Reklama
Reklama
Reklama

Uciekła z piekła, żeby ratować dzieci. „Trzeba się starać”

TYLKO NA
trudne_rodziny_jedynka-desktop_1024
Czy człowiek jest jeszcze w stanie uratować dziecko, któremu odebrano dzieciństwo? (zdjęcie ilustracyjne) (fot. Shutterstock/Natalia Olak)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

– Nie da się uratować wszystkiego – mówi Kinga, która jako dziecko doświadczyła przemocy, odrzucenia i samotności. Dziś pracuje w placówce opiekuńczej, gdzie próbuje pomagać dzieciom z podobnymi doświadczeniami. Pilnuje, odbiera telefony po ucieczkach, stawia granice, a czasem przez całą noc czuwa nad nastolatką pod wpływem narkotyków. Wie, że nie cofnie ich przeszłości. Wie też, że nie wolno przestać próbować.

Miesza herbatę, jakby chciała w filiżance wywiercić dziurę. Przez całą rozmowę nie przestaje, nie puszcza z ręki łyżeczki. Choćby na chwilę. Jakby tym mieszaniem wprawiała w ruch korowody obrazów, stopklatki z rodzinnego horroru, kłótnie ze „starą”, jak nazywała swoją adopcyjną matkę, i zręby szarpanych rozmów.

Opowiada szybko i chaotycznie. Gdy zbytnio odchodzi od toku opowieści, kręci łyżeczką wolniej, jakby chciała wyrównać nurt własnych wspomnień. Mieszaniem wydobywa na wierzch ukryte w nienaruszalnym zakamarku serca sekrety, wstydliwe chwile, poniżenia i bicia.

Widzę, jak na jej twarzy maluje się czasem grymas bólu dziecka, innym razem, przecząc monotonii tembru głosu, jakiś obraz albo sytuacja skręca jej żołądek w węzeł, którego już nigdy i nikt, a przede wszystkim ona sama, nie potrafi rozwiązać.

W jej dużych oczach – „Mam je po ojcu, którego nigdy nie poznałam”, podkreśla lakonicznie – dostrzegam sprzeczne zwierciadła. Z jednej strony nastrój perfekcyjnie zakamuflowanej nienawiści: do rodziców, do złowrogiego losu, do niesprawiedliwości, które co rusz ją dotykały i nieodwracalnie krzywdziły.

Reklama
Reklama

Dostrzegam również w jej oczach owe ciche pogodzenie z własną historią, jakby po latach przestała pytać ją o rachunek. Czasami człowiek pęka niczym fastryga, łagodnie, właściwie bez żadnego trzasku. W jej przypadku trudne życie, dorastanie, brak oparcia, tortury z rąk matki nie tylko wyleczyły ją z egzaltacji. Uczyniły ją, wedle jej własnych słów – „pustą i bez emocji”.

Kinga urodziła się pod koniec lat osiemdziesiątych w B. w województwie pomorskim. Narodziny zainicjowały łańcuch łączący się w serię drobnych zdarzeń, które w całości okazały się pasmem udręczeń i triumfem ludzkich podłości.

– Moja biologiczna matka po porodzie zostawiła mnie w szpitalu. Na pewno był alkohol, melina… Podobno były też jakieś choroby, jakieś inne problemy… Nigdy nie poznałam całej historii. Ze szpitala trafiłam do domu dziecka w Lęborku. Spędziłam tam około półtora roku.

Dom dziecka jest dla Kingi spowity w całun tajemnicy. Co oczywiste, najwcześniejszych miesięcy życia nie może pamiętać. Jednak już wówczas musiała obserwować świat wielkimi, chłonącymi oczami.

Jak uczą pedagodzy wczesnego rozwoju, pierwszy rok życia jest dla dziecka niezwykle ważny. Człowiek przychodzi na świat całkowicie zdany na innych. Nie potrafi jeszcze sam zaspokoić głodu, ukoić lęku ani odnaleźć się w świecie, który z jego perspektywy jest wielki i nieprzewidywalny. Może jedynie wysłać sygnał – zapłakać, wyciągnąć ręce, szukać bliskości. I wtedy zaczyna się najważniejsza lekcja pierwszych miesięcy życia: kiedy wołam, ktoś przychodzi. Kiedy czegoś potrzebuję, ktoś odpowiada.

Reklama
Reklama

Z tych pozornie drobnych, powtarzających się doświadczeń rodzi się coś znacznie większego – poczucie, że świat jest miejscem, w którym można czuć się bezpiecznie, a drugi człowiek nie jest obietnicą rozczarowania, lecz obecności. Na tym fundamencie dziecko będzie później budowało swoje relacje z innymi.

Malutka Kinga wyciągała ręce do personelu medycznego, bezpieczeństwa szukała w objęciach pielęgniarskich fartuszków i lekarskich kitlów. Nie wiemy tego, ale możemy sobie swobodnie wyobrazić, jak chór dzieci porzuconych unisono płacze, jedno przy drugim, jak płacz, wedle mechanizmu imitacji, wędruje z jednej buzi do drugiej.

Kinga zaczęła się wzbraniać przed objęciami, które trwały zbyt krótko, przed mechanicznym i bezdusznym przewijaniem pieluszek, przed złudzeniem relacji, które – co oczywiste – nie mogły się przerodzić w stałą obecność jednego człowieka. W coś, co dla dorosłego może wydawać się drobiazgiem, a dla niemowlęcia jest całym kosmosem: w tę samą twarz pochyloną nad łóżeczkiem, ten sam głos, który odpowiada na płacz, te same ręce, które nie znikają, gdy tylko wykonają swoją powinność.

Prezydent nie przyjął ślubowania od sędziów TK. Komisja Wenecka przyjęła krytyczną opinię

Adopcja miała być ratunkiem. Zaczęło się kolejne piekło

Łyżeczka zaczęła się coraz szybciej kręcić. Prawdziwa gehenna miała bowiem dopiero nadejść. Mając ledwie półtora roku, Kinga została adoptowana.

Reklama
Reklama

– Moi przyszli rodzice pracowali w służbie zdrowia i mieli znajomości. Po prostu załatwili sobie możliwość adopcji, tak to się wtedy robiło. Tata był znacząco starszy od mamy. Oboje byli po rozwodach. Ojciec miał już dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa.

Prawdziwi rodzice, dobrze prosperujący jak na lata osiemdziesiąte, prawdziwy dom. Mogłoby się wydawać, że Kindze się poszczęściło. Ojciec okazał się człowiekiem łagodnym i czułym, ale życiowo nieporadnym. Domem rządziła żelazną ręką matka. „Stara” dominowała nad swoim mężem, małą Kingę prześladowała, a jednocześnie bała się sąsiedzkiego zwierciadła. Bacznie się w nim przeglądała. Widziała siebie jako idealną matkę, wymagającą, co prawda, ale sprawiedliwą. Widziała w lustrze osobę uczynną i dobrą, skoro wzięła pod swój dach dziewczynkę z adopcji.

Kinga przerywa swoją opowieść. Przytrzymuje ręką lewy policzek, jakby chciała ukryć pręgi. Miejsce na policzku potem pociera, drugą ręką zaś miesza w filiżance, nowe bolesne epizody posyłała mi bez układania ich w bukiet. Z faktograficzną i bezosobową pewnością.

– Szarpanie za włosy, próby zrzucenia na mnie monitora, bicie, poniżanie… Bywało, że chciała mnie przywiązywać do drzewa w lesie. Zrywała mnie z łóżka tylko po to, żeby wylać na mnie wszystkie swoje żale albo uderzyć...

Reklama
Reklama

W szkole szybko dowiedziano się, że jest dzieckiem z adopcji. Dorosły, który krzywdzi, ma za sobą lata doświadczeń, wyborów, rozczarowań, czasem własnej przemocy. Dziecko dopiero poznaje świat, a jednak potrafi bezlitośnie wskazać tego, kto odstaje od reszty, i uczynić z niego przedmiot drwin – kozła ofiarnego.

– Dzieci dowiedziały się, że jestem adoptowana. To wystarczyło. Byłam wyśmiewana, izolowana, wyzywana. Nie chciano się ze mną bawić. Zdarzało się, że mnie biły. Cała klasa potrafiła się ode mnie odsunąć. Jeżeli ktoś się do mnie odezwał, sam stawał się celem.

Dziecko nie żyje. Samo szukanie winnych nie wystarczy

Ucieczka jako sposób na przetrwanie

Uciec można na wiele sposobów. Jedni znajdują krótkotrwałe pocieszenie w alkoholu albo w narkotykach. Inni zatracają się w uczuciu, z rozpaczą szukając fizycznej bliskości. Nawet na jedną noc. Kinga z sercem zlodowaciałym ze strachu zaczęła biegać.

Pomagały jej szybkie nogi i własny świat. Niebezpieczeństwo, że ktoś będzie ją tam gonił, było niewielkie. Zbudowała wokół siebie chiński mur, którego nie sposób sforsować.

– Byłam szybka. Biegałam na sto metrów i byłam najszybsza w mieście. To też denerwowało inne dzieciaki. W pewnym momencie nauczyłam się funkcjonować tak, jakby cały świat był zero-jedynkowy. Albo ktoś jest ze mną, albo przeciwko mnie. Albo można mu ufać, albo trzeba się przed nim bronić.

Reklama
Reklama

Przy wyostrzonej świadomości okrucieństwa dorosłych i dzieci szybko zapragnęła ucieczki w otwartą przestrzeń i bezbrzeżną pustkę. Kinga ogłosiła abdykację samej siebie. „Żyć i umierać w trzeciej osobie..., schować się w sobie, odłączyć od swojego imienia, na zawsze daleki od tego, czym byłem..., i dojść – skoro nie ma innego wyjścia, by życie uczynić znośnym – do mądrości zatracenia...” – pisał Emil Cioran.

– Najpierw próbowałam uciec od dzieci, które mnie odrzucały. Potem od domu. Kiedy skończyłam liceum, postanowiłam, że muszę się wyrwać. Poszłam na techniczne studia. Wtedy nauki ścisłe wydawały mi się poza moim zasięgiem. Była tam matematyka, z którą wcześniej miałam problemy, ale kiedy już byłam poza domem, okazało się, że potrafię ją zaliczyć. To było dla mnie ważne odkrycie: kiedy byłam wolna, mogłam więcej.

Daleko od domu Kinga zaczęła się spełniać. Zainteresowała się epidemiologią i nowotworami skóry. Podjęła nawet studia doktoranckie.

– Wykładowcy i władze uczelni chcieli, żebym została. Ktoś wreszcie mnie docenił. I wtedy znowu uciekłam.

Placówka opiekuńcza od środka. Piętnaścioro dzieci w jednym mieszkaniu

Raz wprawiony w ruch instynkt ucieczkowy trudno zaspokoić. Kinga wróciła do miasta rodzinnego. Drżała o ojca pozostawionego na pastwę apodyktycznej matki. Pracowała w szpitalu, w administracji bloku operacyjnego, ale w wolnych chwilach przyglądała się przez przeszklone drzwi operacjom. Nigdzie nie potrafiła zagrzać miejsca. Uczyła również dorosłych w wieczornym liceum. Demony jednak prześlizgiwały się przez chiński mur. Doganiały ją, gdzie by nie uciekła.

Reklama
Reklama

– Poszłam na terapię. Po terapii pomyślałam, że muszę wrócić do pracy. Znalazłam ogłoszenie o pracy wychowawcy w placówce opiekuńczej.

Od trzech lat Kinga zajmuje się dziećmi w placówce wychowawczej. Rolą specjalistycznego personelu instytucji jest zapewnienie dzieciom, które z różnych powodów nie mogą dorastać w swoich rodzinach biologicznych, warunków możliwie najlepiej odpowiadających ich potrzebom i sprzyjających prawidłowemu rozwojowi.

Pytam Kingę wprost, dlaczego po wyrwaniu się z patologicznych sytuacji, dziś zatacza koło i wraca do najbardziej bolesnych wspomnień.      

– Widzę mechanizmy, które sama kiedyś przeżywałam. Dzięki temu mogę rozpoznać je u tych dzieci. I nie powtarzać błędów, które popełniano wobec mnie. Nie przywiązuję się do nich w sposób, który by mnie niszczył. To akurat jest cecha, którą zawdzięczam swojej przeszłości. Dzieci tego potrzebują. Potrzebują wychowawcy, który jest stabilny i nie rozpada się razem z nimi.

Spotykamy się w placówce. Przed wejściem brak informacji, żadnego napisu. Zwykła kamienica na śródmieściu prawie stutysięcznego miasta. Na ostatnim piętrze ponad stumetrowe mieszkanie, w którym na co dzień mieszka piętnaścioro dzieci. Kilkoro z Ukrainy.

Reklama
Reklama

Mieszkanie jest zaniedbane, w pokojach piętrowe łóżka, na parapetach wietrzące się buty i miśki. Ściany są odrapane. Parę lat temu zarządzono wielkie malowanie. Robotnicy osobliwie wywiązali się z zadania, obmalowując dookoła meble, szafy i biurka… Trudno ich obwiniać. Wiadomo, budżet na farby nie starczył na realizację całości prac.

W jednym z pokojów piętnastoletnia Amina z Ukrainy poprawia makijaż.

Jedynymi władczyniami tej przestrzeni są jednak „ciocie”, jak pieszczotliwie mówią o wychowawczyniach podopieczni.

Najmłodsze dzieci mają około dziesięciu lat, najstarsze są pełnoletnie. Jeżeli po osiemnastce kontynuują naukę, mogą zostać w placówce. Zdarza się, że ktoś studiuje i wraca tutaj na weekendy czy wakacje.

– Kiedy ktoś mnie pyta, jak wygląda zwykły dzień w placówce, to najprościej powiedzieć: tak jak w każdym domu. Tylko że zamiast jednego czy dwojga dzieci mamy ich kilkanaście. Rano trzeba je obudzić, dopilnować śniadania, przygotować do szkoły, sprawdzić, czy mają wszystko, co potrzebne. Potem zaczyna się papierologia: dokumentacja, telefony, wizyty lekarskie, notatki.

Na wszystko potrzebny jest protokół. Każde ważniejsze zachowanie trzeba opisać, najlepiej niemal co do minuty.

Reklama
Reklama

– Tylko że dziecko nie jest dokumentem. To żywy organizm. Miałam wychowanka, którego przez dwa miesiące uczyłam alfabetu. Powtarzaliśmy literki tak długo, aż zaczął je kojarzyć i układać w słowa. Bo wiem, że kiedyś wyjdzie z placówki i nikt nie będzie tego z nim robił. W takich sytuacjach człowiek przestaje myśleć o wzniosłych celach wychowawczych. Chce tylko, żeby ten chłopak nauczył się czytać.

Narkotyki, ucieczki i noce bez snu. Z czym mierzą się wychowawcy

Kinga opowiada mi historię dziewczyny, która chorowała na zaburzenia wątroby i przyjmowała leki. W placówce Kinga ją pilnowała. Kiedy wyszła, tego nawyku już nie było. Żyła jeszcze kilka lat, a potem zmarła jako bardzo młoda osoba.

Istotnym problemem placówki są narkotyki. Dzieci mają możliwość, nie licząc szkoły i innych obowiązków, wychodzenia z placówki na trzy godziny dziennie. Często wracają pod wpływem środków odurzających. Wychowankowie placówki kombinują, jak mogą, by zdobyć pieniądze. Potrafią sprzedawać buty albo kraść.

– Miałam piętnastoletnią dziewczynę, która wychodziła z placówki i wracała pod wpływem narkotyków. Z tego, co pamiętam, chodziło o amfetaminę… Kiedy ją wypuszczałyśmy, potrafiła wrócić kompletnie pobudzona. Raz wróciła w takim stanie, że całą noc nie spała. Zgrzytała zębami, ruszała szczęką… Inne dzieci nie mogły spać. A wychowawca, zamiast zajmować się resztą grupy, przez całą noc siedział przy niej i pilnował, czy nic się jej nie stanie.

Reklama
Reklama

Dobrze znany Kindze gen eskapizmu został zaszczepiony również w podopiecznych placówki. Uciekają na miasto, do szybkich rozrywek, w narkotyki, rzecz jasna. Prawdziwą zmorą stały się telefony komórkowe i bezwiedne głaskanie ekranów, krótkie, kilkosekundowe filmiki, media społecznościowe. Smartfon działa jak narkotyk, przeobraża w nieczułe zombie.

Co ciekawe, dzieci wracają często do swoich domów. Tęsknią za rodzicami, którzy nie podołali wychowawczym obowiązkom.

– Miałam też wychowanka, którego matka zaczęła po latach ponownie pojawiać się w jego życiu. Sama przez długi czas była w bardzo trudnej sytuacji, mieszkała po melinach. Potem wynajęła mieszkanie. To był krok do przodu, ale jednocześnie zaczęła obciążać syna własnymi problemami. Pożyczała od niego pieniądze. Prosiła go o jedzenie. Wykorzystywała go do różnych prac, do pomocy przy domu i opieki nad zwierzętami. A on odbierał to jako miłość. Bo dla niego najważniejsze było jedno: „Mam mamę”.

Czasami rodzice nawet nie chcą odzyskać dziecka. Na początku przychodzą, obiecują współpracę, mówią, że wszystko zmienią. Przez pierwszy miesiąc jest nadzieja. Potem wizyty są coraz rzadsze. Najpierw raz w tygodniu, później raz na dwa tygodnie, później wcale.

Reklama
Reklama

W domu robi się ciszej, a nawet z wielu względów – wygodniej. Rodzic przyzwyczaja się do tego, że dziecka nie ma. Zdarzało się nawet, że pytał przede wszystkim o pieniądze. Dziecko trafiało do placówki, a rodzic dzwonił i pytał, czy w związku z tym zostanie mu odebrane 800 plus.

I jeszcze jedno: te dzieci bardzo często potrzebują męskiego autorytetu.

W placówkach pracuje dużo kobiet. Nie dlatego, że to jest „kobieca praca”. Po prostu kobiet jest więcej. Ale są chłopcy, dla których rozmowa z kobietą nie ma takiej samej siły jak rozmowa z mężczyzną. Siedemnastolatek może zignorować konsekwencję nałożoną przez wychowawczynię, a kiedy przychodzi „wujek” i mówi mu dokładnie to samo, nagle okazuje się, że można się jednak zastosować.

– Nie chodzi nawet o strach. Chodzi o wzorzec. O kogoś, kto pokaże, że można być mężczyzną, można być odpowiedzialnym, można mieć zasady.

Wychowawca musi bezwzględnie być człowiekiem od zasad. Nie można się cały czas z dzieckiem przyjaźnić. Trzeba powiedzieć „nie”. Trzeba wymagać nauki. Trzeba zabrać telefon. Trzeba powiedzieć, że nie wolno wyjść. Trzeba pilnować leków. Trzeba czasami powiedzieć, że nie wolno pracować na czarno przy zbieraniu owoców, nawet jeśli dziecko właśnie wymyśliło sobie, że w ten sposób zarobi mnóstwo pieniędzy.

Reklama
Reklama

– I wtedy jesteśmy najgorszymi ludźmi na świecie.

W trudnych momentach śmiech jest w placówce sposobem przetrwania. Wychowawcy są ze sobą zżyci. Z wyraźnym rozbawieniem opowiadają sobie o egzotycznych potrzebach swoich podopiecznych. O wstawaniu w środku nocy do agresywnej dziewczyny, o niechcianych ciążach, o pogubionych rodzicach.

– Mam wychowanka, który potrafi przejść od bycia słodkim dzieciakiem do zachowania, które doprowadza wszystkich do szału. Kiedyś wymyślił, że będzie pracował z wujkiem na budowie – oczywiście nielegalnie. Tłumaczyliśmy mu przez dwie godziny, dlaczego nie może tego zrobić. W końcu się zdenerwował i stwierdził, że pewnie dlatego mu zabraniamy, bo wiemy, że będzie od nas bogatszy…

Coś się wydarza, dziecko zwyzywa, ktoś ucieknie, ktoś wróci pijany, ktoś zrobi coś głupiego – i trzeba iść dalej. Nie można każdego dnia nosić wszystkiego w sobie. Śmiech pomaga rozładować atmosferę, ale jest również ujściem, wentylem bezpieczeństwa.

– To nie znaczy, że nas to nie boli. Bo boli. Tylko człowiek po pewnym czasie zaczyna rozumieć, że dziecko nie zawsze mówi do niego naprawdę. Czasami krzyczy, bo nie potrafi inaczej powiedzieć: „jestem wściekły”, „boję się”, „nie wiem, co ze sobą zrobić”.

Reklama
Reklama

Nie da się uratować wszystkiego. Ale trzeba próbować

Zadaję Kindze pytanie rodem z Dostojewskiego: czy piękno zbawi świat? A może, w tym miejscu, trzeba zapytać inaczej: czy człowiek jest jeszcze w stanie uratować dziecko, któremu odebrano dzieciństwo?

Jej odpowiedź jest bolesna: nie da się uratować wszystkiego. Nie można cofnąć lat zaniedbań, przemocy, uzależnienia i samotności. Nie można wymazać z pamięci tego, co już się wydarzyło. Nie można oddać dziecku dzieciństwa, którego nigdy nie miało albo które zostało mu odebrane. Są rany, których nie da się zagoić samym faktem, że od pewnego dnia ktoś zaczął się o dziecko troszczyć.

Można jednak zrobić coś innego. Coś, co wobec ogromu tej krzywdy wydaje się jednocześnie drobne i heroiczne: po prostu próbować.

Podać rękę po raz pierwszy, a potem po raz dziesiąty i setny. Postawić granicę, choć wiadomo, że za chwilę trzeba będzie postawić ją ponownie. Przypomnieć o leku. Zawieźć do szkoły. Wysłuchać po raz kolejny historii, której nie chce się już słuchać. Pojechać tam, gdzie dziecko uciekło. A kiedy wróci – być na miejscu.

Nie ma gwarancji, że ten wysiłek wystarczy. Czasem człowiek wykonuje swoją pracę najlepiej, jak potrafi, a przeszłość okazuje się silniejsza. Ale bezsilność nie może być usprawiedliwieniem dla bezczynności. Jeśli nie można uratować całego życia, trzeba ratować jego fragment. Jeśli nie można oddać dziecku utraconego dzieciństwa, można spróbować nie pozwolić, by odebrano mu wszystko, co jeszcze przed nim.

Reklama
Reklama

Być może więc odpowiedź na pytanie Dostojewskiego nie kryje się w pięknie. Być może kryje się w geście. W wyciągniętej dłoni, która pojawia się raz jeszcze, choć poprzednim razem została odtrącona. W człowieku, który zostaje, choć łatwiej byłoby odejść.

Bo w tej pracy nie chodzi chyba o pewność, że dziecko zostanie uratowane. Chodzi o coś bardziej podstawowego: żeby pewnego dnia nie musiało powiedzieć, że nikt nawet nie próbował.

Żegnam się z Kingą na peronie dworca. Spoglądam, jak stawia równo kroki i znika w tunelu. W uszach dźwięczą mi jeszcze jej słowa o tym, że stała się wewnętrznie pusta. I że dzięki tej pustce, potrafi jak nikt inny zajmować się dziećmi w placówce. Na zimno i bez emocji.

Reklama
Reklama

– Nauczyłam się żyć. Nauczyłam się rozpoznawać ludzi. Nauczyłam się chronić siebie. I przede wszystkim nauczyłam się patrzeć na dzieci, które przechodzą przez podobne rzeczy, bez oceniania ich. Może to jest mój sposób na to, żeby z własnej historii zrobić coś dobrego.

Może Cię również zainteresuje:

Reklama
Reklama