Reklama
Biznes

„Nie mamy jak wydać i co nam pan zrobi?” Bezpieczeństwo gotówkowe w Polsce to fikcja

Kraków, poranek w dzień powszedni, okolice Dworca Głównego. W lokalu należącym do popularnej sieci serwującej tzw. szybkie jedzenie kolejka osób zdążających na pociąg. Mają jeszcze czas na kawę, ciastko, kanapkę. Większość płaci kartą lub telefonem. Obsługa lubi to. Ale znajduje się jedna „czarna owca”, która wyciąga – o zgrozo – banknot o nominale 50 zł. Mina sprzedawczyni jest bezcenna.

Katarzyna Dybińska
Opinia autorstwa: Katarzyna Dybińska
Dzisiaj 05:59
5 min
Rząd apeluje, by Polacy mieli na wszelki wypadek gotówkę. Tylko czy będą mogli nią zapłacić w sklepach?
Rząd apeluje, by Polacy mieli na wszelki wypadek gotówkę. Tylko czy będą mogli nią zapłacić w sklepach? (fot. Shutterstock / Shutterstock)

Nie mam pani jak wydać – słyszy dziewczyna, która stoi przede mną w kolejce i próbuje zapłacić za ciastko owsiane (kosztuje ok. 10 zł). Klientka sprawia wrażenie zawstydzonej, jak gdyby chciała to ciastko za darmo. Tłumaczy, że akurat nie może zapłacić kartą, telefonem ani BLIK-iem. Pani „na kasie” wzrusza ramionami. Wyjmuje szczypcami zapakowane już wcześniej do papierowej torebki ciastko (nie zakładała zapewne, że ktoś będzie miał kaprys, by zapłacić gotówką) i kończy sprawę. Dziewczyna odchodzi bez ciastka.

Raport Mróz-Gorgoń i 180 tys. zł dotacji. Prokuratura wszczęła śledztwo

Reszta od kasjera jak płaszcz z „Misia”

Sprzedawczyni nie czuje się w żaden sposób winna, że nie obsłużyła klientki. A przecież na rewersie każdego banknotu będącego obecnie w obiegu znajduje się klauzula prawna: „Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. Chciałoby się dodać – pełnoprawnym. Klient ma prawo zdecydować, że płaci gotówką, a nie kartą, telefonem, zegarkiem czy pierścieniem płatniczym. I nie powinien czuć się z tego powodu jak ktoś gorszy, kto nie idzie z duchem czasu.

Aż chciałoby się zapytać, co zrobiłaby sprzedawczyni z krakowskiego lokalu, gdyby akurat w Polsce doszło do wielkiej awarii systemu płatności kartą – tak, jak to miało miejsce w połowie września 2025 r., w szczycie sobotnich zakupów. Część konsumentów doszła wtedy do wniosku, że warto jednak mieć gotówkę w portfelu – nietrudno o taką refleksję, kiedy nagle trzeba zostawić w dyskoncie wózek pełen zakupów, za które nie ma się jak zapłacić. Ale generalnie jako społeczeństwo nie mamy z tym większych problemów, by tę gotówkę przy sobie nosić. Gorzej, że czasami naprawdę nie mamy nią jak zapłacić, bo sklepom wydaje się, że tacy klienci to już relikt przeszłości – i zwyczajnie nie są przygotowane na wydawanie reszty. I teraz wyobraźmy sobie sytuację kryzysową. Płatności elektroniczne nie działają w całym kraju, klienci wyciągają gotówkę z portfeli, idą z nią na zakupy spożywcze – a kasjerzy rozkładają ręce.

MON rozsyła do Polaków „Poradnik bezpieczeństwa”, w którym zaleca, by mieć w domu i w plecaku ewakuacyjnym zapas gotówki w różnych nominałach. Od polityków i ekspertów słyszymy często o tym, jak dużym zagrożeniem z punktu widzenia elektronicznych metod płatności są cyberataki. I słusznie. Tylko że większości Polaków nie trzeba o tym mówić.

Reklama
Reklama

Natomiast przydałby się taki poradnik bezpieczeństwa w wersji dla sklepów i gastronomii, bo zbyt często spotykamy się dzisiaj ze zdaniem: „Nie mam jak wydać” (a czasem można wręcz odnieść wrażenie, że sprzedawca chce dodać: „I co mi pan/pani zrobi?”).

Rządowe wytyczne na wypadek kryzysu gotówkowego trafiają pod złe adresy?

Kiedyś w ramach pracy dziennikarskiej zapytałam główne sieci handlowe, czy kasjerzy w ich placówkach zawsze są przygotowani, by wydawać tzw. resztę. Odpowiedzi były uspokajające i twierdzące. Detaliści zapewniali, że obowiązujące procedury wszystko regulują.

I rzeczywiście, w teorii wszystko wygląda dobrze. Pieniądze w sklepach pochodzą z utargów, wpłat od klientów oraz dostaw od specjalnych firm transportowych (tzw. firm CIT, czyli cash-in-transit: w Polsce takich podmiotów jest cztery, trzy prywatne i jeden państwowy, czyli Poczta Polska). Sklep może też zamówić rozmianę gotówki w banku, by rano kasjer miał pod ręką monety i banknoty do wydawania reszty. Wreszcie, jest tzw. pogotowie kasowe – gotówka „startowa” z poprzedniego dnia, zabezpieczająca ciągłość pracy kasy od samego rana.

W praktyce jednak różnie z tym bywa. Trudno powiedzieć, czy sklepy tych procedur nie przestrzegają – co do zasady, nie powinny tak robić. Ale chyba każdy z nas spotkał się z sytuacją, w której kasjer – na widok banknotu stuzłotowego – demonstracyjnie otwierał przy nas kasę i mówił: „Nie mam nic, proszę samemu zobaczyć, nie wydam”.

Być może częściowo winne jest także nadmiernie zapobiegliwe polskie podejście. Kasjer, nawet jeśli ma bilon, powie: „Proszę kartą” albo „Proszę o drobne” – tak, jakby obawiał się, że jeśli wyda resztę chociaż jednej osobie, potem nie będzie miał już jak uzupełnić brakujących monet czy banknotów. Czasami wystarczy się uprzeć i twardo powiedzieć, że nie ma się drobnych, by przekonać się, że jednak w szufladzie kasy coś się znalazło.

Reklama
Reklama

Taniej zeskrobać kogoś z torów niż odpowiednio zabezpieczyć warszawskie metro

Tak czy inaczej, jeśli rząd na serio chce uchronić społeczeństwo przed gotówkowym „blackoutem”, niech zamiast konsumentów przeszkoli handlowców, którzy odwykli od bilonu i banknotów. Bez tego w sytuacji kryzysowej czeka nas chaos, przed którym nie obroni nas żadna rządowa broszura.

Źródło: Zero.pl
Katarzyna Dybińska
Katarzyna DybińskaDziennikarka