Początek kampanii wyborczej w Krakowie przypominał trochę mundial w Katarze, gdzie ciekawsze rzeczy działy się poza boiskiem. Tym razem zamiast kłótni o premię dla piłkarzy zaczęło się od podpisów dla kandydatów na prezydenta. Liderujący w badaniu „Polityki Insight” Łukasz Gibała, choć według jego autorów ma poparcie 25 proc. – tyle samo, ile niezdecydowanych wyborców, a samych badań jest w tym sezonie jak na lekarstwo, stracił 2/3 podpisów przez techniczny błąd. Na kartach zabrakło podpisu Kraków, część ze zwolenników pomijała też lokalizację w swoich adresach.
Lider Krakowa dla Mieszkańców – z relacji jego otoczenia – przyjął tę informację wyjątkowo spokojnie, nie wyciągnął też (na ten moment) żadnych konsekwencji personalnych. Mimo to w oczy zajrzało mu słowo odmieniane przez kolejne kadencje: porażka.
Gibała – być może oszołomiony skalą utrąconych podpisów – przeszedł do działania i ogłosił mobilizację. Na ulice wydelegował kilkudziesięciu wolontariuszy, wydłużył także działanie swojego biura przy ul. Królewskiej, do którego – według doniesień – „wk…..ny lud krakowski” miał walić drzwiami i oknami.
Semantyczny spór krakowskiej elity
Ścigająca go we wspomnianym sondażu Monika Piątkowska przyjęła strategię niewychylania się, choć podczas jednego z posiedzeń Miejskiej Komisji Wyborczej miało dojść do dyskusji nad podpisami pod jej kandydaturą – tym razem technicznym błędem był brak określenia „przedterminowe” przed „wyborami prezydenta miasta Krakowa”.
Tym samym inteligencki Kraków, zamiast debaty nad długiem i korkami, postanowił pożreć się o semantykę.
Efekt okazał się żaden – przede wszystkim Gibała zaskoczył tempem i skalą zbiórki. Jak ustaliło Zero.pl, potrzebna nadwyżka została uzbierana błyskawicznie mimo to do ostatnich godzin trwała ich zbiórka.
Z kolei Piątkowska jeszcze w czasie „kłótni” dysponowała opinią o poprawności złożonych podpisów.
Krakowska kampania już na samym jej początku pokazała lekcję niedojrzałej polskiej demokracji, tym razem w wydaniu samorządowym, gdzie przepisy o zbiórce podpisów są niby szczegółowe, a jednak archaiczne, a sam proces powinien zostać ucyfrowiony.
Sensacja na finiszu. Marianna Schreiber rezygnuje z kandydowania w Krakowie
Liderująca dwójka – choć dzieli ich praktycznie wszystko – to łączy ich jedno i nie jest tym bynajmniej Kraków, a strategia. Zarówno Gibała, jak i Piątkowska przyjęli strategię wyczekiwania i nie zbytniego wychylania się.
Lider Krakowa dla Mieszkańców jest bardzo oszczędny w udzielaniu wywiadów, skupia się bardziej na terenie. Podobnie Monika Piątkowska – wybiera łagodniejsze dla siebie wydawnictwa, publikuje gospodarskie rolki w mediach społecznościowych, organizuje konferencje prasowe z liderami partii ją popierającymi.
Ostatnio Donald Tusk przed Centrum Kongresowym ICE , a także Władysław Kosiniak-Kamysz na Błoniach przekonywali, że senatorka KO (startująca jako niezależna kandydatka z partyjnym popraciem) jest jedyną kompetentną osobą w stawce, mogąca zapanować nad szalejącym długiem, wybudować metro oraz udrożnić ruch w Krakowie. Jak zamierza to zrobić w niespełna poł kadencji? Nikt nie potrafi znaleźć odpowiedzi.
W tym właśnie będzie leżał ciężar wrześniowej batalii. Klucz do serca wyborców pod Wawelem nie leży już w rozbuchanych i nierealistycznych obietnicach. Nikt już nie uwierzy, że w dwa lata uda się zrobić cokolwiek innego poza bieżącym zarządzaniem kryzysowym w mieście.
Owca wypowiada pakt antysprzętowy
Smutny polityczny realizm mainstreamowi kandydaci próbowali wyratować przedwyborczą debatą w „Super Expressie”. Przez półtorej godziny, w mocno groteskowym stylu, wystawiali sobie czerwone kartki, wymieniali się (naprawdę!) uprzejmościami, a także zmierzyli się w kuriozalnym quizie o mieście.
W końcu wiadomo, że przyszły prezydent miasta, oprócz bycia Krakusem w co najmniej czwartym pokoleniu, dyplomu UJ oraz udziału w coniedzielnej mszy na Skałce musi także znać obwód Plant czy w którym roku Kraków był Europejską Stolicą Kultury.
Jak królik z kapelusza wypowiedzi polityków prostować chciał wybrany przez redakcję fact-checker Artur Bartoszewicz, który w ubiegłym roku pragnął zostać prezydentem Polski. Był na tyle skuteczny, że przy urnach głos na niego oddało 95 tys. osób, mimo że zadeklarował zebranie 250 tys. podpisów poparcia. Ekonomiście nie przeszkodziło to jednak, aby udzielać wykładu kandydatom na prezydenta Krakowa, co mają mówić w kampanii i jak prowadzić sprawy miasta.
Stawkę podbiła jednak radna Aleksandra Owca, która w stylu kibioli Wisły Kraków wypowiedziała pakt antysprzętowy i postawiła gadżet: plastikowy stołek przed stanowiskiem Moniki Piątkowskiej, oskarżając ją o wspieranie „plagi kolesiostwa” w mieście.
Senator Koalicji Obywatelskiej zamiast wyciągnięcia oręża zdecydowała się na słowną reprymendę i w bardzo krako(w)sko-belferskim stylu zrzuciła winę na prowadzącego debatę za brak kontroli nad dyskusją. Retorycznie apelowała także do „panów z prawicy”, którzy „mają doświadczenie w biciu kobiet”.
Piątkowska zanotowała też najbardziej „kliklany” moment starcia, wystosowując apel do „panów z prawicy”, którzy „mają doświadczenie w biciu kobiet” o niestosowanie „damskiej bokserki”, bo ta kojarzy się bardzo słabo.
Był to – być może – niezbyt celny cios, ale za to niezrozumiały dla widzów debaty. Niezrozumiały był także wybór miejsca potyczki kandydatów na prezydenta Krakowa, którzy o przyszłości miasta perorowali w… WARSZAWIE!
„To się jednak już zdarzyło Deszcz nie jeden na nas spadł Nie powtórzy się, co było Inny dziś w kominach wiatr Nie przenoście nam stolicy....... Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”.


