Katarzyna Kotula po prezydenckim wecie do ustawy o statusie osoby najbliższej ogłosiła nowy kierunek: koniec kompromisów, koniec półśrodków, czas na walkę o równość małżeńską. Brzmi jak polityczna ofensywa. Problem w tym, że bardziej przypomina przygotowanie pozycji startowej przed kampanią niż realny plan legislacyjny.
Bo pełna pula, o której mówi Lewica, jest dziś poza stołem. I to takim, który nawet nie jest w tym samym pomieszczeniu. Dlaczego?
Kotula „idzie po wszystko” po wecie prezydenta. Sawicki: pycha kroczy przed upadkiem
Od kompromisu do maksymalizmu
Ustawa o statusie osoby najbliższej miała być pierwszym krokiem. Nie rewolucją. Nie zmianą definicji małżeństwa. Nie stworzeniem nowej instytucji rodzinnej. Raczej próbą rozwiązania bardzo konkretnych problemów tysięcy ludzi: dostępu do informacji medycznej, kwestii majątkowych, dziedziczenia, reprezentowania bliskiej osoby czy spraw związanych z pochówkiem.
To właśnie dlatego Donald Tusk mówił po wecie Karola Nawrockiego, że chodziło o „absolutne minimum”. Premier podkreślał, że projekt był ciężko wypracowanym kompromisem, który miał zrobić „jeden krok do przodu”.
I rzeczywiście – kompromisem był.
Tak dużym, że dla części środowisk lewicowych stał się symbolem porażki, a nie sukcesu. Po latach zapowiedzi związków partnerskich i deklaracji walki o pełne prawa osób LGBT+ projekt ograniczony do statusu osoby najbliższej był dla wielu wyborców Lewicy dowodem, że ugrupowanie zbyt mocno ustąpiło koalicjantowi.
Tym koalicjantem był PSL, który od początku sceptycznie podchodził do klasycznej ustawy o związkach partnerskich. I dużą naiwnością byłoby zakładać, że będzie inaczej.
W efekcie Lewica dostała ustawę, którą mogła przedstawić jako pierwszy krok. Ale jej elektorat widział przede wszystkim cofnięcie się z pierwotnych obietnic. Teraz, po prezydenckim wecie, partia robi zwrot. Skoro kompromis nie przeszedł, to czas wrócić do maksymalnego postulatu.
Tylko że między polityczną deklaracją a parlamentarną większością istnieje przepaść.
Ustawa, której nie podpisze prezydent
Nawet gdyby Lewicy udało się przekonać całą koalicję rządzącą do projektu wprowadzającego równość małżeńską (a to jest tak prawdopodobne, jak to, że Dawid Kacprzyk rzeczywiście był na wszystkich dyżurach, które miał wpisane w grafiku), pozostaje jeszcze jeden problem: Pałac Prezydencki.
Karol Nawrocki, wetując ustawę o statusie osoby najbliższej, jasno wskazał, że sprzeciwia się rozwiązaniom, które, jego zdaniem, prowadzą do stworzenia instytucji podobnej do małżeństwa.
Prezydent argumentował, że konstytucyjna ochrona małżeństwa dotyczy związku kobiety i mężczyzny, a zawetowana ustawa odtwarzała „prawny rdzeń małżeństwa”, ale pod inną nazwą.
Trudno więc zakładać, że ten sam prezydent zaakceptowałby rozwiązanie idące jeszcze dalej.
Przemysław Czarnek mówił wprost, że prezydent miał „święte prawo” zawetować ustawę, ponieważ „była ona próbą obejścia konstytucji dla związków nieheteronormatywnych”.
Spór nie dotyczył jedynie technicznych zapisów. To jest fundamentalny konflikt o model państwa i definicję rodziny. A jej zmiana jest dla prawicy nie do przełknięcia.
I właśnie dlatego zapowiedź Lewicy brzmi jak walka z wiatrakami. Tylko, że to akurat sensowne, wyrachowane posunięcie.
Gra o elektorat, nie o podpis
Wpis Katarzyny Kotuli jest bardzo czytelny.
„Nie będzie już powrotu do rozmowy o ustawie o związkach partnerskich ani ustawie o statusie osoby najbliższej. Idziemy po równość małżeńską” – napisała.
To komunikat skierowany przede wszystkim do własnych wyborców.
Lewica chce powiedzieć: próbowaliśmy kompromisu, ale druga strona go odrzuciła. Skoro nie można zrobić małego kroku, będziemy walczyć o pełne rozwiązanie.
To znany polityczny mechanizm. Gdy realizacja obietnicy jest trudna albo niemożliwa, trzeba pokazać, że przeszkodą nie jest brak determinacji, ale blokada z zewnątrz.
W tym przypadku argument układa się sam: parlamentarna większość chce, ale prezydent blokuje. Albo my próbowaliśmy, ale ten PSL... I tak oto piłeczka zostaje po stronie politycznego oponenta.
A przecież polityka nie składa się wyłącznie z projektów ustaw. Składa się także z symboli, emocji i mobilizacji własnego zaplecza. I właśnie w tę strunę stara się uderzyć Lewica.
Nie oznacza to, że temat jest politycznie marginalny. Wręcz przeciwnie.
Zmienia się społeczeństwo. Według Narodowego Spisu Powszechnego liczba związków nieformalnych osób różnej płci wzrosła z 316,5 tys. w 2011 r. do 552,8 tys. dekadę później. Coraz więcej osób żyje poza klasycznym modelem małżeństwa.
Są też dane pokazujące zmianę społecznych nastrojów. Według badania ABR Sesta z 2025 r. 54 proc. Polek i Polaków popiera małżeństwa jednopłciowe. Z kolei badanie SW Research wskazywało, że zdecydowana większość badanych uważa, iż status prawny par jednopłciowych powinien być uregulowany.
Lewica ma więc argument społeczny. Ale nie zawsze przekłada się on na większość polityczną.
Zwłaszcza gdy po drugiej stronie stoi prezydenckie weto, a w samej koalicji rządzącej wcześniej zabrakło zgody nawet na mniej ambitny projekt.
Najłatwiejsza obietnica to ta, której nie trzeba spełnić
Zapowiedź walki o równość małżeńską jest dla Lewicy wygodna. Pozwala wrócić do własnej tożsamości, odbudować relację z częścią rozczarowanego elektoratu i pokazać, że partia nie porzuciła swoich postulatów.
Ale jednocześnie jest to obietnica z gatunku tych najłatwiejszych do złożenia.
Bo dziś nie wymaga ona większości w Sejmie. Nie wymaga negocjacji z PSL. Nie wymaga przekonania prezydenta. Wymaga jedynie deklaracji.
A deklaracje w polityce często zaczynają żyć własnym życiem. Zwłaszcza przed wyborami.
Lewica może więc rzeczywiście iść po pełną pulę. Tylko nie po to, aby ją zdobyć, ale żeby pokazać wyborcom, kto stoi przy stole, a kto go ciągle przewraca.

