– Nie mam pani jak wydać – słyszy dziewczyna, która stoi przede mną w kolejce i próbuje zapłacić za ciastko owsiane (kosztuje ok. 10 zł). Klientka sprawia wrażenie zawstydzonej, jak gdyby chciała to ciastko za darmo. Tłumaczy, że akurat nie może zapłacić kartą, telefonem ani BLIK-iem. Pani „na kasie” wzrusza ramionami. Wyjmuje szczypcami zapakowane już wcześniej do papierowej torebki ciastko (nie zakładała zapewne, że ktoś będzie miał kaprys, by zapłacić gotówką) i kończy sprawę. Dziewczyna odchodzi bez ciastka.
Raport Mróz-Gorgoń i 180 tys. zł dotacji. Prokuratura wszczęła śledztwo
Reszta od kasjera jak płaszcz z „Misia”
Sprzedawczyni nie czuje się w żaden sposób winna, że nie obsłużyła klientki. A przecież na rewersie każdego banknotu będącego obecnie w obiegu znajduje się klauzula prawna: „Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. Chciałoby się dodać – pełnoprawnym. Klient ma prawo zdecydować, że płaci gotówką, a nie kartą, telefonem, zegarkiem czy pierścieniem płatniczym. I nie powinien czuć się z tego powodu jak ktoś gorszy, kto nie idzie z duchem czasu.
Aż chciałoby się zapytać, co zrobiłaby sprzedawczyni z krakowskiego lokalu, gdyby akurat w Polsce doszło do wielkiej awarii systemu płatności kartą – tak, jak to miało miejsce w połowie września 2025 r., w szczycie sobotnich zakupów. Część konsumentów doszła wtedy do wniosku, że warto jednak mieć gotówkę w portfelu – nietrudno o taką refleksję, kiedy nagle trzeba zostawić w dyskoncie wózek pełen zakupów, za które nie ma się jak zapłacić. Ale generalnie jako społeczeństwo nie mamy z tym większych problemów, by tę gotówkę przy sobie nosić. Gorzej, że czasami naprawdę nie mamy nią jak zapłacić, bo sklepom wydaje się, że tacy klienci to już relikt przeszłości – i zwyczajnie nie są przygotowane na wydawanie reszty. I teraz wyobraźmy sobie sytuację kryzysową. Płatności elektroniczne nie działają w całym kraju, klienci wyciągają gotówkę z portfeli, idą z nią na zakupy spożywcze – a kasjerzy rozkładają ręce.
MON rozsyła do Polaków „Poradnik bezpieczeństwa”, w którym zaleca, by mieć w domu i w plecaku ewakuacyjnym zapas gotówki w różnych nominałach. Od polityków i ekspertów słyszymy często o tym, jak dużym zagrożeniem z punktu widzenia elektronicznych metod płatności są cyberataki. I słusznie. Tylko że większości Polaków nie trzeba o tym mówić.
Natomiast przydałby się taki poradnik bezpieczeństwa w wersji dla sklepów i gastronomii, bo zbyt często spotykamy się dzisiaj ze zdaniem: „Nie mam jak wydać” (a czasem można wręcz odnieść wrażenie, że sprzedawca chce dodać: „I co mi pan/pani zrobi?”).
Rządowe wytyczne na wypadek kryzysu gotówkowego trafiają pod złe adresy?
Kiedyś w ramach pracy dziennikarskiej zapytałam główne sieci handlowe, czy kasjerzy w ich placówkach zawsze są przygotowani, by wydawać tzw. resztę. Odpowiedzi były uspokajające i twierdzące. Detaliści zapewniali, że obowiązujące procedury wszystko regulują.
I rzeczywiście, w teorii wszystko wygląda dobrze. Pieniądze w sklepach pochodzą z utargów, wpłat od klientów oraz dostaw od specjalnych firm transportowych (tzw. firm CIT, czyli cash-in-transit: w Polsce takich podmiotów jest cztery, trzy prywatne i jeden państwowy, czyli Poczta Polska). Sklep może też zamówić rozmianę gotówki w banku, by rano kasjer miał pod ręką monety i banknoty do wydawania reszty. Wreszcie, jest tzw. pogotowie kasowe – gotówka „startowa” z poprzedniego dnia, zabezpieczająca ciągłość pracy kasy od samego rana.
W praktyce jednak różnie z tym bywa. Trudno powiedzieć, czy sklepy tych procedur nie przestrzegają – co do zasady, nie powinny tak robić. Ale chyba każdy z nas spotkał się z sytuacją, w której kasjer – na widok banknotu stuzłotowego – demonstracyjnie otwierał przy nas kasę i mówił: „Nie mam nic, proszę samemu zobaczyć, nie wydam”.
Być może częściowo winne jest także nadmiernie zapobiegliwe polskie podejście. Kasjer, nawet jeśli ma bilon, powie: „Proszę kartą” albo „Proszę o drobne” – tak, jakby obawiał się, że jeśli wyda resztę chociaż jednej osobie, potem nie będzie miał już jak uzupełnić brakujących monet czy banknotów. Czasami wystarczy się uprzeć i twardo powiedzieć, że nie ma się drobnych, by przekonać się, że jednak w szufladzie kasy coś się znalazło.
Taniej zeskrobać kogoś z torów niż odpowiednio zabezpieczyć warszawskie metro
Tak czy inaczej, jeśli rząd na serio chce uchronić społeczeństwo przed gotówkowym „blackoutem”, niech zamiast konsumentów przeszkoli handlowców, którzy odwykli od bilonu i banknotów. Bez tego w sytuacji kryzysowej czeka nas chaos, przed którym nie obroni nas żadna rządowa broszura.


