Zanim zapłoną stosy i w komentarzach oskarżycie mnie o herezję, a na twórców naślecie hiszpańską inkwizycję, której – jak wiadomo – nikt się nie spodziewa, pragnę wszystkich uspokoić – schowajcie, proszę, widły i zgaście pochodnie. Ta gra nie ma na celu obrazić niczyich uczuć religijnych, to historia życia, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa przedstawiona w możliwie ciekawy, a na pewno nowatorski sposób. W skrócie przemierzamy Ziemię Świętą, poznając krok po kroku losy Mesjasza. To symulator – na świat patrzymy oczami Chrystusa, produkcji polskiego dewelopera Space Boat Studios, wydana przez PlayWay S.A.
Scenariusz? Przewidywalny
„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo” – jak czytamy w pierwszym wersie Ewangelii świętego Jana. I tak właśnie zaczyna się gra. Co istotne, ewangelie towarzyszą nam cały czas, co ma swój niepowtarzalny klimat, zwłaszcza gdy słuchamy przypowieści. Jezus jednak nie tylko nauczał – czeka na nas zatem sporo pracy.
Czy wzrost cen paliw przełożył się na wzrost petrokradzieży? Sprawdziliśmy
Po pierwsze, odnalezienie świętego Jana Chrzciciela. W trakcie tego zadania uczymy się motoryki postaci i poznajemy otaczający nas świat. Opisy miejsc pozwalają nam lepiej zrozumieć to, gdzie jesteśmy. Judea, jak również Galilea, to rzymskie prowincje, władzę sprawują rzymscy prokuratorzy, Żydzi niewiele mają do powiedzenia.
Mówiąc krótko: nowy Król żydowski jest bardziej niż poszukiwany! Archeologiem jestem mniej więcej tak dobrym jak Harrison Ford, ale przyznaję, że wirtualny świat, w którym się poruszamy, bardzo mi się podoba. Choć filmy z Indianą też mi się podobały, więc nie wiem, czy to dobra rekomendacja. Gra, co nie powinno nikogo dziwić, kończy się Wniebowstąpieniem i mam nadzieję, że to nie był spoiler.
Zapytacie, po co interesować się czymś, co już dawno miało swoją premierę? Uwierzcie mi, jest kilka powodów. Podstawy: gra nie wywołała fermentu medialnego, nikt nie darł szat, nikt nie zawodził, że grupa bezbożników, a pewnie i satanistów – kuszenie na pustyni jest jednym z jej elementów – postanowiła zakpić z życia Chrystusa i zniszczyć wiernym Wielkanoc. Przypominam, premiera gry odbyła się w Wielki Czwartek.
Gra jest solidnie zrobiona, przedstawia znaną większości z nas historię i ciężko ją uznać za żart z chrześcijaństwa. Na Steamie, dla niewtajemniczonych – to największy na świecie sklep internetowy z grami – zdobyła bardzo pozytywne recenzje. Pozwoliłem sobie zajrzeć w sekcję komentarzy i jestem pod wrażeniem. Nie ma co ukrywać – została wyjątkowo dobrze przyjęta.
Kontrowersyjny pomysł
Mimo to wydaje mi się, że dla wielu gra wideo z Chrystusem w roli głównej to wysoce kontrowersyjny pomysł. Dlaczego? Gdyż same gry są dla nich kontrowersyjne. Lata medialnej indoktrynacji – wybaczcie, nie potrafię lub nie chcę tego inaczej nazwać – sprawiły, że gry wypełniają obecnie większą część Indeksu Ksiąg Zakazanych.
Gdy tylko dochodziło do tragedii z udziałem nieletnich, argumentem koronnym, tłumaczącym całe zło, były dwa słowa: gry wideo. „W grach zabijał, było mu mało, wyszedł na ulicę i tam dalej zabijał”. Jaki ten świat prosty, prawda? Jest jeszcze jeden aspekt – gry uzależniają, nie żeby inne rzeczy nie mogły, ale gry wideo to taki ósmy grzech główny, dopisany do pozostałych siedmiu gdzieś pod koniec XX wieku przez wielu kaznodziejów. Reasumując – są czystym złem i jako takie powinny zostać zakazane. Jak zatem mogą pomagać w krzewieniu wiary?
Pogoda na spacer: co zrobić z pustą butelką?
Z krzewieniem mam jeszcze mniej wspólnego niż z archeologią, ale chwilę się nad tym zastanowiłem i wydaje mi się, że do czegoś doszedłem. Po pierwsze, w czasie gdy pielgrzymka do Ziemi Świętej może okazać się wysoce ryzykowna, zwłaszcza po tym, jak jeden z izraelskich żołnierzy został uwieczniony na fotografii w czasie osobliwego interpretowania tolerancji religijnej, eksploracja biblijnego świata w niedrogiej grze na pececie może być znacznie lepszym pomysłem.
Po drugie – i tu posunę się znacznie dalej – ta produkcja może okazać się kamieniem milowym, a nawet węgielnym, dla nowej formy ewangelizacji. Jasne, że „I Am Jesus Christ” nie jest pierwszą grą przedstawiającą biblijny świat czy opowiadającą o początkach chrześcijaństwa, ale jak na razie najbardziej przemyślaną i odważną.
Nie twierdzę bynajmniej, że za jej sprawą konserwatywni katolicy zmienią swoje podejście do gamingu – oni nie zmienią go nigdy – ale to ona może zasiać nowe ziarno nadziei. Zauważcie, gdy spopularyzowano ruchome obrazki, zwane powszechnie kinem, Kościół katolicki – nazwijmy to ładnie – nie do końca uwierzył w potencjał nowego medium.
Obawiano się, że aktor, który teraz gra sceny biblijne, za chwilę zagra czarny charakter – i co wtedy? To ten sam aktor! A co, jeśli prowadzi grzeszne życie? Jak z podziwem oglądać film o Chrystusie, który na wiernych patrzy oczami grzesznika? Wymyślano najróżniejsze historie. Poza tym objazdowe kina kojarzyły się bardziej z kuglarstwem i tanią rozrywką niż z prawdziwą sztuką, a kuglarstwo Bogu nie przystoi. Przyznacie, wiele się od tego czasu zmieniło.
Tu mechanizm może być podobny – wielkie studia unikają kontrowersji religijnych, obawiając się słabszych zysków, zwłaszcza w sytuacji, gdy w niektórych krajach Europy Zachodniej następuje widoczny powrót wiernych na łono Matki Kościoła.
Czy możemy się zatem spodziewać biblijnych opowieści na poziomie technicznym serii Assassin’s Creed? Czy ktoś chciałby, wzorem Mojżesza, wyprowadzić Naród Wybrany z niewoli egipskiej? A może zbudować arkę lub zmierzyć się z Goliatem? Tego nie wiem, ale coś czuję, że niedługo będę mógł zagrać z Salomonem w szachy. I tym razem to ja wygram!

