Zacząć trzeba od rzeczy najważniejszej: sama akcja sprowadzenia Klaudii do Polski jest po prostu dobrą wiadomością. Taka, której nie trzeba opakowywać w polityczne barwy ani PR-owe konfetti. Państwo działa tu tak, jak powinno działać w sytuacjach skrajnych – uruchamia procedury, współpracuje dyplomatycznie, organizuje transport medyczny. I to jest ten moment, w którym instytucje publiczne naprawdę mają sens.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy z tej historii robi się scena.
Bo o ile realna pomoc dla konkretnej osoby jest czymś absolutnie oczywistym i pożądanym, o tyle systemowo mamy do czynienia z mechanizmem głęboko wybiórczym. Takie interwencje państwa nie są standardem. Nie są procedurą „dla każdego”. Są raczej wyjątkiem – zależnym od skali problemu, okoliczności, a coraz częściej także od tego, czy sprawa zdąży przebić się do opinii publicznej.
I właśnie w tym miejscu pojawia się polityka.
Niepotrzebne zdjęcie
Władysław Kosiniak-Kamysz informuje o starcie transportu, dziękuje wszystkim zaangażowanym, życzy „szczęśliwej drogi” i „czeka na powrót”. Wszystko w tonie słusznie emocjonalnym, bo trudno w takich sytuacjach mówić językiem chłodnej administracji. Tyle że w pakiecie dołączone zostaje zdjęcie z pokładu samolotu – i to ono przesuwa całą historię z pola pomocy humanitarnej w stronę komunikacyjnego autopromocyjnego slajdu.
Na ekranie respiratora widać parametry życiowe pacjentki. Dane, które w świetle RODO mieszczą się w najbardziej wrażliwej kategorii możliwych informacji. I tu zaczyna się problem, który nie dotyczy już tylko jednego wpisu, ale pewnej coraz bardziej powszechnej praktyki: politycznego charity washingu.
Bo politycy bardzo szybko nauczyli się, że pomoc – zwłaszcza ta medialna – ma wysoką stopę zwrotu wizerunkowego. Im bardziej spektakularna akcja, im bardziej „ludzka historia”, tym większa szansa na emocjonalny zasięg, a więc i polityczny kapitał. Granica między realnym działaniem a jego dokumentowaniem dla potrzeb komunikacji publicznej zaczyna się rozmywać.
Kosiniak-Kamysz nie jest wyjątkiem
Kosiniak-Kamysz nie jest tu wyjątkiem. To raczej element szerszego trendu.
W Stanach Zjednoczonych wielokrotnie krytykowano polityków za symboliczne wizyty na granicy i w ośrodkach dla migrantów, które bywały wykorzystywane jako element politycznego przekazu o „twardej ręce”, a nie jako realna rozmowa o rozwiązaniach systemowych.
Czytaj także: Skandaliczne sceny z sumem w Warszawie. Wiadomo, co z zatrzymanym Ukraińcem
W Wielkiej Brytanii krytykowano polityków za wizyty w bankach żywności, które bywały odbierane jako wizerunkowe gesty empatii, podczas gdy jednocześnie rządy utrzymywały lub zaostrzały politykę cięć w systemie świadczeń społecznych. W Polsce podobny mechanizm widoczny był przy okazji różnych zbiórek charytatywnych i dramatycznych historii nagłaśnianych przez polityków, gdzie szybko pojawiało się pytanie: gdzie kończy się pomoc, a zaczyna kampania wizerunkowa.
Właśnie m.in. dlatego Łatwogang przy swojej zbiórce dla Cancer Fighters prosił, aby politycy się w nią nie angażowali.
Innym głośnym przykładem z czasów kampanii prezydenckiej była wizyta posłanki Kingi Gajewskiej w Domu Pomocy Społecznej z… workiem ziemniaków. Zdjęcie z DPS-u wywołało tutaj skutek odwrotny od zamierzonego i możliwe, że odebrało kilka głosów Rafałowi Trzaskowskiemu.

Kinga Gajewska w Domu Pomocy Społecznej (fot. X)
Wracając do sprawy Klaudii – paradoks polega na tym, że im bardziej nadzwyczajna jest pomoc, tym większa pokusa, by ją pokazać. Tyle że nadzwyczajność nie powinna automatycznie oznaczać rezygnacji z podstawowych standardów ochrony prywatności. Zwłaszcza gdy mówimy o danych zdrowotnych, które – jak przypomina prawnik – są w RODO objęte szczególną ochroną.
I tu pojawia się jeszcze jeden poziom tej historii: coraz częstsze zderzenie dwóch logik. Logiki instytucjonalnej, która ma chronić pacjenta, i logiki komunikacyjnej, która ma „pokazać działanie państwa”.
W efekcie państwo pomaga, ale jednocześnie wystawia tę pomoc na widok publiczny w formie, która zaczyna budzić pytania etyczne i prawne. A politycy, którzy powinni być tylko wykonawcami procedur, stają się ich głównymi narratorami – i beneficjentami wizerunkowymi.
Można więc powiedzieć, że pomoc dla Klaudii działa. System zadziałał.
Pytanie tylko, czy przy okazji nie zaczynamy przyzwyczajać się do świata, w którym każda skuteczna interwencja państwa musi mieć swój komunikacyjny backstage – najlepiej z dobrze skadrowanym zdjęciem, emocjonalnym podpisem i odrobiną politycznego światła.

