Instytucja rzecznika praw obywatelskich (RPO) ma szczególne znaczenie w demokratycznych państwach prawa – stoi na straży praw i wolności. Ma nas chronić, pomagać w relacjach z organami władzy i instytucjami publicznymi, jest po prostu organem ochrony prawa. Takie działanie wpisane w fundament funkcjonowania RPO powoduje, że zawsze będzie w zwarciu z władzą, jaką by ona nie była.
Rzecznik nie dysponuje kompetencjami do rozstrzygania konkretnych spraw, ale ma uprawnienia, które m.in. pozwalają interweniować, żądać wszczęcia postępowań, dlatego też skuteczność jego działań zależy niemal wyłącznie od osobistego autorytetu osoby piastującej ten urząd oraz pewnego rodzaju nieustępliwości, a może zacięcia do ciągłej walki.
Koniec kadencji
23 lipca upływa kadencja prof. Marcina Wiącka, a 23 czerwca minął termin zgłaszania kandydatów. Od dłuższego czasu pojawiały się informacje, że formalnie zgłoszona przez Koalicję Obywatelską zostanie Sylwia Gregorczyk-Abram – i tak się stało. Samo to, że ta kandydatura pojawiła się wcześniej bez jakiejkolwiek dyskusji, moim zdaniem dyskredytuje cały ten wybór.
Czytaj też: Kto zostanie RPO? Kandydatury KO i PiS wywołują polityczną burzę
Oczywiście, znając osiągnięcia zgłoszonej kandydatki – walkę o praworządność, prowadzenie ważnych spraw przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, liczne nagrody za obronę praw i wolności – powinienem pogratulować samej kandydatce, jak i ją zgłaszającym. Tylko nie o to chodzi, aby mieć zasługi. Ważne jest to, jak dochodzi do wyboru osoby na rzecznika praw obywatelskich i jaki, nawet potencjalny, związek z władzą ma kandydat.
Przeczytaj także: Tusk po przesłuchaniu byłego ordynatora. „Wiarygodność wydaje się być wątpliwa”
Ocena obecnego procesu wyborczego wymaga spojrzenia na ostatnie dwie tury wyborcze. Kampania z 2015 r., kiedy to po raz pierwszy w historii kandydatura na ten urząd została wysunięta i skutecznie przeprowadzona nie przez partie polityczne (polityków), lecz przez zorganizowane społeczeństwo obywatelskie.
Koalicja ponad sześćdziesięciu organizacji pozarządowych i mediów lokalnych zainicjowała akcję poparcia dla Adama Bodnara. Aktywne zaangażowanie obywateli, polegające na podpisywaniu petycji oraz bezpośrednim lobbowaniu u polityków, zmusiło ówczesną klasę polityczną do zaakceptowania kandydata o niezależnym mandacie społecznym na moment wyboru.
Inny przebieg miały wydarzenia z 2020 r., gdy po zakończeniu kadencji Adama Bodnara doszło do pewnego rodzaju paraliżu. Mimo że ponad 1,2 tys. organizacji społecznych zjednoczyło się wokół bezpartyjnej kandydatury Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz, ówczesna większość rządząca odrzuciła tę kandydaturę. Dopiero po nieudanych próbach, w lipcu 2021 r., powołano Marcina Wiącka, który był w rzeczywistości kandydatem polityków.
Polaryzacja społeczna
Mamy rok 2026, ruchy polityczne coraz bardziej polaryzują społeczeństwo. Niejednokrotnie widzimy mniejsze lub większe wykorzystywanie instytucji publicznych dla różnych celów politycznych. Ochrona praw i wolności nie jest priorytetem władzy. W wielu aspektach liczy się doraźny cel polityczny. W wielu miejscach w Polsce lokalne społeczności, dziennikarze, ludzie protestujący zderzają się z niemal nieograniczoną władzą lokalną.
Wiele dziedzin państwa jest przez to państwo porzuconych. A władza często działa w mediach społecznościowych, w których blokuje niewłaściwie komentujących lub zachowuje się jak władza absolutna. Pewnie w każdym momencie można stwierdzić, że czasy są szczególne i wymagają szczególnych działań, ale zajmując się demokracją i jawnością od ponad 20 lat, uważam, że wybór RPO na dziś to kwestia najwyższej wagi.
Tymczasem zaprzepaściliśmy tak ważną sprawę. Sylwia Gregorczyk-Abram jest kojarzona z aktualną większością parlamentarną. Nie są to kwestie w normalnych czasach przesądzające, ale każda możliwość wykorzystania takich argumentów przez polityków nie buduje autorytetu.
Już widać w mediach, jak te związane z częścią opozycji opisują tę sytuację. A nie o to chodzi. Naprawdę było dużo czasu, aby przeprowadzić ten proces inaczej, zastanowić się wspólnie nad kandydatami. Przy czym dziwię się samej kandydatce, że wiedząc, jak zostanie odebrana, zgodziła się kandydować. Nasze wybory często legitymizują różne zachowania polityków, ale też wpływają na postrzeganie instytucji publicznych.
A tak dostaliśmy silnie spolaryzowaną kandydaturę – taka jest rzeczywistość – bez jakichkolwiek dyskusji i jeszcze od dawna plotkowaną, że nią będzie.
I jak poważnie traktować to wszystko? Są czasami takie momenty, że nie chce się już więcej robić i działać na rzecz lepszego państwa. Po co to wszystko, skoro w sumie sami, jako środowisko działające na rzecz praw człowieka, godzimy się na to, że najważniejszy urząd dla obywateli jest obsadzany tak, a nie inaczej? 21 maja apelowaliśmy o najwyższe standardy wyboru RPO. Jednak na pewno zabrakło mi wyobraźni, kolejny raz, że politycy ze standardami nie są zaprzyjaźnieni.
Brakuje standardów
Uważam, że od samego początku, gdy tylko pojawiły się informacje o tej kandydaturze, powinniśmy powiedzieć głośno, że to nie jest droga do wyboru rzecznika praw obywatelskich. Ważne dla mnie jest to, żeby pilnować standardów. A to nam się nie udało. Oddaliśmy wybór politykom.
Jakie jest realne zagrożenie? Za rok może zmienić się większość parlamentarna, a moim zdaniem politycy coraz mniej szanują instytucje. Już widzę, jak każde wystąpienie Sylwii Gregorczyk-Abram w obronie praw obywateli, każda skarga konstytucyjna czy interwencja w sprawach nadużyć policji będą przez nową większość rządzącą i sprzyjające jej media dyskredytowane jako polityczna gra i obrona interesów dawnego układu rządzącego.
Nawet jeśli będzie wykonywała swoje obowiązki na 500 proc., to i tak w dobie szybkości informacji i tego, co robią media społecznościowe, prawda nie będzie miała szans. Rzecznik kojarzony z poprzednią ekipą rządzącą stanie się celem ataków politycznych. W takim scenariuszu nowa władza z łatwością wykorzysta fakt bezpośredniej nominacji Gregorczyk-Abram przez polityków KO oraz jej płatną pracę w rządowej komisji Ministerstwa Sprawiedliwości do całkowitego podważenia jej autorytetu. Dodam, że zarobki członków tej komisji są ukrywane.
Czy można jeszcze coś zrobić? Moim zdaniem tak. Na ten moment sama kandydatka mogłaby oświadczyć, że jednak się wycofuje, podkreślając wagę urzędu RPO. Nie będzie to moim zdaniem odebrane jako słabość, a zdecydowanie jako poważne potraktowanie tego, na czym zasadza się praworządność – bo to nie są tylko przepisy.
Przeczytaj także: Afera w Szpitalu Południowym. Ministerstwo Zdrowia wszczyna kontrolę
Dlaczego nie odnoszę się do kandydatury Adama Borowskiego, zgłoszonego przez PiS? Ponieważ nie spełnia podstawowych warunków ustawowych dla osoby kandydującej na RPO, a dodatkowo nie ma żadnych szans. Realne decyzje dotyczą kandydatki KO.
To, co piszę, jest naiwne, ale w czasach deficytu standardów trzeba jeszcze bardziej je podkreślać i w nie wierzyć.

