, gdy studia wyższe miały głównie formę jednolitych, pięcio- lub sześcioletnich programów, potrzebne było istnienie krótszej ścieżki kształcenia. Takiej, która umożliwi specjalizację w wąskiej dziedzinie, rozwój międzyobszarowy lub przekwalifikowanie osobom, które posiadały już dyplom i potwierdzoną dojrzałość akademicką. W takiej formule podyplomówki przez długi czas świetnie spełniały swoją rolę. Przykładem może być tu medyczne kształcenie podyplomowe, służące rzeczywistemu doskonaleniu zawodowemu po ukończeniu studiów.
Sporą popularność zyskały też kwalifikacyjne studia podyplomowe, których celem było uzyskanie przygotowania do wykonywania nowego zawodu – często nauczycielskiego lub pedagogicznego. Przez wiele lat rola podyplomówek w systemie kształcenia wyższego była więc jasna. W pewnym momencie Polska wdrożyła jednak założenia procesu bolońskiego, zgodnie z którymi właściwą drogą do uzyskiwania pełnych kwalifikacji są studia odpowiedniego stopnia (pierwszego lub drugiego), ewentualnie skrócone dzięki uznaniu wcześniej osiągniętych efektów uczenia się, nie zaś studia podyplomowe.
W tej sytuacji zachowanie w polskim systemie tej formy kształcenia stworzyło alternatywny, de facto „pozaboloński” system zdobywania uprawnień, często równoważnych tym, które daje ukończenie pełnych studiów wyższych. Tę dwutorowość sankcjonuje chociażby rozporządzenie o kwalifikacjach wymaganych od nauczycieli szkolnych. I tak studia podyplomowe w wielu przypadkach stały się po prostu studiami „zamiastdyplomowymi”.
Szacuje się, że każdego roku wydaje się ponad 100 tys. świadectw ich ukończenia, głównie na kierunkach pedagogicznych, biznesowych i administracyjnych. To nie przypadek. Ich bowiem popularność wynika w znacznym stopniu z faktu, że stanowią one łatwiejszą alternatywę dla studiów drugiego stopnia, oferując w praktyce równoważne uprawnienia.
Pełne studia są lepsze niż kwalifikacje na skróty
Tymczasem od dawna powinno być zupełnie inaczej. Przykładowo: jeśli absolwent geografii chciałby zostać nauczycielem matematyki, powinien ukończyć studia drugiego stopnia z matematyki (nawet w trybie niestacjonarnym), a nie studia podyplomowe. Te ostatnie nie zapewniają bowiem pełnej kwalifikacji danego poziomu, lecz jedynie kwalifikacje cząstkowe. Funkcjonowanie studiów podyplomowych, które dają identyczne uprawnienia jak studia pierwszego czy drugiego stopnia, stoi w sprzeczności z ideą ram kwalifikacji.
Oczywiście, można jeszcze uznać zasadność studiów podyplomowych o charakterze doskonalącym czy rozwijającym, lecz trudno obronić ich rolę jako formy uzupełniającej pełne wykształcenie kierunkowe. Tym bardziej, gdy mają one wąski, czysto praktyczny charakter, bliższy kursowi niż studiom.
Podyplomowe Eldorado efektem nieprzemyślanej deregulacji
Czy naprawdę jest tak duża różnica między trzysemestralnymi studiami podyplomowymi a czterosemestralnymi studiami drugiego stopnia? Teoretycznie powinna być ona niewielka. W praktyce jest często olbrzymia, ze względu na diametralnie różne wymogi, jakie musi spełnić uczelnia, by prowadzić każde z nich. Właściwie w przypadku studiów podyplomowych uczelnia musi obecnie jedynie istnieć.
Dlaczego polskiej nauki nie wolno dofinansowywać? Oto powód
Problemy z jakością tej formy kształcenia mają więc swoje źródło w regulacjach prawnych, a właściwie ich braku. Przez wiele lat ustawa o szkolnictwie wyższym przewidywała, że uczelnia może prowadzić studia podyplomowe jedynie w obszarze kształcenia, z którym związany jest co najmniej jeden prowadzony przez nią kierunek studiów.
W praktyce oznaczało to konieczność spełnienia określonych wymogów kadrowych i infrastrukturalnych – podobnych do tych, które obowiązują przy prowadzeniu studiów wyższych. Zapewniało to przynajmniej podstawową równowagę w systemie, choć i wtedy różne szkoły wyższe próbowały obchodzić niektóre przepisy.
Prawo więc już wtedy wymagało doprecyzowania. Tymczasem w 2016 r. z inicjatywy ministra Jarosława Gowina zupełnie usunięto z ustawy zapis łączący prawo do prowadzenia studiów podyplomowych na danym kierunku z prowadzeniem powiązanego obszarowo kierunku studiów lub uzyskaniem ministerialnej zgody. Odtąd uczelnie zyskały możliwość niemal nieograniczonego tworzenia dowolnej liczby i rodzaju studiów podyplomowych, bez powiązania ich z prowadzonymi kierunkami studiów czy wymogami odnośnie posiadanego zaplecza i kadry.
Część szkół wyższych szybko wykorzystała tę możliwość; niektóre zaczęły funkcjonować jako organizatorzy głównie podyplomówek. Tak powstało swoiste „podyplomowe Eldorado”. Nie jest dzisiaj problem studiowanie fizyki nauczycielskiej w uczelni humanistyczno-ekonomicznej albo bibliotekoznawstwa, budownictwa czy nauczania historii na uczelni działającej w sferze nauk o zdrowiu.
Dopełnieniem problemu jest fakt, że Polska Komisja Akredytacyjna – instytucja odpowiedzialna za ocenę jakości kształcenia na studiach wyższych – praktycznie nie posiada narzędzi do kontroli studiów podyplomowych. Mogą być one otwierane swobodnie i nie podlegają systemowej ocenie jakości.
Nic więc dziwnego, że stały się polem licznych eksperymentów podporządkowanych celom biznesowym: ułatwianiu ukończenia studiów (pod względem miejsca, czasu i poziomu wymagań) oraz maksymalizowaniu ich opłacalności dla uczelni. W tym modelu kluczową rolę odgrywa formuła online, która dodatkowo obniża koszty i zwiększa skalę przedsięwzięcia. Problem w tym, że online online’owi nie jest równy.
Co to znaczy „online”?
Do języka potocznego na trwałe weszły już takie określenia jak e-learning, kształcenie na odległość, edukacja zdalna czy studia online. Używa się ich często zamiennie, choć w rzeczywistości opisują nieco różne zjawiska. Dla jednych będą to zajęcia prowadzone na żywo za pośrednictwem komunikatorów internetowych, dla innych – zestaw nagranych wykładów, platforma z materiałami do samodzielnego przerobienia albo automatyczne testy „do odklikania”.

Studia podyplomowe online powinny zapewniać możliwość zadawania pytań, dyskusji, reagowania na wątpliwości, korygowania błędów. Samo bycie zalogowanym, oglądanie nagrania czy rozwiązywanie automatycznego testu nie spełnia tej definicji. (fot. Shutterstock / Shutterstock)
Rosnąca popularność tych form jest naturalnym skutkiem rozwoju technologii i przemian społecznych: coraz więcej osób łączy pracę zawodową i życie rodzinne z dalszym kształceniem, a możliwość uczenia się bez dojazdów bywa realnym ułatwieniem.
Godziny, które istnieją tylko na papierze
Zanim jednak uznamy, że „zdalnie” znaczy po prostu „nowocześnie i wygodnie”, trzeba jasno powiedzieć: nie każda aktywność realizowana przez internet jest tożsama z akademickimi zajęciami. Na świadectwach ukończenia studiów podyplomowych oraz w suplementach do dyplomów wykazuje się bowiem przewidzianą planem studiów liczbę godzin zajęć zorganizowanych, nie zaś czas poświęcony na czytanie skryptów, rozwiązywanie quizów czy nawet słuchanie nagrań przez słuchacza.
Klucz do zrozumienia tej różnicy daje obowiązujący w Polsce Europejski System Transferu Punktów – European Credit Transfer and Accumulation System (ECTS). System ten opiera się na założeniu, że każdemu przedmiotowi przypisana jest liczba punktów odpowiadająca całkowitemu nakładowi pracy studenta (CNPS). Na ten nakład składają się dwie części: udział w zajęciach zorganizowanych w uczelni (ZZU) oraz praca własna studenta (PWS). Jeden punkt ECTS oznacza przeciętnie 25–30 godzin pracy.
Seniorzy a alkohol. Badania wykazały korelację z ryzykiem śmierci
Z istoty ECTS wynika zatem wyraźne rozróżnienie: czym innym jest czas samodzielnego zapoznawania się z materiałami (lektury, nagrania, testy ćwiczeniowe), a czym innym udział w zajęciach zorganizowanych, prowadzonych pod kierunkiem nauczyciela akademickiego. Jeżeli więc uczelnia wykazuje w dokumentach określoną liczbę godzin ZZU, musi chodzić o zajęcia realnie prowadzone – a nie o samodzielne „przeklikiwanie” platformy.
Stąd prosty wniosek: aby zajęcia zdalne mogły być uznane za zajęcia zorganizowane, powinny mieć charakter synchroniczny, odbywać się na żywo i zapewniać rzeczywisty kontakt wykładowcy ze studentami oraz między samymi studentami. Musi istnieć możliwość zadawania pytań, dyskusji, reagowania na wątpliwości, korygowania błędów. Samo bycie zalogowanym, oglądanie nagrania czy rozwiązywanie automatycznego testu nie spełnia tej definicji – jest to forma pracy własnej, nawet jeśli została „opakowana” w platformę edukacyjną.
Egzamin bez nadzoru – dyplom bez gwarancji
Wydawany przez uczelnię dokument, który potwierdza ukończenie studiów, jest dowodem na to, że student osiągnął przewidziane programem efekty kształcenia. Uczelnia ma obowiązek obiektywnie zweryfikować, czy tak się stało, zanim to formalnie na świadectwie czy dyplomie potwierdzi. I tu ujawnia się kolejny poważny problem – kwestia poziomu i sposobu przeprowadzania egzaminów i zaliczeń.
Zwyczajna elementarna uczciwość wymaga, aby weryfikacja efektów uczenia się odbywała się w warunkach kontrolowanej samodzielności. Tymczasem coraz częściej spotyka się egzaminy online przeprowadzane bez realnej kontroli, z możliwością wielokrotnego powtarzania testów, bez pewności co do tożsamości osoby przystępującej do zaliczenia. Jednocześnie dochodzimy tu do granic absurdu, gdy organizatorzy takich studiów próbują te praktyki tłumaczyć tym, że przepisy nie wymagają, by egzaminy na studiach odbywały się w takich warunkach.
Jeżeli dyplom ma potwierdzać osiągnięcie określonych efektów kształcenia przez konkretną osobę, uczelnia powinna zapewnić wiarygodną identyfikację zdającego oraz warunki uniemożliwiające korzystanie z niedozwolonej pomocy. Jeśli technika na to nie pozwala, to być może wszystkie egzaminy powinny odbywać się stacjonarnie.
Nie wszystko da się zrealizować zdalnie
Trzeba wreszcie jasno powiedzieć: są obszary kształcenia, których w pełni zrealizować online się nie da. Dotyczy to przede wszystkim zajęć wymagających bezpośredniego kontaktu z aparaturą, pracy w laboratorium, ćwiczeń klinicznych, warsztatów artystycznych czy innych form nabywania umiejętności praktycznych w specyficznych warunkach.
Żadne nagranie ani symulacja nie zastąpią doświadczenia pracy z rzeczywistym sprzętem czy udziału w zajęciach wymagających fizycznej obecności i bezpośredniej interakcji. Między bajki trzeba włożyć przekonanie o tym, że polonista, który ukończy w pełni zdalną podyplomówkę z chemii, nigdy w życiu nie będąc w chemicznym laboratorium, będzie dobrym nauczycielem tego przedmiotu.
Porządne studia online są możliwe, choć wymagające
Z drugiej strony trzeba sobie powiedzieć uczciwie, że można poprowadzić rzetelnie zajęcia w formie zdalnej. Wystarczy zrobić to w formie synchronicznej, zaangażować słuchaczy dając im różne zadania i ćwiczenia do wykonania, raz indywidualnie, innym razem w wylosowanych grupach. Programy do zajęć zdalnych takie jak choćby Google Classroom są do tego świetnie przygotowane.
Wymaga to jednak pracy ze strony prowadzącego i zaangażowania się uczestników, a nie jedynie bycia zalogowanym w trakcie transmisji. Porządne kształcenie zdalne można poznać po tym, że choć student uczestniczy w nim w domu, to pracuje nie krócej i jest zaangażowany w nie mniejszym stopniu, niż gdyby uczestniczył w zajęciach osobiście.
Wiedzieli wszyscy, nie zareagował nikt
Na początku artykułu wskazałem, że o sprawie wiedzą od dawna tak naprawdę wszyscy. Zacznijmy od ministerstwa, urzędników i środowiska akademickiego. Temat poruszany był w mediach już od niemalże pięciu lat. W 2022 r. Urszula Mirowska-Łoskot na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” opisała problem lawinowego wzrostu różnych kierunków studiów podyplomowych, które jednak bywają fikcyjne lub są bardzo niskiej jakości („Studia podyplomowe bez żadnej kontroli”). W tekście przytaczana jest alarmująca w tonie opinia prof. Waldemara Tłokińskiego, przewodniczącego Konferencji Rektorów Zawodowych Szkół Polskich.
Minister edukacji przegrała w sądzie. Musi przeprosić profesora
W latach 2024-2025 temat kilkukrotnie wracał na łamach branżowego czasopisma „Forum Akademickie”. Działo się to za sprawą artykułów mojego autorstwa („Drukarnie dyplomów”, „Podyplomowe Eldorado”, „Czas chwycić e-learning za rogi”) oraz mec. Wojciecha Kiełbasińskiego („Studia online – biznes czy prawdziwa edukacja?”). Mówimy tu o periodyku, który systematycznie trafia na ministerialne, rektorskie, dziekańskie i profesorskie biurka. Nie możemy więc udawać, że środowisko akademickie sprawy nie zna.
Podobnie jest z władzami. Minister Wieczorek i inni przedstawiciele resortu w 2024 r. kilkukrotnie publicznie wspominali o problemie nieuregulowania zasad prowadzenia studiów podyplomowych. Robili to głównie w reakcji na aferę Collegium Humanum (CH). Ten sam minister w jednym z wywiadów w sierpniu 2024 r. przyznał, że już czas ukrócić wolną amerykankę na studiach podyplomowych. Przyznał tym samym, że problem dotyczy też innych uczelni niż CH.
Zresztą wydał on miesiąc wcześniej rozporządzenie zmieniające rozporządzenie w sprawie dokumentów wydawanych w związku z przebiegiem lub ukończeniem studiów podyplomowych i kształcenia specjalistycznego. Wprowadziło ono szereg nowych regulacji: obowiązek umieszczania na świadectwach ukończenia studiów podyplomowych daty ich rozpoczęcia i zakończenia oraz liczby semestrów, wykazu zrealizowanych zajęć, liczbę ich godzin oraz przypisanej im liczby punktów ECTS.
Odtąd na dokumencie należy również wyszczególniać liczbę godzin zajęć kształtujących umiejętności praktyczne oraz liczbę godzin zajęć przeprowadzonych z wykorzystaniem metod i technik kształcenia na odległość.
Minister zrobił coś, co wyglądało na pierwszy krok. Dziś wiemy, że było to punktowe działanie, które nie doczekało się dotąd żadnej kontynuacji. Był to przykład bieżącego „cerowania” prawa na szybko, stanowiący odpowiedź na ówczesne skandale. Efekt okazał się być żaden, a pod pewnymi względami nawet szkodliwy. Ograniczenie się jedynie do wyszczególnienia liczby godzin zrealizowanych zdalnie przykleiło tej formie kształcenia etykietę „gorszej”. Tymczasem to nie ona jest problemem, a jej wynaturzone odmiany i brak szczegółowego zdefiniowania wprost, że wykazywać jako zrealizowane godziny można jedynie zajęcia odbywające się na żywo.
Wróćmy na chwilę do środowiska akademickiego. Grzechem jest nie tylko milczenie. Przecież na tych studiach ktoś prowadzi zajęcia. Są to osoby posiadające stopnie, a niekiedy nawet tytuły naukowe. Są one z pewnością świadome, kiedy prowadzą zajęcia, opracowują materiały czy przeprowadzają zaliczenia na niepoważnie niskim poziomie.
Reforma nauki. Dlaczego żadna reforma się w Polsce nie uda?
Wśród współpracowników wrocławskiej uczelni nie brak prawdziwych gwiazd nauki i jej popularyzatorów. Uczelnię przez pewien czas reklamował też pewien bardzo znany naukowy vloger. Ten sam, który nie raz z błyskotliwą przenikliwością słusznie punktował różne problemy polskiej nauki i szkolnictwa.
Droga na skróty ma swoich klientów
W całej sprawie jest jeszcze jedna strona, najliczniejsza. To słuchacze i studenci. Czy są oni jedynie ofiarami? Zdecydowanie nie. Afera CH dobitnie pokazała, że osoby starające się o dyplomy ukończenia nigdy nieodbytych studiów robiły to zupełnie świadomie. I o ile można zrozumieć, że student ma prawo nie wiedzieć, jaki poziom oczekiwań jest akademicki albo nie wiedzieć, że proponowane mu egzaminy są zbyt łatwe, o tyle powinna mu się zapalać czerwona lampka w sytuacji, gdy półtoraroczne studia podyplomowe kończy bez wysiłku w znacznie krótszym czasie.
Kiedy zaś otrzymuje świadectwo ukończenia studiów podyplomowych, na którym widzi określoną liczbę godzin zajęć zorganizowanych z danego przedmiotu, których naprawdę w planie nie było, ani których nie zrealizowano, ma przecież świadomość, że otrzymuje dokument potwierdzający wykonanie pracy i nabycie umiejętności, których w pełni nie wykonał i nie posiadł.
Jednym z problemów, jaki sprawa CH ujawniła, była kwestia formalnego braku możliwości unieważnienia bezprawnie wydanych dyplomów. Wydaje się, że jesteśmy w tym momencie, kiedy powinny powstać przepisy określające okoliczności, w których będzie się dyplomy i świadectwa ukończenia studiów unieważniać.
Kontrola poselska w sprawie prac domowych. Poseł Marcin Józefaciuk krytykuje MEN
Tylko to będzie w stanie rozbić swoistą dyplomową zmowę, w której uczelnia czerpie łatwe zyski z wydawania świadectw ukończenia studiów, a słuchacze zyskują niskim kosztem i małym nakładem pracy dokumenty potwierdzające uzyskanie faktycznie nigdy nieuzyskanych efektów kształcenia. Elektroniczne dokumenty albo choćby odpowiednie kody QR na wersjach papierowych, umożliwiające weryfikację ważności dokumentu w danej chwili powinny to bardzo ułatwić.
Podyplomowe Eldorado zamknąć już czas
„Podyplomowe Eldorado” nie powstało dlatego, że ktoś złamał prawo. Powstało dlatego, że prawo pozwoliło nie wymagać zbyt wiele. I dlatego, że zbyt wielu osobom było to na rękę. Jeśli studia podyplomowe mają nadal funkcjonować w polskim systemie szkolnictwa wyższego, muszą zostać na nowo zdefiniowane.
Trzeba jasno rozstrzygnąć, czy są formą doskonalenia zawodowego, czy alternatywną ścieżką uzyskiwania pełnych kwalifikacji. W pierwszym przypadku powinny mieć charakter uzupełniający i nie zastępować studiów drugiego stopnia. W drugim – muszą podlegać takim samym wymogom kadrowym, programowym i akredytacyjnym jak studia wyższe.
Niezbędne jest możliwie szybkie doprecyzowanie w prawie, czym są zajęcia zorganizowane w formule zdalnej, wprowadzenie obowiązku rzetelnej weryfikacji tożsamości i kontrolowania samodzielności podczas egzaminów. Musi też powstać realna ścieżka dająca możliwość unieważniania bezprawnie wydanych świadectw. Bez tych kroków „podyplomowe Eldorado” będzie się rozwijać dalej – kosztem jakości kształcenia i wiarygodności całego systemu.
Pytanie nie brzmi już czy problem istnieje. Pytanie brzmi: czy państwo i środowisko akademickie zechcą wreszcie uznać, że milczenie także jest formą współudziału.

