Reklama
Kraj

Wicemarszałek to dopiero początek. PiS wchodzi w drugi etap politycznego rozwodu

Polityczna arytmetyka bywa bezlitosna. Potrafi w kilka dni unieważnić deklaracje, które jeszcze chwilę wcześniej miały obowiązywać do końca świata. Tak było z Elżbietą Witek. Jeszcze wczoraj miała być jedyną kandydatką PiS na wicemarszałka Sejmu. Dziś partia stawia na Marcina Ociepę. Nie zmieniły się wartości. Zmienił się układ sił.

Bartosz Michalski
Opinia autorstwa: Bartosz Michalski
Dzisiaj 17:32
5 min
Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Beata Szydło (fot. Paweł Supernak / PAP)
TYLKO NA

Jeszcze kilka dni temu politycy, którzy dziś publicznie wyliczają sobie zdrady, nielojalność i polityczne grzechy, siedzieli przy jednym stole. Dziś zaczynają walczyć o coś znacznie bardziej wymiernego niż racja w telewizyjnych studiach. O stanowiska, wpływy i miejsce w nowym układzie sił. Rozłam w Prawie i Sprawiedliwości właśnie wszedł w najbardziej praktyczną fazę.

Decyzja Mariusza Błaszczaka o zgłoszeniu Marcina Ociepy na stanowisko wicemarszałka Sejmu nie jest nagłym przypływem refleksji ani próbą naprawienia wieloletniego sporu wokół Elżbiety Witek, którą na tę funkcję nie chciała Koalicja Obywatelska. PiS walczyło o nią jak KO jeszcze niedawno o Konstytucję!

Bezlitosna polityczna arytmetyka

Partia Jarosława Kaczyńskiego jeszcze chwilę temu przekonywało, że nie wyobraża sobie innego kandydata i przez tę zasadę pozostawało bez swojego przedstawiciela w prezydium Sejmu. Dziś ta zasada przestała obowiązywać. Nie dlatego, że zmieniły się poglądy. Zmieniła się, jakież to piękne i naużywane określenie, polityczna arytmetyka.

Po odejściu 40 posłów (do tego 1 senator i 3 europarlemantarzystów) związanych z Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego rozpoczęła się walka o polityczne terytorium. O każde miejsce, które daje wpływy, widoczność i dostęp do narzędzi.

Reklama
Reklama

Wicemarszałek Sejmu jest tylko najbardziej widowiskowym elementem tej układanki. Zaraz pojawi się pytanie o przewodniczących komisji, zastępców, prezydia i wszystkie te funkcje, które dla opinii publicznej bywają drugorzędne, ale w sejmowej codzienności oznaczają realną władzę.

Nie dać symbolu samodzielności

To właśnie dlatego ruch PiS jest całkowicie racjonalny. Zmieniły się zasady gry, to trzeba poprzestawiać figury na sejmowej szachownicy. Wszystko po to, aby ograniczyć pole ruchu przeciwnika. Tak swoją drogą szybko Mateusz Morawiecki znowu stał się doradcą Donalda Tuska, prawda?

Wracając jednak do głównego wątku. Te działania PiS-u mają tak naprawdę jeden, nadrzędny cel – nie dać Rozwojowi Plus symbolu samodzielności. Gdy nowy klub dostanie własnego wicemarszałka i zacznie przejmować kolejne stanowiska, przestanie być grupą rozłamowców. Stanie się pełnoprawnym konkurentem po prawej stronie sceny politycznej. Czyli kolejną siłą po tej stronie. A pamiętajmy, że Jarosław Kaczyński zawsze walczył, aby na prawo od PiS już nic nie było. Teraz nie dość, że będzie część jego posłów, to jeszcze dwie Konfederacje.

Reklama
Reklama

Najciekawsze jest jednak to, że prawdziwa wojna nie toczy się przed kamerami. Owszem, politycy, którzy jeszcze wczoraj wspólnie bronili Jarosława Kaczyńskiego albo Mateusza Morawieckiego, dziś przerzucają się oskarżeniami w telewizjach i mediach społecznościowych. Esencję tego mieliśmy w niedzielę w TV Republika, gdzie starł się Jacek Kurski z Robertem Gontarzem. A to dopiero początek festiwalu wzajemnego obrzucania się błotem. A tej mazi przez lata jedni i drudzy naszykowali na siebie dość sporo.

Najważniejsze rozmowy odbywają się jednak tam, gdzie nie ma kamer. W gabinetach. Na sejmowych korytarzach. Przy ustalaniu składów komisji. Tam właśnie waży się odpowiedź na pytanie, kto po rozłamie będzie naprawdę rozdawał karty na prawicy.

Kto będzie rozdawał karty na prawicy?

A do roli tasującego i rozdającego przymierza się Karol Nawrocki. Pałac Prezydencki praktycznie nie komentuje rozpadu największej partii opozycyjnej. Trudno uwierzyć, że to przypadek. Karol Nawrocki ma dziś znacznie ważniejszy cel niż opowiedzenie się po którejkolwiek stronie rodzinnego konfliktu. Jeśli rzeczywiście chce w przyszłości zostać politycznym patronem całej prawicy przed wyborami parlamentarnymi, nie może już na starcie wskazać swoich faworytów.

Reklama
Reklama

Prezydent, który zbyt szybko wybierze jedną stronę, automatycznie zamknie sobie drzwi do drugiej. A odbudowywanie spalonych mostów w polityce jest znacznie trudniejsze niż ich spektakularne wysadzanie. Zwłaszcza wtedy, gdy za kilka miesięcy może się okazać, że to właśnie po tych mostach będzie trzeba przeprowadzić rozmowy o wspólnym starcie, koalicji albo powyborczym porozumieniu.

Rozłam w PiS nie zakończył się wraz z odejściem Morawieckiego i jego ludzi. Tak naprawdę dopiero się zaczął. Teraz zamiast wielkich deklaracji będą małe bitwy. O gabinet. O komisję. O fotel wicemarszałka. O każdą pozycję, która pozwala budować własne państwo w państwie.

Bo w polityce najgłośniej słychać trzęsienie ziemi. Ale to dopiero przesuwające się później płyty tektoniczne decydują, jak będzie wyglądała mapa.