Reklama
Reklama
Świat

Hazard Orbána. Stawka rośnie, a Węgry słabną

Węgry stoją dziś na krawędzi politycznego chaosu i gospodarczego załamania, choć ich premier wciąż uchodzi na świecie za wytrawnego stratega i lidera o mocarstwowych ambicjach. Paradoks ten odsłania dramatyczną cenę, jaką mały kraj płaci za politykę wymierzoną w europejski porządek oraz budowaną na ryzyku i uzależnieniach od obcych potęg.

Andrzej Krajewski
Felieton autorstwa: Andrzej Krajewski
Dzisiaj 19:51
14 min
Nadchodzących wyborów na Węgrzech może nie wygrać ani Orbán ani Magyar. Ten pierwszy przegra głosowanie, a drugi w starciu z politycznym chaosem. (fot. Robert Nemeti/Aleksander Kalka/ZUMA/ABACA/NEWSPIX.PL)

Reklama

TYLKO NA
  • Węgry to mały, słaby kraj uzależniony od dwóch schyłkowych filarów: niemieckiego przemysłu i rosyjskich surowców, co czyni go wyjątkowo podatnym na globalne wstrząsy.
  • Po rosyjskiej inwazji Budapeszt zagrał va banque, blokując pomoc wojskową dla Ukrainy i trzymając otwarte kanały z Kremlem, jakby przyszłość Europy miała się rozstrzygnąć przy biurku Putina.
  • Węgierskie państwo zostało podporządkowane ludziom Orbána, którzy kontrolują wojsko, służby, sądy i gospodarcze centra zysków, co sprawia, że ewentualna wygrana opozycji może zakończyć się paraliżem państwa.
  • Węgry stały się planszą, na którą patrzą wielcy gracze – USA, Chiny, Rosja, Niemcy i Turcja, a po wyborach 12 kwietnia to spojrzenie może zamienić się w otwartą walkę o wpływy. 

Reklama

Gdy słucha się i czyta o Viktorze Orbánie, łatwo uwierzyć, iż jest on najwybitniejszym węgierskim politykiem od czasów Ludwika I Andegaweńskiego, słusznie nazywanego Wielkim. To za jego sprawą Węgry w XIV wieku wyrosły na kluczowe mocarstwo Europy Środkowej, zdolne związać ze sobą unią personalną sąsiednią Polskę.

Węgry a Polska

Jednak gdy przestajemy zwracać uwagę na to, co słyszymy, i skupimy się na dzisiejszych Węgrzech, ujrzymy zamiast gracza wagi ciężkiej niewielki kraj liczący ok. 9,5 mln mieszkańców – czyli cztery razy mniej niż Polska. Kiedy 16 lat temu Orbán przejmował władzę, wedle informacji gromadzonych przez światową bazę danych Worldometer Węgry, choć od dekady rozwijały się coraz wolniej, nadal były krajem bogatszym od III RP. Wartość dóbr i usług wytworzonych w przeliczeniu na jednego mieszkańca (PKB per capita) wynosiła tam ok. 22 tys. dol. Na głowę statystycznego Polaka przypadało wówczas niecałe 21 tys. dol.

Dziś przewaga III RP jest już wyraźna i wskaźnik PKB per capita wynosi 51,2 tys. dol. przy 48,5 tys. dol. na głowę statystycznego Węgra. Oczywiście PKB to nie wszystko. Spójrzmy zatem na coś bardziej namacalnego, a jednocześnie wskazującego na potencjał danego państwa w niespokojnych czasach. W 2025 r. Polska była w stanie wygospodarować na zbrojenia kwotę ok. 38 mld euro, Węgry zaledwie 4,8 mld euro.


Reklama

Ten pakiet porównawczy można mnożyć o kolejne liczby. Wszystkie one mówią, iż obecnie III RP jest krajem dysponującym potencjałem ekonomicznym i militarnym kilkukrotnie większym niż węgierski. A jednak na arenie międzynarodowej to Orbán pozostaje większą gwiazdą niż czterech premierów polskich rządów utworzonych po 2010 r., i to razem wziętych.


Reklama

Dzieje się tak, choć gospodarka Węgier totalnie uzależniła się od niemieckiego przemysłu, na czele z motoryzacyjnym. Fabryki Mercedesa w Kecskemét, Audi w Győr i BMW w Debreczynie oraz kooperujące z nimi zakłady generują 20 proc. węgierskiego eksportu i 25 proc. całości produkcji przemysłowej. Jeśli niemiecką motoryzację dopadłaby zapaść jeszcze głębsza od obecnej, Madziarom zajrzałby w oczy krach. Jedna chińska fabryka BYD nad Balatonem ich nie ocali.

Podobnie rzecz się ma z uzależnieniem od rosyjskich surowców i energetyki. Jedyna węgierska elektrownia jądrowa w Paks zaspokaja około połowy zapotrzebowania kraju na prąd. Jej reaktory o łącznej mocy 2 tys. MW, zaprojektowane i zbudowane w ZSRR, przewidziano na ok. 30 lat użytkowania. W tym roku najmłodszy z całej czwórki będzie obchodził 40. urodziny.


Reklama

Orbán zawarł zatem z koncernem Rosatom umowę na budowę dwóch nowych. Ale inwestycja się ślimaczy, bo rosyjska firma ma olbrzymi problem z utrzymaniem płynności finansowej. W lipcu 2025 r. szefostwo Rosatomu zwróciło się do rosyjskiego rządu z apelem o pomoc finansową. Bez niej kontynuowanie zakontraktowanych inwestycji okazywało się niemożliwe. Dopiero 6 lutego 2026 r. zaczęto więc wylewać beton pod fundamenty reaktorów Paks II. Budowa mocno się opóźnia, a czas ucieka.


Reklama

Co gorsza, 27 lutego 2026 r. Węgry zostały odcięte od dostaw ropy naftowej z Rosji po tym, jak uszkodzeniu uległ rurociąg „Przyjaźń”. Zabolało, bo Węgrzy tą drogą otrzymywali ok. 65 proc. konsumowanego przez siebie paliwa. Od rozpoczęcia przez Rosję inwazji na Ukrainę rząd Orbána miał cztery lata, by zadbać o alternatywne łańcuchy dostaw, zwłaszcza że możliwość celowego lub przypadkowego uszkodzenia rurociągu przez którąś z walczących stron wydawała się oczywistością. Wolano jak największą zażyłość z Kremlem.

Dziś Budapesztowi pozostało liczenie na życzliwość Chorwacji i jej porty. Oznacza to jednak ponoszenie opłat tranzytowych za dostarczaną przez Chorwatów ropę, godzenie się z tym, iż nie będzie ona rosyjska, oraz nabywanie jej po cenach rynkowych. A te po uderzeniu USA i Izraela na Iran poszybowały w kosmos.

Węgrów czeka więc wkrótce zderzenie z niepewną przyszłością niemieckiego przemysłu, światowym kryzysem energetycznym oraz polityczną zmianą. Tę ostatnią mogą zainicjować wybory parlamentarne zaplanowane na 12 kwietnia. Przy czym wcale nie muszą one oznaczać utrzymania władzy przez Orbána ani triumfu opozycji pod wodzą Pétera Magyara. Zaczęło się bowiem zanosić na to, iż ukoronowaniem orbanowskiego szesnastolecia będzie chaos polityczny i ekonomiczny, czyniący z Węgier szachownicę, na której swoją partię szachów zaczną rozgrywać wszystkie zainteresowane Europą Środkową mocarstwa.


Reklama

Mały kraj wielkiego człowieka

Przez szesnaście lat Viktor Orbán budował swój międzynarodowy prestiż przy okazji prowadzenia kolejnych ryzykownych rozgrywek, mających umacniać pozycję Węgier w Unii Europejskiej oraz poza nią. Najważniejsze z nich zmierzały w jednym kierunku – mianowicie znalezienia sposobu na przekreślenie skutków układu z Trianon.


Reklama

Ponad sto lat temu decyzją mocarstw, które wygrały I wojnę światową, odebrano Madziarom wszelkie szanse na odgrywanie mocarstwowej roli w Europie. W dniu 4 czerwca 1920 r. w pałacu Grand Trianon w Wersalu węgierscy przedstawiciele musieli wyrazić zgodę na to, że ich kraj straci dwie trzecie terytorium. W efekcie okrojone Królestwo Węgier posiadało już nie 20 mln, a zaledwie 7,6 mln mieszkańców.

Na dokładkę straciło definitywnie dostęp do morza. Trauma z Trianon nigdy nie minęła i Węgrzy wciąż nią żyli, aż w końcu dorobili się przywódcy na miarę Królestwa Węgier z początku XX w., którego premierzy współdecydowali o polityce Austro‑Węgier i losach ówczesnej Europy.

Jeśli prześledzić działania Orbána po 2010 r., konsekwentnie starał się on wspierać te trendy, które burzą porządek panujący w Europie, ale tak zręcznie, by podkopując go, jednocześnie czerpać z niego jak największe korzyści. Budapeszt przez długie lata zręcznie pozyskiwał fundusze unijne.


Reklama

Postawił też ekonomicznie na Niemcy, dla których przemysłu Węgry stały się naturalnym zapleczem. To pozwalało Orbánowi utrzymywać znakomite relacje z kanclerz Angelą Merkel. Trzymał się więc blisko niemieckiej chadecji, a jego partia Fidesz do 2021 r. przynależała w Parlamencie Europejskim do frakcji Europejskiej Partii Ludowej (EPL).


Reklama

Jednocześnie zacieśniał współpracę z ruchami politycznymi pozycjonującymi się jako „eurosceptyczne” i narodowe. Poza Unią kwitła przyjaźń Budapesztu z putinowską Rosją i następowało otwieranie kraju na Chiny, tak aby Węgry stały się ich drzwiami do wspólnego rynku UE. Bardzo zręczna gra na „wielu fortepianach” budowała prestiż Orbána jako nadzwyczaj utalentowanego, a zarazem przebiegłego polityka. Ów prestiż wzmocniła przyjaźń z Donaldem Trumpem oraz prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem.

Acz najbardziej ambitną rozgrywkę Orbán rozpoczął 24 lutego 2022 r., gdy Rosja najechała na Ukrainę. Ówczesne działania węgierskiego premiera skłaniają do postawienia tezy, iż w tym momencie uznał, że otworzyła się niepowtarzalna szansa na przekreślenie Trianon, i spróbował z niej skorzystać. Budapeszt dbał o podtrzymywanie jak najlepszych kontaktów z Władimirem Putinem. Jednocześnie odmówiono przekazania jakiejkolwiek broni walczącym Ukraińcom.

Wojna w Zatoce położyła kres obniżkom stóp? Mamy prognozy dla rat kredytów hipotecznych


Reklama

Wprowadzono nawet zakaz jej tranzytu, uniemożliwiając innym krajom wysyłanie dostaw uzbrojenia przez węgierskie terytorium. Gdyby Kijów padł i pijana zwycięstwem rosyjska armia stanęła u wrót kompletnie rozbrojonej Unii Europejskiej, wówczas wszystko stałoby się możliwe, nawet zmiany granic wprowadzane pod dyktando Kremla, począwszy od powrotu w granice Węgier Rusi Zakarpackiej, gdzie od lat tli się ukraińsko‑węgierski konflikt o prawa żyjących tam Madziarów. To oczywiście spekulacje, bo Kijów nie padł.


Reklama

Choć przez następne lata Viktor Orbán robił, co mógł, by militarna i ekonomiczna pomoc Zachodu dla Ukrainy stawała się jak najmniejsza. Jednocześnie węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó od początku wojny co najmniej 16 razy jeździł do Moskwy, a między wizytami utrzymywał stały kontakt z Kremlem.

Wedle artykułu „Washington Post” z 22 marca 2026 r.:

Péter Szijjártó regularnie dzwonił do Rosji w przerwach między spotkaniami na forum Unii Europejskiej, aby przekazywać swojemu rosyjskiemu odpowiednikowi Siergiejowi Ławrowowi relacje na żywo z prowadzonych rozmów.


Reklama

Zestawienie tych zdarzeń zdaje się wskazywać, iż Orbán, jak na politycznego hazardzistę przystało, postawił wszystko na końcowy sukces Moskwy w toczącej się wojnie. Bez tego przekreślenie Trianon będzie niemożliwe. Kluczowym problemem premiera Węgier jest jednak to, iż prowadząc grę, musi on cały czas liczyć na innych. Jego mały kraj samodzielnie bardzo niewiele może. Jest zbyt słaby, by móc samemu grać na miarę ambicji swego przywódcy.


Reklama

Rachunek za darmowy obiad

Prowadzenie mocarstwowej polityki zagranicznej wymagało przebudowania Węgier. Zatem ich premier, korzystając z konstytucyjnej większości, jaką Fidesz zdobywał w wyborach, przebudował system polityczny, gospodarczy i medialny – wszystko tak, aby trzymać w swoim ręku najważniejsze nici władzy, pozostawiając opozycji i antyorbanowskim mediom możliwość wegetowania na marginesie życia publicznego. Byty te nabierały znaczenia raz na cztery lata, przy okazji wyborów parlamentarnych.

O krok dalej nie mógł się posunąć z bardzo prostej przyczyny: autorytarna dyktatura, zakazująca działalności opozycyjnym partiom politycznym i prześladująca niezależne media, byłaby we Wspólnocie czymś o jeden most za daleko dla większości państw Unii.

Tymczasem, chcąc zmieniać porządek w Europie, małe Węgry muszą pozostać w Unii. Ona jest ich lewarem pozwalającym być istotnym bytem dla Rosji, Chin, USA czy Turcji. Budapeszt oferuje zewnętrznym mocarstwom możliwość wpływania na wewnętrzne sprawy Wspólnoty i jej działania. Umożliwia dostęp do wewnętrznego rynku – to oferta dla Chin.


Reklama

Może kusić pomocą, jeśli zewnętrzny gracz chce inicjować w Unii pożądane przez siebie zmiany – to oferta dla konserwatywnej rewolucji MAGA. Ewentualnie pomagać przy defragmentacji UE – to oferta dla Rosji. Bez przynależności do Unii Węgry znaczą tyle, co sąsiednia Serbia, tracąc tym samym swoją atrakcyjność.


Reklama

Dla Orbána najbliższe wybory (12 kwietnia) są grą o wszystko, ponieważ musi je wygrać bez fałszerstw. Na złamanie wszystkich reguł demokracji nie może sobie pozwolić. Tymczasem sondaże faworyzują opozycyjną partię TISZA i jej lidera Pétera Magyara.

Jeśli jednak opozycja przejmie władzę, zderzy się z orbanowskim systemem. W nim ludzie premiera kontrolują wojsko, policję, tajne służby, sądy, kluczowe media oraz życie ekonomiczne kraju. W tym ostatnim przypadku Orbán zadbał, by to, co najcenniejsze w gospodarce, znalazło się w rękach powiązanych z nim oligarchów. Zwycięskiej opozycji pozostanie kontrola nad parlamentem oraz – ewentualnie – własny premier wraz z ministrami, o ile w ogóle zdoła utworzyć rząd.

Już tylko taki układ sił zwiastuje, że nadchodzących wyborów na Węgrzech może nie wygrać ani Orbán, ani Magyar: pierwszy przegra głosowanie, a drugi starcie z politycznym chaosem. Kluczową jego przyczyną byłaby bezradność nowego rządu wobec wrogiego mu aparatu państwa. Jest to jednak scenariusz nadal optymistyczny.


Reklama


Reklama

Zauważmy bowiem, iż prowadząc mocarstwową politykę, Orbán otworzył kraj na kooperowanie z wywiadem rosyjskim. Tak przynajmniej twierdzi opozycyjny dziennikarz śledczy Szabolcs Panyi. To on na początku marca 2026 r. opisywał, iż agenci rosyjskiego wywiadu wojskowego (GRU) przebywają w Budapeszcie i planują przeprowadzić sfingowany zamach na premiera Orbána, pragnąc w ten sposób przysporzyć mu popularności. Ten miałby oczywiście przeżyć, a podejrzenie padłoby na Ukraińców. Później Panyi ujawnił regularne kontakty utrzymywane między ministrem Szijjártó a Ławrowem.

W odpowiedzi szef Kancelarii Premiera Gergely Gulyás oskarżył dziennikarza o pracę dla zagranicznego wywiadu. Odtajniono też fragmenty raportów Urzędu Ochrony Konstytucji (AH), które mówią o operacjach prowadzonych na Węgrzech przez wywiad ukraiński.

Pojawił się także polski wątek. Portal pisma „Hungarian Conservative” doniósł 24 marca, iż „coraz liczniejsze sygnały sugerują, że anonimowa europejska służba wywiadowcza, która przekazała tę historię (o kontaktach Szijjártó z Ławrowem – przyp. aut.) »The Washington Post«, może pochodzić z Polski”.


Reklama

Powołując się na portal „Brussels Signal”, dodawano, iż jeśli idzie o relacje między ministrami spraw zagranicznych Węgier i Rosji, to „Tusk wciąż rozpowszechnia zarzuty, wielokrotnie publikując informacje o tej sprawie i konsekwentnie powielając narrację (węgierskiej – przyp. aut.) opozycji”.


Reklama

Abstrahując od tego, ile prawdy jest we wszystkich przytoczonych historiach, zauważmy jedno: mocarstwowa polityka Orbána sprawiła, iż tym, kto będzie rządził Węgrami, żywotnie zainteresowanych jest wiele państw. Sporządzając bardzo ogólną listę ułożoną wedle kategorii wagowej, możemy wymienić: Stany Zjednoczone, Chiny, Rosję, Niemcy, Turcję, Polskę i Ukrainę. Interesy wspomnianych krajów są często sprzeczne, a każdy z nich dysponuje mniej lub bardziej sprawnymi służbami specjalnymi oraz środkami oddziaływania.

Wojna na Bliskim Wschodzie. Prezydent USA grozi Iranowi. „Cała cywilizacja umrze dziś w nocy”

Połączmy tę oczywistość z hipotetyczną sytuacją, w której po wyborach Węgry pogrążają się w chaosie, po czym państwa zainteresowane Węgrami przenoszą na ich terytorium walkę o własne wpływy. Wówczas otrzymujemy coś na kształt butelki wypełnionej koktajlem Mołotowa.


Reklama

To jednak tylko bardzo pesymistyczna hipoteza. Zawsze istnieje szansa, że po objęciu stanowiska premiera Péter Magyar zapanuje nad administracją kraju. Wybory nadal może też wygrać Viktor Orbán i ponownie zepchnąć opozycję oraz nieprzyjazne mu media na margines.

Jednak w obu przypadkach Budapesztowi nie uda się uniknąć ekonomicznych konsekwencji uzależnienia kraju od niemieckiego przemysłu i rosyjskich surowców. Zapowiadają się one jako bardzo bolesne. Zatem tak czy inaczej chaos na Węgrzech będzie się czaił tuż za rogiem. Tak bowiem wygląda cena, jaką płaci mały, słaby kraj, gdy dorobi się zbyt ambitnego przywódcy.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Krajewski
Andrzej KrajewskiPublicysta, historyk, autor książek „Ropa. Krew cywilizacji” i „Rzeczpospolita kryzysowa”