Reklama
Świat

Negocjacje Moskwa-Kijów ruszają na nowo. Polska znów poza stołem

Rozpoczynają się nowe rozmowy między Rosją a Ukrainą. Stany Zjednoczone mogą ponownie próbować zmusić Kijów do zaakceptowania rosyjskich warunków. Choć państwa europejskie wywalczyły sobie miejsce przy stole rozmów, Polski ponownie przy nim zabrakło.

Wojciech J. Kittel
Opinia autorstwa: Wojciech J. Kittel
Dzisiaj 21:15
13 min
Podczas gdy Ameryka i Rosja negocjują przy tym stole, a Europa zdobywa miejsce przy kolejnym, Polski nie ma przy żadnym z nich (fot. MIKHAIL METZEL / SPUTNIK / KREMLIN / POOL / PAP)
TYLKO NA
  • Wysłannicy Trumpa, Steve Witkoff i Jared Kushner, odwiedzili Moskwę i Kijów, próbując nadać nową dynamikę negocjacjom pokojowym.
  • Według medialnych przecieków amerykański plan zakłada m.in. wycofanie ukraińskich wojsk z Donbasu czy rezygnację Ukrainy z członkostwa w NATO.
  • Mimo rosyjskiej narracji o zbliżającym się zwycięstwie, w sierpniu siły ukraińskie odbiły więcej terytorium, niż zajęli Rosjanie.
  • Do rozmów z Amerykanami w Kijowie dołączyli przedstawiciele Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii (E3) – Polski przy stole zabrakło.
  • Nowy minister obrony Ukrainy mówi o 27 mld dol. luki w budżecie wojskowym, którą Kijów chce częściowo pokryć wcześniejszą wypłatą unijnych środków.

Po niemal ośmiu miesiącach dyplomatycznego zastoju rozmowy pokojowe między Rosją a Ukrainą mają nabrać nowej dynamiki. W miniony weekend do Moskwy, z celem nadania nowej dynamiki negocjacjom, udali się specjalny wysłannik Białego Domu Steve Witkoff oraz Jared Kushner, który nie pełni żadnego urzędu, lecz jest zięciem Trumpa.

Dla Witkoffa była to już ósma wizyta w rosyjskiej stolicy w charakterze amerykańskiego wysłannika. Uderzający jest jednak fakt, że następnego dnia obaj po raz pierwszy udali się do Kijowa.

Moskwa

Po spotkaniu na Kremlu, podczas którego amerykańska delegacja rozmawiała z najważniejszą osobą w Federacji Rosyjskiej, Władimirem Putinem, nie ogłoszono oficjalnie żadnej nowej koncepcji rozwiązania konfliktu. Jak pokazują doświadczenia dotychczasowych mediacji rosyjsko-ukraińskich, oświadczenia po takich spotkaniach zazwyczaj sprowadzały się do nazwania przebiegu rozmów „merytorycznymi, konstruktywnymi, niezwykle szczerymi i opartymi na zaufaniu”.

Reklama
Reklama

Czytaj również: A więc wojna. Wysłannicy Trumpa wracają na tarczy

Mimo wszystko rozmowy zakończyły się wymiernym, choć ograniczonym efektem. Zapowiedziana podróż Witkoffa i Kushnera skłoniła walczące strony do pozornego okazania dobrej woli wobec procesu mediacyjnego w postaci trzydniowego wstrzymania ognia. Choć to prezydent Ukrainy wyszedł w piątek z tą inicjatywą, następnego dnia podobny rozkaz wydał prezydent Putin.

Mówiąc o pozornym akcie dobrej woli, nie należy rozumieć go jako wstrzymania działań wojennych, które stworzyłoby przestrzeń dla mediacji. Na taki gest jest jeszcze za wcześnie. Pozorność tych działań wynika z faktu, że wstrzymanie ognia obejmowało jedynie powstrzymanie się od wzajemnych ataków na stolice obu państw.

Trudno jednak oczekiwać od wizyty Amerykanów w Moskwie jakichkolwiek nowych, przełomowych osiągnięć. Nie zmienia to faktu, że wraz z rozpoczęciem nowego rozdziału mediacji w kremlowskich gabinetach rozmawiano o konkretnych rozwiązaniach, które miałyby stanowić podstawę do osiągnięcia politycznego rozwiązania konfliktu. Oficjalnie jednak nie ujawniono żadnych konkretnych propozycji znajdujących się na stole negocjacyjnym.

Sprawdź także: Wysłannicy Trumpa w Moskwie i Kijowie. Ekspert: nie przybliżyli końca wojny

Reklama
Reklama

Co charakterystyczne dla amerykańskiej kultury politycznej, w mediach pojawiły się przecieki dotyczące tego, o czym Amerykanie mieli dyskutować z Rosjanami. Tego rodzaju informacje przekazywane są po to, aby oswajać opinię publiczną oraz sojuszników z myślą o tym, jakie obszary podlegają negocjacjom i co, a raczej kogo, Amerykanie są gotowi poświęcić w imię sukcesu negocjacyjnego.

Według medialnych przecieków dotyczących konkretnych propozycji, wbrew narracji o nowej dynamice amerykańskiej mediacji, rozmowy nie zaczynały się od zera. Według deklaracji Trumpa gotowy plan pokojowy, który Witkoff i Kushner mieli zawieźć do Moskwy, zakładał faktyczny powrót do propozycji USA przedstawianych podczas poprzednich rund negocjacyjnych.

Postulaty miały dotyczyć całkowitego zawieszenia broni, wycofania ukraińskich wojsk z Donbasu oraz części obwodu zaporoskiego, a także możliwego rozmieszczenia na tych terenach kontyngentu ONZ. Ukraina miałaby jednocześnie przyjąć status państwa niezaangażowanego i formalnie zrezygnować z członkostwa w NATO. W pakiecie miały znaleźć się również referendum, wybory, zmiany konstytucyjne oraz zobowiązanie Kijowa do rezygnacji z prób siłowego odzyskania terytoriów znajdujących się pod kontrolą Rosji.

Osobnym elementem planu miały być ograniczenia liczebności ukraińskich sił zbrojnych oraz porozumienia dotyczące kwestii językowych. Całość miałoby zamknąć podpisanie pełnoprawnego traktatu pokojowego przez nowy ukraiński rząd, a następnie zatwierdzenie planu pokojowego na forum ONZ.

Reklama
Reklama

Jeżeli przecieki odpowiadają rzeczywistemu zakresowi rozmów, trudno mówić o jakościowo nowym podejściu Waszyngtonu. Bardziej przypomina to próbę ponownego złożenia w jedną całość propozycji, które w różnych wariantach pojawiały się już wcześniej. Zasadnicza różnica polegałaby więc na politycznej determinacji administracji Trumpa, aby doprowadzić „plan” do jego przyjęcia.

Aby ta próba zakończyła się sukcesem, postulaty musiałyby zostać zaakceptowane nie tylko przez Zełenskiego, który obecnie musiałby zainicjować rozpoczęcie tego procesu, lecz także przez nowo utworzony ukraiński rząd. Ma to szczególne znaczenie, biorąc pod uwagę poparcie społeczeństwa dla nowych sił politycznych na Ukrainie: byłego naczelnego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy Walerija Załużnego oraz Kyryła Budanowa, byłego szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, a obecnie szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy.

Warto przeczytać: Trump znów chce zmieniać nazwę. „Nowy Meksyk” zniknie z mapy?

Przyjęcie takich postulatów podważałoby dotychczasową ukraińską teorię zwycięstwa. Trudno byłoby przedstawić takie rozwiązanie jako rezultat odpowiadający skali wysiłku wojennego Ukrainy. Z tego powodu akceptacja tych warunków mogłaby nastąpić jedynie pod wpływem silnej presji wywieranej przez Waszyngton na Kijów.

Reklama
Reklama

Presja na Kijów

Jeśli ujawnione postulaty amerykańskiego planu dla Ukrainy okażą się rzeczywistą podstawą obecnych działań, fundamentalne staje się pytanie: dlaczego Amerykanie właśnie teraz zdecydowali się podjąć taki wysiłek?

Oczywiście całą inicjatywę można tłumaczyć pragnieniem administracji Trumpa, by osiągnąć szybki sukces przed wyborami połówkowymi zaplanowanymi na listopad. Presja podyktowana kampanią wyborczą nie wyjaśnia jednak strukturalnej przyczyny, która pozwala dziś Witkoffowi i Kushnerowi podjąć taką ofensywę mediacyjną.

Może Cię zainteresować: Jeden poranek, kilkanaście wpisów. Trump opublikował nową mapę Ameryki

Pod względem sytuacji na froncie obraz pozostaje znacznie bardziej złożony. Choć Rosjanie podtrzymują, że osiągnięcie celów wojennych jest jedynie kwestią czasu, amerykański Instytut Badań nad Wojną wskazuje, że obraz przedstawiany przez Kreml jest zdecydowanie bardziej optymistyczny, niż wynikałoby to z dostępnych danych. Nie mamy dziś do czynienia ani z nagłym przełamaniem ukraińskiej obrony, ani tym bardziej z kaskadowym załamaniem całego frontu.

Faktem jest, że Rosjanie zachowują inicjatywę na wielu odcinkach, wywierając stałą presję na ukraińskie pozycje. Tempo ich postępów pozostaje jednak niewspółmierne do politycznej narracji Moskwy o zbliżającym się rozstrzygnięciu wojny. Z danych Instytutu wynika, że w sierpniu Rosjanie zajęli lub umocnili kontrolę nad około 90,35 km² ukraińskiego terytorium. Z kolei siły ukraińskie w tym samym miesiącu wyzwoliły co najmniej 129,81 km².

Reklama
Reklama

Nie oznacza to oczywiście, że sytuacja Ukrainy jest komfortowa. Wręcz przeciwnie. Ukrainie na froncie brakuje żołnierzy, a w obronie przed rosyjskimi atakami z powietrza brakuje systemów zdolnych do ich przechwytywania. Według dostępnych danych Ukraina w sierpniu przechwyciła średnio 70-80 proc. wszystkich wykorzystywanych przez Rosję środków napadu powietrznego. W przypadku starszych Shahedów skuteczność ta wynosiła około 90-95 proc., natomiast w przypadku ich odrzutowych wersji około 60 proc.

Problem polega więc na czymś innym niż bezpośrednia groźba militarnego upadku Ukrainy. Rosja dysponuje większymi możliwościami przedłużania wojny. Niszcząc przed zimą ukraińską infrastrukturę energetyczną, koncentruje się na systematycznym pogarszaniu warunków, w jakich Kijów prowadzi działania wojenne. Moskwa pokłada zatem nadzieje w czasie, który przełoży się na większą skłonność Ukrainy do ustępstw.

Oprócz ataków na infrastrukturę energetyczną Rosjanie blokują porty Wielkiej Odessy, ograniczając tym samym Ukrainie możliwość finansowania wojny z dochodów własnego eksportu. Przez porty w Odessie realizowane było około 60 proc. ukraińskiego eksportu, tymczasem od lipca ruch statków spadł tam o około 75 proc.

Reklama
Reklama

O skali problemów finansowych Ukrainy świadczy wypowiedź nowego ministra obrony Jewhenija Chmary, który wskazał na lukę w budżecie wojskowym wynoszącą około 27 mld dolarów. Pomysłem na jej uzupełnienie ma być zwrócenie się do UE o wcześniejszą wypłatę środków przeznaczonych na wsparcie Ukrainy. Przypomnijmy, że UE z początkiem tego roku przeznaczyła na wsparcie dla Kijowa 90 mld euro na lata 2026-2027. Można zatem prognozować, że jeśli negocjacje pokojowe z Rosją nie rozpoczną się jesienią, na agendzie UE pojawi się kwestia stworzenia nowego pakietu wsparcia dla Kijowa.

Polecamy także: Zełenski o rozmowach z Rosją. Padła deklaracja po spotkaniu z wysłannikami Trumpa

Ukraina i E3

I właśnie tutaj dochodzimy do rozgrywki Ukrainy, która podejmuje działania mające przeciwstawić się możliwości wywarcia presji przez USA. Fakt, że Ukraina zwraca się do państw UE o przekazanie kolejnych środków, nie jest zaskoczeniem. Choć to Ukraińcy mierzą się z rosyjskim zagrożeniem bezpośrednio na froncie, to Europa ponosi główny ciężar finansowy wsparcia Ukrainy.

Naturalne jest więc, że jeśli coś finansujesz, tworzysz mechanizmy zależności, które dają ci wpływ na dalszy rozwój wydarzeń. I właśnie w tym kontekście należy rozpatrywać niedzielną wizytę Amerykanów w Kijowie.

Reklama
Reklama

W ten sposób państwa europejskie stają się dla Kijowa nie tylko źródłem finansowania, lecz przede wszystkim polityczną przeciwwagą dla potencjalnej presji ze strony USA. Dlatego Ukrainie zależy na ich zaangażowaniu w rozmowy pokojowe. Logika tego działania jest jasna i czytelna: skoro Europa finansuje wojnę, której wynik ma bezpośredni wpływ na europejskie bezpieczeństwo, trudno oczekiwać, by państwa europejskie bez zastrzeżeń zaakceptowały sposób zakończenia konfliktu, który czyni z Ukrainy stronę przegraną.

Czytaj też: Ukraina ma problem i zwraca się ku Polsce. „Zagrożeń może być z tego powodu wiele”

Nie chodzi przy tym o utratę części terytorium. W takim układzie Ukraina przegrywa dlatego, że ograniczono by jej możliwość samodzielnego dokonywania wyborów politycznych. Co więcej, po czterech i pół roku strat wojennych ponoszonych przez całe państwo Ukraińcom nie oferuje się żadnego modelu rozwojowego.

Taki scenariusz prowadziłby do realizacji rosyjskiego celu tej wojny: sprowadzenia Ukrainy do roli państwa upadłego, które samo z siebie stałoby się źródłem destabilizacji w regionie.

Właśnie dlatego Europa, obok już poniesionych kosztów finansowych, nie może pozwolić sobie na zakończenie wojny w formule, która pozostawiłaby Ukrainę politycznie osłabioną oraz gospodarczo i demograficznie wyniszczoną. Taki pokój nie rozwiązywałby problemu europejskiego bezpieczeństwa. Jedynie odsuwałby go w czasie.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Ukraina wprowadza ciszę na froncie. Powodem wizyta Witkoffa i Kushnera

Właśnie dlatego Ukraina szuka w Europie przeciwwagi dla potencjalnej presji Waszyngtonu, a Europa musi być gotowa tę rolę odegrać.

Przed takim scenariuszem Kijów postanowił zabezpieczyć się już podczas pierwszej wizyty amerykańskiej delegacji w ukraińskiej stolicy. Do rozmów Zełenskiego z Witkoffem i Kushnerem dołączyli przedstawiciele państw E3: Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Co istotniejsze, uzgodniono wówczas, że w kolejnych tygodniach Ukraina, USA oraz państwa E3 będą wspólnie przygotowywać dalszy etap negocjacji.

Właśnie w tym miejscu interes Ukrainy spotyka się z interesem Europy. W tym sensie europejskie zaangażowanie w negocjacje nie jest ani gestem solidarności, ani próbą „utarcia nosa” Trumpowi. Jest próbą zabezpieczenia własnego interesu.

Gdzie w tym jest Polska?

Z polskiej perspektywy najbardziej gorzki jest fakt, że właśnie zaczyna się kształtować przyszły format rozmów o zakończeniu wojny. Tymczasem przy stole po raz kolejny zabrakło Warszawy.

Trudno uznać to za szczegół, biorąc pod uwagę znaczenie wojny na Ukrainie dla naszego bezpieczeństwa i naszych ambicji. Skala polskiego wysiłku i zaangażowania na rzecz wsparcia Ukrainy od 2022 roku, a także fakt, że to właśnie wschodnia flanka NATO poniesie największe konsekwencje przyszłego porozumienia, sprawiają, że trudno uciec od wniosku, iż nasz wysiłek został zaprzepaszczony.

Reklama
Reklama

Można oczywiście argumentować, że interes Warszawy jest zbieżny ze stanowiskiem państw E3, a tym samym pośrednio przez nie reprezentowany. Tyle że dokładnie ten sam argument można by zastosować wobec całej Europy w rozmowach amerykańsko-rosyjskich.

Sprawdź także: Zełenski o rozmowach z Rosją. Padła deklaracja po spotkaniu z wysłannikami Trumpa

Słusznie oburzamy się na możliwość ustalania przyszłego europejskiego bezpieczeństwa ponad głowami Europejczyków. Z tego samego powodu powinniśmy krytycznie patrzeć na sytuację, w której Francja, Niemcy i Wielka Brytania współtworzą warunki przyszłego pokoju bez bezpośredniego udziału państwa najbardziej narażonego na jego konsekwencje. Interesy Paryża, Berlina, Londynu i Warszawy mogą się w wielu punktach pokrywać. Nie są jednak tożsame.

Nieobecność Polski jest tym bardziej zastanawiająca, że państwa E3 od miesięcy budują kanały potrzebne do udziału w przyszłym procesie. Francja utrzymywała kontakty z Mińskiem i Moskwą. Brytyjczycy wykorzystywali własne kanały wywiadowcze na Białorusi. Wokół Berlina i Moskwy funkcjonowały z kolei nieformalne kontakty byłych polityków.

Nie wszystkie te rozmowy miały oficjalny charakter i nie wszystkie służyły temu samemu celowi. Pokazują jednak, że najważniejsi europejscy gracze przygotowywali się na powrót dyplomacji, zanim negocjacje wyszły na powierzchnię.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Ukraina przeprowadzi wybory w czasie wojny? „Podskórna rywalizacja trwa”

Dla Warszawy po raz kolejny jest to zimny prysznic. Powinien to być sygnał znacznie poważniejszy niż kolejny spór o deklaracje solidarności z Ukrainą. Znaczenia państwa w polityce międzynarodowej nie mierzy się liczbą polubień pod wypowiedzią z forum ONZ czy liczbą odebranych orderów. Liczy się zdolność do przełożenia czynów na procesy polityczne.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny