- Selekcjoner Hajime Moriyasu, pracujący z kadrą od ośmiu lat, stworzył zrównoważony kolektyw, który nie opiera się na indywidualnościach i potrafi wygrywać z największymi potęgami Europy.
- Japończycy zbudowali swój sukces na cierpliwym analizowaniu i kopiowaniu europejskich systemów, przeformatowując je na własną, unikalną wersję opartą na twardych danych i dyscyplinie.
- Perfekcyjny porządek w szatniach i sprzątanie trybun przez kibiców to efekt japońskiego systemu edukacji. Od dziecka uczy się odpowiedzialności za wspólną przestrzeń według zasady „ptak, który odlatuje, nie zostawia śladu”.
Reprezentacja Japonii po raz kolejny oczarowała świat. I nie chodzi tylko o suchy wynik pięknego meczu z Holandią (2:2). W ekosystemie futbolu przepompowanego miliardami dowolnej waluty drużyna Hajime Moriyasu nie chce po prostu grać w piłkę na najwyższym poziomie, pragnie opowiedzieć nam jakąś historię. Głównymi wątkami są w niej pracowitość, nauka, pokora i... czystość. Jeśli zatem mistrzostwa świata mają szansę zostać lekcją o różnych kulturach, Japonia staje przed nami jako wykładowca.
Kiedy Daichi Kamada strzelił wyrównującego gola w meczu przeciwko Holendrom, domknęła się pewna historia. Japończycy od lat zapatrzeni są w Oranje jako drużynę, która nauczyła świat grać w piłkę inaczej – w sposób zorganizowany, inteligentny, błyskotliwy, czyniąc z futbolu formę wyższej sztuki, ale przy tym stawiając na kolektyw. Widzieli w tym kraju, tak przecież odległym, całą istotę dyscypliny.
Być jak Holandia
Sprzedanie ludziom idei futbolu totalnego w latach 70. było owocne, naśladowcy Holendrów pracowali w pocie czoła, by budować wielkie zespoły (klubowe: Milan lat 90. czy Barcelona Pepa Guardioli) i reprezentacje, które hołdować będą zasadzie zrównoważonego ryzyka i mądrości, ale przy okazji spróbują uczynić z piłki nożnej sport zespołowy, nie zaś popis jednostek.
Przeczytaj także: Mundial 2026: Australia zaskakuje Turcję. Socceroos wygrywają po solidnej defensywie
I choć sami Holendrzy przez dekady mieli wspaniałych graczy – od Johana Cruyffa, przez Marco van Bastena, po Dennisa Bergkampa i ich następców – to największe sukcesy odnosili wówczas, gdy działała drużyna. Nic dziwnego, że stali się modelem wyjściowym. Wzorem do obserwowania i naśladowania.
Japończycy też chcieli tacy być. Mając jednak świadomość własnych ograniczeń, wiedzieli, że muszą futbol skopiować, przeformatować, zassać tysiące ton danych i wprowadzić je do swojego systemu, czyniąc własną wersję zdarzeń, a jako naród cierpliwy byli w stanie długo czekać na efekty.
Ich trenerzy latali kształcić się do Holandii, podpatrywać tamtejsze trendy, a po powrocie zupełnie niezrażeni byli faktem, że materiał ludzki, którym dysponują na miejscu, nie jest tej samej jakości, co w Europie.
Nikt jednak nie mógł im zabronić marzyć o kolektywie – potraktowaniu piłki nożnej jako wspólnoty. Wykraczającej poza boisko, bo przecież zawodnicy reprezentacji Japonii są przez świat traktowani z tym samym szacunkiem, co ich fani. Kibice Samurajów po każdym meczu sprzątają śmieci, tak by na trybunach nie został ani jeden papierek, butelka czy kubek. Piłkarze zaś w takim samym idealnym stanie pozostawiają szatnię. Japonia nauczyła się grać świetnie w piłkę, a teraz – dzięki obecności na tak wielkiej imprezie – uczy świat kultury.
Przeczytaj także: Mundial 2026: Niemcy z debiutantem Curacao, Holandia kontra Japonia. Start kolejnej fazy grup
Jest więc pewna spójność – na murawie zorganizowana, walcząca do końca drużyna, która potrafi zagrać z Holandią jak równy z równym i dwukrotnie doprowadzać do remisu, traktując ten końcowy rezultat nie jako porażkę, ale kolejną lekcję. A potem obrazki z szatni – złożone koszulki, origami, karteczki z podziękowaniami. Jak ich nie uwielbiać?
Marzenie o mistrzostwie świata
W świecie chaosu Japonia zaprowadza porządek. I marzy o wielkich rzeczach. Jej selekcjoner pyta: „A czemu nie mielibyśmy zostać mistrzami świata?”. Japończycy nie chcą być ciekawostką ani czarnym koniem turnieju. Pragną być postrzegani jako pełnoprawny uczestnik zdarzeń.
Hajime Moriyasu pragnie, by prowadzona przez niego drużyna poprawiła wynik sprzed czterech lat. Na mundialu w Katarze ekipa z Azji dotarła do 1/8 finału. 58-letni szkoleniowiec doskonale wie, co oznacza noszenie narodowych barw – sam wystąpił w japońskiej kadrze 35 razy. W jego rodzinie futbol to coś znacznie więcej niż dyscyplina sportu. Jest od lat stałym elementem międzypokoleniowych dyskusji, ponieważ brat selekcjonera, a także jego synowie, również wybrali sobie piłkę nożną jako drogę życia.
Japońska federacja działa inaczej niż większość światowych związków piłkarskich. Podczas gdy bossowie na całym globie chętnie zwalniają selekcjonerów, zatrudniając w ich miejsce kolejnych, Moriyasu pracuje od ośmiu lat, ponieważ jego przełożeni głęboko wierzą w ciągłość procesu, a ponadto widzą, jak drużyna rozwija skrzydła pod wodzą tego trenera.
Moriyasu jest przeciwieństwem wielu szkoleniowców, których znamy choćby z europejskiej piłki. Nigdy nie szuka wymówek, optuje za rozwiązaniami. Jeśli ze składu wypadają mu ważni piłkarze, nie lamentuje, nie używa tego jako usprawiedliwienia. Wychodzi bowiem z założenia, że zbudował system, nie estradę dla jednostek.
Przedstawiciele w elicie
Światowa widownia, która podziwia spokój Moriyasu, notującego coś skrzętnie w trakcie mundialowej batalii, zapewne nie ma świadomości, że to człowiek, który miał sen o wielkiej karierze. W 1990 r. przeszedł nawet testy w Manchesterze United, ale nie zakończyły się one podpisaniem kontraktu. Warto jednak zwrócić uwagę na trend, który dopiero nadciągał.
Kluby Premier League coraz mocniej zaczęły interesować się azjatyckimi piłkarzami. Chciano połączyć dwie rzeczy – wprowadzić do tego tygla różnorodności powiew czegoś świeżego, innego, nieokiełznanego, a jednocześnie szefowie organizacji zdawali sobie sprawę, jak wielki potencjał drzemie we wschodnim rynku.
Angielska elita budziła coraz większą fascynację ze strony azjatyckich fanów, zatem zakontraktowanie zawodnika z tego kontynentu, na dodatek takiego, który regularnie grałby w lidze, popchnęłoby całą machinę do przodu. Idealnym przykładem graczy, którzy mieli w późniejszym boomie największy udział, są dwaj Koreańczycy: Park Ji-sung (Manchester United) i Son Heung-min, przez lata gwiazda Tottenhamu Hotspur, a dziś piłkarz Los Angeles FC.
Przeczytaj także: Sędzia cofnięty z granicy, ale FIFA i tak wypłaci mu pełne wynagrodzenie
Ale japońscy kibice wcale nie musieli długo patrzeć na Koreę Południową z zazdrością, bo i oni doczekali się swoich gwiazd. Shinji Kagawa (Manchester United), Shinji Okazaki (Leicester City), Takumi Minamino (Liverpool) i Wataru Endō (Liverpool) potrafili nawet zdobywać tytuły mistrza Anglii. W ostatnich latach na angielskich boiskach błyszczał Kaoru Mitoma (Brighton and Hove Albion), którego niestety na mundialu nie oglądamy z powodu kontuzji. Szkoda, bo miał być jedną z gwiazd nie tylko tej reprezentacji, ale i całego turnieju.
Wspomniany już wcześniej strzelec gola z Holandią, Daichi Kamada, to piłkarz Crystal Palace. W koszulce Leeds United oglądaliśmy Ao Tanakę, zaś rekord występów japońskiego piłkarza w Premier League należy do Mayi Yoshidy (154 mecze). Zatem nawet w najsilniejszej lidze świata Japonia ma swoich godnych przedstawicieli.
Nazwisko nie jest ważne
Selekcjoner Moriyasu sam był przed laty świetnym pomocnikiem. Dlatego uważa, że batalie meczowe rozstrzygają się właśnie tam, gdzie mózg i płuca drużyny – w drugiej linii, w środku pola.
Nie klasyfikuje swoich piłkarzy jako nazwiska – lepsze i gorsze. Wie z doświadczenia, że jeśli możesz dać drużynie coś dobrego, to nie jest istotne, jak się nazywasz. W końcu gdy sam debiutował w kadrze Japonii w latach 90., wielu kibiców, a nawet kolegów z zespołu nie potrafiło zapamiętać jego nazwiska. Moriyasu nie przejął się tym faktem i wkrótce po premierowym występie na stadionie w Tokio przeciwko Argentynie został członkiem zespołu, który sięgnął po pierwszy w historii Japonii Puchar Azji.
Niebawem przyjąć musiał jednak bolesny cios. W meczu określanym jako „Agonia w Dosze” Japończycy zawalili awans do MŚ w USA w 1994 r., tracąc prowadzenie w meczu z Irakiem w doliczonym czasie. Ameryka musiała zatem na niego poczekać przez wiele lat.
Na razie szczytem kariery trenerskiej Moriyasu jest mundial w Katarze sprzed czterech lat. Japonia potrafiła tam pokonać Niemców i Hiszpanię. Obecne mistrzostwa pokazują, że takie wyniki, a także wszystkie inne rezultaty pracy pomiędzy turniejami w 2022 i 2026 r., to nie jest przypadek. Odpadnięcie z Chorwacją w batalii o ćwierćfinał po serii rzutów karnych nie zmieniło zdania ogółu na temat gry Japonii – byli jednym z największych objawień imprezy.
Moriyasu przyjął porażkę z pokorą i obiecał sobie, że wróci na mundial po więcej. Drużyna ufa trenerowi. Z wywiadów z japońskimi piłkarzami płynie jasny przekaz: ludzie w tej grupie mają do siebie zaufanie, traktowani są z szacunkiem, a ich wspólnym celem jest dążenie do doskonałości. Moriyasu uważa, że nie ma górnej granicy umiejętności zawodnika, wyznacza ją jedynie chęć do pracy. Słucha piłkarzy, buduje atmosferę, w której nie ma konfliktów. W ten sposób stał się symbolem japońskiego futbolu.
J.League to zaczęła
Kiedy polska reprezentacja święciła największe triumfy, czyli na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, Japonia praktycznie nie istniała na futbolowej mapie. Piłka nożna była dziwadłem, fanaberią, mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni kochali baseball, nawet jeden z najpopularniejszych pisarzy z Japonii, Haruki Murakami, wpadł na pomysł pisania podczas baseballowego meczu, o czym sam opowiadał.
Trajektoria zmieniła się od początku lat 90., a konkretnie od 1998 r. Japonia zakwalifikowała się od tamtego czasu do każdego mundialu, w tym oczywiście z automatu jako współgospodarz w 2002 r. razem z Koreą Południową. Czterokrotnie awansowała do fazy pucharowej mistrzostw świata – w latach 2002, 2010, 2018 i 2022. Zdobyła również cztery tytuły mistrza Azji, triumfując w 1992, 2000, 2004 oraz 2011 r.
W styczniu 2026 r. Japonia zajmowała 18. miejsce w rankingu FIFA, będąc najwyżej notowaną reprezentacją Azji.
Przeczytaj także: Sędzia cofnięty z granicy, ale FIFA i tak wypłaci mu pełne wynagrodzenie
To wszystko, chyba można tak śmiało napisać, zaczęło się od J.League, kiedy ściągano wielkie gwiazdy, głównie u schyłku ich karier. Japonia była w pewien sposób odpowiednikiem obecnej Arabii Saudyjskiej. J.League sprawiła, że ludzie z całego świata zrozumieli, iż Japonia to już nie tylko bajka o Tsubasie, ale realny futbol. Start tych rozgrywek w 1993 r. zbudował nowy system, dał początek. I choć bijących się wówczas o koronę króla strzelców Brazylijczyka Alcindo i Argentyńczyka Ramona Diaza niewielu już dzisiaj pamięta, to właśnie oni uczyli Japonię gry w piłkę.
Dziś to zespół, który dominuje w azjatyckim futbolu, czego dowodem jest awans do mistrzostw świata jako pierwsza ekipa, oczywiście nie licząc gospodarzy. Zanim rozpoczął się turniej, Japończycy oczarowali występem przeciwko Anglii w towarzyskiej potyczce na Wembley. Po raz pierwszy w historii Synowie Albionu przegrali z zespołem z Azji (0:1).
Japonia chce sprzątać nie tylko trybuny, ale także pozamiatać kolejnych rywali w drodze do chwały. A skąd w ogóle ta czystość? Świetnie wyjaśnia to świetny tekst na portalu CNN: „Ptak, który odlatuje, nie zostawia śladu”. Oto jego fragment:
„Każdy uczeń przynosił do szkoły własną szmatkę, zwaną zokin. Najczęściej była uszyta ze starych kawałków materiału i podpisana imieniem właściciela. Pierwszym zadaniem nowego ucznia nie było rozwiązywanie zadań z matematyki. Było nim... sprzątanie klasy. Dzieci przesuwały ławki, zamiatały podłogę, a następnie na kolanach myły ją własnymi szmatkami.
I nie traktowano tego jak kary. To była część codzienności (...). Japońskie szkoły przez dziesięciolecia funkcjonowały bez armii sprzątaczek. To uczniowie dbali o: klasy, korytarze, schody, boiska, a nawet toalety. W ten sposób od najmłodszych lat uczono ich jednej rzeczy: jeśli korzystasz z jakiegoś miejsca, jesteś za nie odpowiedzialny. W kulturze japońskiej funkcjonuje stare powiedzenie:
„Ptak, który odlatuje, nie zostawia śladu”. To nie tylko poetycka metafora. To filozofia życia.

