1. Czy agresja jest miarą zaangażowania?
Lata temu kolega opowiadał mi, jak wrócił zadowolony z wywiadu w telewizji, a po swoich wypowiedziach zebrał również sporo dobrych recenzji. Następnego dnia jednak, w Sejmie, sekretarz generalny partii był mocno niezadowolony: „za mało agresji, stary!”.
Historia ta warta jest chwili zastanowienia, nie z punktu widzenia sekretarzy generalnych oczywiście, ale interesu publicznego. Czy rzeczywiście między odwagą a agresją zachodzi realny związek? Owszem, tylko należy go dobrze rozumieć.
Czytaj także: Papież o sztucznej inteligencji: zagrożenia, etyka i przyszłość człowieka
Odwaga polityczna nie polega na wygłaszaniu agresywnych deklaracji. Czasami to drugie oznacza coś wręcz przeciwnego: jest tylko przejawem oportunizmu wobec partyjnych bossów. Tu nawet nie trzeba przykładów, bo tę licytację agresji między politykami średniej rangi, „odważnie” napadającymi na oponentów, widzimy codziennie. Podobnie jak strach w ich oczach, czy któryś z liderów nie uzna, że było „za mało agresji”.
Odwaga polityczna polega na mówieniu rzeczy, które mogą się spotkać z agresywnymi reakcjami. Niestety, tej odwagi jest coraz mniej. I można by się tym nie martwić, bo odwaga (w odróżnieniu od zuchwalstwa) nie jest celem samym w sobie. Gorzej, jeżeli wskutek panującego politycznego konformizmu nie padają postulaty, argumenty czy przestrogi, które są po prostu konieczne, jeśli racja stanu milczy.
2. Rządzić znaczy przewidywać
Karolina Olejak w swej niezwykle ciekawej książce „Nienawidzę ich! To Polacy mówią na terapiach. Reportaż z podzielonego kraju” opisuje niejednoznaczny stosunek postępowo-liberalnej opinii do imigracji ukraińskiej w naszym kraju. Rzecz oczywiście ma ciekawy aspekt psychologiczny, pokazując, jak ideologia krępuje odpowiedzialność, a oderwane od rzeczywistości założenia utrudniają formułowanie rozsądnego i (!) sprawiedliwego stanowiska.
Ale równie ważny jest aspekt polityczny sprawy. Przecież to normalne, że możemy sobie stopniowo uświadamiać konsekwencje podjętych decyzji. Ale władza publiczna ma obowiązek przewidywać bieg wypadków, również ewolucję opinii.
Tymczasem przed czterema laty właściwie zabrakło poważnych pytań o przyszłość: jak wielką część uchodźstwa ukraińskiego możemy zaabsorbować? Na jak długo? Czy jednakowo traktować uchodzących ze strefy działań wojennych i obszarów nieatakowanych? Jak w ogóle zapobiec wykorzystywaniu tragedii wojennej do ułatwionej imigracji? I przede wszystkim – jak efektywnie (a nie symbolicznie) pomóc pomagającym rodzinom? Te pytania były potrzebne nie po to, by pomoc odrzucać, ale by ją uporządkować i zapewnić jej większą skuteczność. I by brać pod uwagę, więc uprzedzać, nieuchronne zmiany emocji i postaw społecznych.
Niestety, w odpowiedzi na egzaltację PO-PiS Konfederacja jedynie podniosła transparenty z Banderą i podjęła akcję „przeciw ukrainizacji Polski”. A odruch wyborczy wziął górę nad znakomitą okazją, by pokazać, na czym naprawdę polega państwowa rola opozycji.
3. Odwaga wyobraźni
A sama wojna? Wojna pewnego dnia się skończy. I co dalej? Zachód zacznie odbudowywać stosunki z Rosją. Przecież mimo zabiegów państw środkowoeuropejskich do tej pory NATO nie wypowiedziało Aktu Stanowiącego NATO-Rosja, uznając to za zbyt daleko idącą demonstrację. Amerykanom zależy na neutralności Rosji w wypadku wojny z Chinami. A zagrożenia dla Europy Środkowej się zwiększą, nie zmniejszą.
Musimy przekonująco wykładać opinii międzynarodowej, czego od Rosji chcemy, a nie opowiadać „jaka zawsze Rosja była”. To bowiem stanowi dość jałowe zajęcie w Europie zbudowanej przez kanclerz (zresztą przyjaciółkę Donalda Tuska), która podobiznę Katarzyny Wielkiej zawsze miała na biurku. Już dziś Péter Magyar, nowa nadzieja europejskiego postępu, prognozuje, że po zakończeniu wojny Europa wróci do normalnych ekonomicznych stosunków z Rosją, bo (po pierwsze) „Rosja pozostanie tam, gdzie jest” i (po drugie) – to się opłaci.
Trzeba więc tak wykładać nasze racje, by Zachód wiedział, że chodzi nam o konkretne rozwiązania, o realne zmniejszenie ryzyka agresji, a nie o zamiłowanie do zimnej wojny czy nadzieje, że Rosja zniknie z mapy. Demilitaryzacja Królewca, wycofanie wojsk rosyjskich z Białorusi, zaniechanie gloryfikacji Związku Sowieckiego. Te dwa pierwsze postulaty zwiększają nasz czas na przygotowanie obrony i uzyskanie wsparcia w wypadku wojny, trzeci (wskazujący na postsowiecki charakter systemu Putina) adresowany jest i do antykomunistycznych Rosjan, i – przede wszystkim – do zachodnioeuropejskiej prawicy.
Czytaj też: Ustawa o statusie osoby najbliższej w Sejmie. Politycy komentują
Snucie wizji pobudza wyobraźnię, ale tylko formułowanie konkretnych postulatów nadaje wizji wyraźne kontury. I przede wszystkim umożliwia rozmowę, nawet jeśli postulaty są najdalej idące. Bo trudno szukać miejsca przy stole, jeśli nie chcemy się przy nim odzywać.
4. O wartości narodowych postulatów
Czy formułować oczekiwania, które nie realizują się od razu, których stawianie jest z założenia „nieskuteczne”? Owszem, Niemcy przez czterdzieści lat domagali się jedności narodowej, nie odstąpili od tego postulatu nawet wtedy, gdy kanclerz Brandt zaczął ich przygotowywać na to, że podział może trwać dłużej, niż po wojnie myśleli. I w końcu, paręnaście lat potem, doczekali koniunktury, gdy stało się to możliwe. A wtedy zjednoczenie Kohla to był już prawdziwy polityczny blitzkrieg.
Czytaj też: Sprzęt to za mało. Dlaczego zdrowie żołnierzy decyduje o obronności
Tak, państwo musi mieć instytucje, a polityka – (konkretne) postulaty. Spełnione postulaty zaspokajają nasze interesy, niespełnione – wyjaśniają nasze stanowisko. Rzeczpospolita musi mieć poglądy, podobnie jak człowiek. Marszałek Piłsudski uważał to nawet za miarę człowieczeństwa.

