Reklama
Kraj

Rząd obiecuje ulgę, podatnicy dopłacą 50 mld zł. Tusk powtarza te same błędy

Od stycznia mamy płacić podatki po nowemu. W tej sprawie wszystko jest nie tak. Tempo zmian, łamanie wyborczych obietnic, kłamstwo o neutralności dla budżetu, utwierdzanie firm w nieprzewidywalności otoczenia regulacyjnego, łatanie zamiast podejścia systemowego.

Bartosz Marczuk
Opinia autorstwa: Bartosz Marczuk
Dzisiaj 20:01
9 min
Bartosz Marczuk w rubryce „Społeczne nieoczywistości" ocenia, jak rząd Donalda Tuska wdraża nowe podatki. (fot. Albert Zawada / PAP)
TYLKO NA

To jest w sumie konsekwentne. Nawet gigantyczne zmiany, takie jak podniesienie wieku emerytalnego, premier Tusk przeprowadza z marszu. W listopadzie 2011 r. pada deklaracja zrównania tego wieku dla obu płci, a już na początku maja zostaje uchwalona ustawa. Nie twierdzę, że sprawne tempo zmian nie jest konieczne do skutecznego rządzenia. Jednak wdrażanie „na kolanie” tak dużych reform może kończyć się odwrotnie od zamierzonego celu.

Tak było z wiekiem emerytalnym. Brak przygotowania partnerów społecznych, obywateli, debaty eksperckiej i programów osłonowych spowodował masowy opór. W efekcie mamy „zabetonowaną” debatę o dłuższej pracy, która jest niezbędna, by ludzie nie cierpieli na starość z powodu nędzy (pisałem o tym dla Zero.pl w tekście „Nawet 30 lat życia w biedzie. Dlaczego emerytury kobiet są o połowę niższe niż mężczyzn”).

Podobnie jest z zapowiedzianą właśnie „reformą” podatkową. Jest chaotyczna, robiona ad hoc, nieprzygotowana. Do tego okraszona kłamstwem o neutralności dla podatników (czytaj: że nie zapłacą więcej). To nieprawda. Wystarczy spojrzeć na projekt ustawy.

Polecamy także: Dwa domy, trzy mieszkania i 1,9 mln zł długu. CBA sprawdzi oświadczenia majątkowe polityka KO

Reklama
Reklama

Co ma się zmienić

Zmiany podatkowe mają już od stycznia 2027 r. dotyczyć czterech obszarów:

  • Obniżenia PIT dla 3,5 mln osób przez wprowadzenie pośredniej stawki podatkowej w wysokości 24 proc. dla dochodów 130-150 tys. zł rocznie (obok już obowiązujących 12 proc. i 32 proc.) oraz podniesienie pierwszego progu, opodatkowanego stawką 12 proc., ze 120 tys. do 130 tys. zł. Ma to dać głównie „ulgę" osobom zarabiającym w okolicach 12-15 tys. zł miesięcznie, które nie będą wpadać tak szybko w wyższy próg podatkowy. Uszczuplenie dochodów budżetu to 10,2 mld zł w 2027 r., a w kolejnym roku blisko 12 mld zł.
  • Podniesienia CIT. Ma wzrosnąć z 19 proc. do 22 proc. dla firm mających przychody powyżej 50 mln euro. Zysk dla budżetu wyniesie 6,2 mld zł w przyszłym roku, a w 2028 r. ponad 8 mld zł.
  • Wzrostu tzw. podatku dla milionerów. Osoby mające dochód ponad 1 mln zł mają płacić od tej nadwyżki nie 4 proc., a 5 proc. Zysk dla budżetu w 2028 r. wyniesie blisko 1 mld zł.
  • Istotnego ograniczenia liczby osób rozliczających się ryczałtem. Będzie on dostępny tylko dla firm, które osiągają przychód do 250 tys. euro rocznie, a nie, jak obecnie, do 2 mln euro. Co więcej, firmy, które w trakcie roku osiągną przychód powyżej 300 tys. euro, zapłacą od nadwyżki 17 proc. podatku, nawet jeśli wcześniej płaciły np. 3 proc. Zysk dla budżetu w 2027 r. to 5,5 mld zł, a w 2028 r. już 7,7 mld zł (osoby, które wypadną z ryczałtu, zaczną od tego roku płacić też podatek dla milionerów).
Reklama
Reklama

Samo w sobie nie brzmi to najgorzej. Bogatsi mają zapłacić więcej, klasa średnia ma nie „wpadać" ze stawki 12 proc. od razu w 32 proc., ale po drodze płacić 24 proc., większe firmy mają dołożyć do budżetu, a zamożniejsze osoby na ryczałcie „wrócić" na podatek liniowy lub skalę, by zapłacić więcej podatków i składek na NFZ.

Jeśli jednak spojrzymy na to od strony bardziej systemowej, wygląda to o wiele gorzej.

Cyrk zamiast refleksji

Po pierwsze, premier Tusk w czasie kampanii wyborczej obiecywał w PIT inną, fundamentalną zmianę, tj. podniesienie kwoty wolnej z 30 tys. do 60 tys. zł. Abstrahując od realności tej obietnicy (kosztowałaby blisko 60 mld zł), obecne zmiany mają się do niej nijak. Nie wprowadzają też żadnego stałego mechanizmu waloryzacji kwot, powyżej których płaci się wyższe podatki. Wciąż pozostaje to w gestii dobrej lub złej woli polityków. Wdrożenie dodatkowej stawki może i jest zasadne (żeby ominąć klif podatkowy), ale znowu nie ma tu żadnej pewności. Czyli mamy działania ad hoc, bez żadnego poczucia stabilności i przewidywalności. Komplikują też one zasady rozliczeń.

Może Cię zainteresować: Poseł PiS spotkał się z szefem Zondacrypto na Ibizie. „Nigdy nie wywierał na mnie presji”

Po drugie, co jest już naprawdę szkodliwe, mamy działanie rządu od ściany do ściany w sprawie ryczałtu. Niedawno poprzedni gabinet przekonywał przedsiębiorców: idźcie na ryczałt, nie będziecie musieli obliczać dochodu, zapłacicie proste podatki. Teraz wrzucamy wsteczny bieg. Rząd mówi firmom: wyrzucamy was z ryczałtu, macie wrócić do rozliczeń na skali lub podatku liniowym. Nie wygląda to poważnie. Nie buduje zaufania na linii państwo-przedsiębiorcy.

Reklama
Reklama

Po trzecie, jak wynika z badań, podnoszenie CIT skutkuje obniżaniem napływu bezpośrednich inwestycji. Może się też pojawić zjawisko ucieczki firm do tzw. rajów podatkowych, by nie płacić wyższych danin. Problemem z CIT, o czym słusznie mówi Rafał Brzoska, prezes InPostu, jest to, że wielkie zagraniczne korporacje unikają płacenia go w Polsce. Samo podniesienie stawki niczego tu nie rozwiąże.

Czytaj również: Jest projekt ustawy o pracy platformowej. Kurierzy i taksówkarze przejdą na etat?

Po czwarte, zmiany mają być wdrażane błyskawicznie. Mamy praktycznie początek września, przed sobą cały proces legislacyjny, który potrwa pewnie do listopada, a rząd mówi: od stycznia zapłacicie po nowemu. Nie jest to poważne traktowanie osób prowadzących biznes.

Po piąte, rząd kłamie w sprawie neutralności tych rozwiązań dla podatników. Przekonuje, że ich bilans wynosi zero (ubytek w PIT ma być rekompensowany dodatkowymi wpływami). Tak nie jest. Wystarczy zajrzeć na str. 18 projektu (tzw. ocena skutków regulacji), by przekonać się, że w latach 2027-2036 podatnicy zapłacą ekstra ponad 50 mld zł.

Po szóste, nie są to żadne rozwiązania systemowe, ale raczej reakcja na polityczne zamówienie. Coraz więcej osób z klasy średniej wpada w 32-procentowy podatek. W związku z tym, zwłaszcza przed wyborami w 2027 r., coś trzeba z tym zrobić. Nakładamy łatkę w PIT (nota bene podniesienie progu do 130 tys. zł nie odzwierciedla wzrostu cen od 2022 r., gdy go podniesiono; gdyby tak było, wzrósłby on do ok. 180 tys. zł), ale żeby nie pogłębiać i tak już dramatycznego deficytu, kombinujemy z ryczałtem, CIT i daniną solidarnościową.

Reklama
Reklama

To wszystko przypomina bardziej cyrkowe kuglowanie niż poważne podejście.

Jak to powinno wyglądać

Nie twierdzę, że nie mamy w systemie podatkowym niesprawiedliwości. Faktycznie osoby rozliczające się ryczałtem często płacą w nieuzasadniony sposób wielokrotnie niższe daniny niż etatowcy. Zwłaszcza tam, gdzie nie jest to realnie działająca i zatrudniająca pracowników firma, ale po prostu forma optymalizacji dla specjalisty IT czy lekarza. Jednak zmiany podatkowe powinny opierać się na trzech głównych zasadach.

  • Przewidywalności i stabilności. Nie może być tak, że zmiany są wdrażane ad hoc, na polityczne zamówienie. Potrzeba tutaj dłuższego vacatio legis, by podatnicy i firmy mogli przygotować się do nowych realiów. Uważam, że dobrym pomysłem jest wdrożenie, najlepiej w Konstytucji, przepisu mówiącego, że obowiązuje co najmniej 6-12-miesięczne vacatio legis dla wszelkich zmian w podatkach, składkach i innych daninach publicznych. Budowałoby to stabilność i zaufanie na linii obywatel-państwo oraz studziło zapędy polityków do wdrażania nieprzemyślanych rozwiązań ad hoc. Co do zasady powinna tu obowiązywać stabilność rozwiązań. Firmy powinny mieć minimum bezpieczeństwa regulacyjnego, a nie być co chwila zaskakiwane nowymi „pomysłami" rządzących.
  • Sprawiedliwości. Tak, osoby zamożniejsze mogą płacić więcej, ale nadmierne dociskanie ich do podatkowej ściany może powodować ucieczkę do rajów podatkowych. Nie jesteśmy samotną wyspą. Konkurujemy o kapitał i przedsiębiorców także z innymi krajami. Trzeba też pamiętać o zagranicznych koncernach, które stosują agresywną optymalizację podatkową.
Reklama
Reklama

Sprawdź także: BLIK zablokuje jeden rodzaj transakcji. Takie płatności nie będą możliwe

  • Prostoty. Im prościej, tym lepiej. Stąd zryczałtowane formy opodatkowania są dobrym rozwiązaniem. Nie wylicza się kosztów uzyskania przychodu, nie toczy się sporów z fiskusem o to, co jest takim kosztem, nie ma sporów w sądach, nie płaci się ogromnych honorariów księgowym czy firmom doradczym. Cały system jest tańszy, a przedsiębiorcy mogą skupić się na rozwijaniu biznesu, a nie rozwiązywaniu regulacyjnych łamigłówek. Z tej perspektywy czterokrotne zmniejszenie kwoty uprawniającej do rozliczania się ryczałtem jest błędem. Można podnosić stawki, zmniejszać ich liczbę, ale nie miotać się od ściany do ściany, najpierw zachwalając ryczałt, a później go potępiając.

Potrzebujemy wreszcie całościowej refleksji nad naszym systemem podatkowym, zwłaszcza w obrębie danin nakładanych na pracę i na osoby prowadzące działalność gospodarczą. Łatki, takie jak obecne, będą tylko pogłębiać chaos, poczucie niepewności i niezadowolenia. W efekcie będą obniżać naszą aktywność i tempo wzrostu gospodarczego.

Link do książki: Jak uniknąć demograficznej katastrofy - Bartosz Marczuk, Michał Kot - Wydawnictwo Prześwity.

Źródło: Zero.pl
Bartosz Marczuk
Bartosz MarczukCzłonek zarządu Instytutu Sobieskiego, wcześniej m.in. wiceminister rodziny, wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju, współautor książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” - autor zewnętrzny