Kraj

Nowogrodzka w trybie wojennym. Dwa kluczowe starcia na horyzoncie

Jeśli szukalibyśmy w Sejmie kogoś, kto nie odstawiał nogi przez ostatnie lata, to Przemysław Czarnek spokojnie znalazłby się na liście pięciu, jeśli nie trzech, największych politycznych walczaków. Jego kandydatura może wielu nie przypaść do gustu. Ale nie taką rolę były minister edukacji ma do odegrania. Przemysław Czarnek ma walczyć, a nie się podobać.

Marek Mikołajczyk
Felieton autorstwa: Marek Mikołajczyk
08 marca
6 minut
Na zdjęciu poseł PiS Przemysław Czarnek (fot. Grzegorz Czykwin / Forum Polska Agencja Fotografów)

Reklama

– Nie ukrywam, że we własnej głowie, w sercu, już wyboru dokonałem – mówił w połowie lutego na antenie Radia Maryja Jarosław Kaczyński. Po tym wywiadzie medialna giełda nazwisk ruszyła. Może chodzi o prezydenta Stalowej Woli Lucjusza Nadbereżnego, a może o Jakuba Banaszka z Chełma? W kuluarowych dyskusjach wymieniało się również szefa kancelarii prezydenta Zbigniewa Boguckiego, a także innych samorządowców związanych z Prawem i Sprawiedliwością.


Reklama

Czarnek od początku jednak spełniał wszystkie wymogi postawione przez prezesa. Jest poniżej 50. roku życia (w czerwcu kończy 49 lat), ma „odpowiednią możliwość zwrócenia się do prawicowego, patriotycznego elektoratu”, a także posiada stopień naukowy, co – jak wiadomo nie od dziś – ma dla szefa PiS niebagatelne znaczenie. Serce prezesa udało więc się zdobyć skutecznie.

W partii Czarnek traktowany jest jako polityczny fighter. Do niedawna były minister edukacji i nauki zaliczany był do grona tzw. maślarzy – frakcji kojarzonej z europosłami Tobiaszem Bocheńskim i Patrykiem Jakim. W ostatnich tygodniach miał nieco dystansować się od tego grona. – Czarnek chce uchodzić za lidera frakcji czarnkowej – usłyszałem nie tak dawno od jednego z posłów PiS.


Reklama

Z perspektywy Nowogrodzkiej były minister edukacji i nauki uchodził zawsze za wyrazistego konserwatystę. Prezes nagradzał go już wielokrotnie – najpierw w czerwcu 2025 r. uczynił swoim zastępcą w partii, w październiku zaś po raz pierwszy namaścił na szefa rządu. – Nie był jak dotąd premierem, ale pewnie będzie – stwierdził Jarosław Kaczyński podczas wiecu na placu Zamkowym.


Reklama

To jednak nie wszystko. Najważniejsza nagroda? – Czarnek już jakiś czas temu przeszedł na „ty” z prezesem. Nic nie dzieje się przypadkiem – słyszę od jednego z rozmówców.

Na korzyść Czarnka zagrało jednak nie tylko zaufanie najważniejszej osoby w PiS, ale również potrzeba chwili. Centrala partii zmaga się bowiem z dwoma kryzysami naraz – na zewnątrz i wewnątrz. Z jednej strony partia regularnie podgryzana jest przez bardzo wyraziste Konfederację oraz Koronę Grzegorza Brauna, z drugiej – Jarosławowi Kaczyńskiemu wciąż nie udało się przerwać korytarzowych intryg knutych przez obie frakcje.


Reklama

W ostatnich tygodniach walki nieco osłabły, lecz nie zakończyły. Był to efekt awantury po tym, jak Sebastian Kaleta przed kamerami uciszał Ryszarda Terleckiego. Prezes PiS ostrzegł wówczas, że zamierza wyciągnąć partyjne konsekwencje. „Każdy, kto zabierze w tej szkodliwej dyskusji głos, (…) zostanie zawieszony w prawach członka PiS” – napisał w mediach społecznościowych.


Reklama

Jednocześnie Kaczyński postawił na sprawdzony scenariusz. Koniec dyskusji, pora wejść w tryb kampanijny. A więc: wszystkie ręce na pokład, gramy do jednej bramki. I tym właśnie stała się sobotnia konwencja.

– Musimy raz na zawsze skończyć, co ktoś nazwał partyjną ojkofobią, czyli niechęcią do własnej ojczyzny. (...) Myśmy umieli stworzyć bardzo dobre rządy – pani premier Beaty Szydło i pana premiera Mateusza Morawieckiego – przekonywał prezes PiS.


Reklama

Gdy tylko tłum zaczął skandować „Beata, Beata!”, Jarosław Kaczyński zadbał, żeby lider „harcerzy” również został doceniony przez zgromadzonych. – Beata, ale i proszę państwa, Mateusz! – podkreślał.


Reklama

Prezes dał jednocześnie jasny sygnał: dosyć bicia się w piersi swoje i partyjnych kolegów. Osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy to powód do dumy – nie tylko dla frakcji „harcerzy”, ale i „maślarzy”. Nie ma więc miejsca na wątpliwości i uwagi.

– Kto będzie kontynuował tą publiczną, naszą własną – bo niestety robią to ludzie z naszej partii – krytykę, kto będzie się wpisał w te nieuczciwe ataki na nasze rządy i nas, ten będzie musiał się liczyć z tym, że zostanie odrzucony – ostrzegł wprost Kaczyński.


Reklama


Reklama

W ograniczeniu krytyki pomóc ma również wystawienie silnego kandydata na front. To właśnie Przemysław Czarnek w najbliższych miesiącach ma nadać ton debacie publicznej. Jego pierwsze wystąpienie było pod tym względem symboliczne. Większość kontrowersyjnych tez, jakie tylko można wypowiedzieć, znalazło się w przemówieniu wiceprezesa PiS.

Mówił więc o „lewactwie europejskim, brukselskim”, który atakuje polskich rolników, Unię Europejską traktował jako wroga, odrzucił wszystko, co tylko dało się odrzucić – umowę z Mercosur, ETS i miks energetyczny („nie mamy żadnego Zielonego Ładu, żadnych oze-sroze”), a Donalda Tuska określał „najemnikiem” Ursuli von der Leyen.


Reklama

Chciał „gonić to dziadostwo”, które proponuje „niemiecką pożyczkę” w postaci programu SAFE. Naśmiewał się z „pustych łbów” rządzących. Wykpiwał ustawę o statusie osoby najbliższej („Dlaczego nie trzech chłopców? Rozmachu więcej, czterech, pięciu! Nowy model rodziny: czterech pancernych i psiecko!”). – Przyzwyczajcie się państwo, że w walce o Polskę nogi nie odstawiamy – podkreślał kandydat PiS na premiera.


Reklama

I idę o zakład, że jego słowa wywołają dokładnie taki efekt, jaki mają wywołać. Przez najbliższe miesiące co rusz będziemy zalewani informacjami, kogo to Przemysław Czarnek nie obraził, kogo nie wyśmiał, jak to brzydko kogoś nie potraktował. Druga strona zacznie grać w tę grę, nakręcając popularność lubelskiego parlamentarzysty. Już to zresztą robi, wstawiając do sieci karykaturalne zdjęcia Czarnka.

I tak przez najbliższe półtora roku będziemy punkt po punkcie odtwarzać scenariusz znany z poprzednich lat. Czy tym razem również skutecznie dla PiS? To się okaże.