Takie osiągnięcie powinny cieszyć nie tylko dumnego z latorośli rodzica, lecz również
szkołę oraz górnolotnie rzecz ujmując – całe ciało pedagogiczne. Okazało się
inaczej.
Chłopak dostał przy tej okazji istotniejszą nauczkę niż uznanie jury olimpiady, istną „szkołę życia” . Uzmysłowił sobie, że nauczyciele, użyje tutaj najdelikatniejszych słów, nie zawsze bywają mądrzy.
Nie zawsze promują najbardziej zaradnych, głodnych wiedzy i podejmujących własne inicjatywy w pędzie ku najwyższym osiągnięciom. Niestety, kolejne ustawy i regulacje nawet najlepszego ministra czy ministry edukacji nie nauczą nikogo „zdrowego rozsądku”, nie uczynią pedagoga pełnym empatii i dumy dla samodzielnej inicjatywy.
Wyrok w sprawie małżeństw jednopłciowych. Polski sąd zdecydował
Dyrektorka najbardziej znanego OPS w Polsce odwołana ze stanowiska po naszych materiałach
Do rzeczy. Otóż pani od matematyki, zamiast składać gratulacje, postanowiła
naszego olimpijczyka postawić do pionu. Konkurs chemiczny konkursem, ale uczeń
za mało przykładał się do matematyki i teraz odczuje na własnej skórze tego przykre
konsekwencje. Poniżany przed tablicą w obecności koleżanek i kolegów chłopak dowiedział się, jak to świat jest niesprawiedliwy a przede wszystkim tego, że nie wszyscy nauczyciele powinni... uczyć.
W ten sposób dobrze rokujący chemik zaliczył twarde lądowanie w meandrach nauczycielskiej małości i zawiści. Jak zatem przetrwać w szkole, w której pedagog zamiast promować najlepszych, urządza poniżającą pokazówkę?
Nauczyciel ma misję?
Wychowywanie dzieci i młodzieży to bowiem rodzaj posługi, a nie zwykła praca. A do posługi, do bycia lekarzem, do bycia akuszerem, krzewicielem wiedzy nie wszyscy
się nadają.
Ot klasyczny przykład „podcinania skrzydeł” w imię urojonej sprawiedliwości. Pani od matematyki uznała, że sukces w jednej dziedzinie jest najlepszą okazją, by ukarać
ucznia za brak entuzjazmu w innej. To uderzające, jak bardzo system potrafi być
ślepy i wytwarzać promotorów konformizmu.
Co z tego, że chemia opanowana do perfekcji, skoro braki w całkach domagają się
natychmiastowej kary?
Przywołana anegdota to także bolesna lekcja o tym, że dla niektórych szkoła to nie
miejsce szukania talentów, lecz poligon do temperowania tych, którzy mają w sobie
entuzjazm do ponadprogramowej wiedzy. W ministerialnych gabinetach trwa gorączkowe budowanie „szkoły jutra”. Resort pod wodzą nowej ministry z zapałem ogłasza kolejne fronty walki: mniej religii, zakaz prac domowych, rugowanie telefonów.
O co im chodzi?
Ten ostatni punkt, nad którym eksperci głowią się całymi dniami, celnie podsumował syn innej koleżanki. Słysząc w telewizji o planowanej rewolucji w cyfrowych nawykach, zapytał z autentycznym zdziwieniem: mamo, ale o co im chodzi? Przecież my od dawna zostawiamy telefony w szafkach.
Okazuje się, że tam, gdzie ministerstwo widzi wielki problem systemowy, zdrowy
rozsądek i oddolne zasady wprowadzone przez mądrego dyrektora dawno już sobie
poradziły.
Dziś kalendarzowy pierwszy dzień wiosny – kiedyś niegdyś nierozerwalnie wiązał się
z radosną tradycją dnia wagarowicza. Choć o tym nieformalnym święcie mało kto już
dziś pamięta, warto byłoby je odkurzyć. Jeśli nasza pani od matematyki i jej podobni
pedagodzy znają tę tradycję, niech bez mrugnięcia okiem wezmą dziś wolne. Niech chociaż dziś szkoła będzie znośna dla każdego.
Wyjdzie to na dobre wszystkim.

