
Czy 5 złotych dziennie opłaty turystycznej w Krakowie to „magiczna” stawka? Po co chce ograniczyć Strefę Czystego Transportu, skoro jej prywatne samochody spełniają rygorystyczne normy? Jak reaguje na hejt lokalnej młodzieżówki PSL-u wspierającej jej kampanię? I jaki ma plan na pokonanie Łukasza Gibały? Na te i inne pytania w rozmowie z Zero.pl odpowiada Monika Piątkowska, kandydatka na prezydenta Krakowa wspierana przez KO i PSL.
Piotr Białczyk, Zero.pl: 45 proc. frekwencji, drugie miejsce i sześć 6 punktów straty do lidera, Łukasza Gibały. Ciężkie wyzwanie czeka panią i pani sztab przed drugą turą wyborów prezydenckich w Krakowie?
Monika Piątkowska, kandydatka na prezydenta Krakowa popierana przez KO i PSL: Oczywiście. jednocześnie, jestem bardzo zadowolona z tego rezultatu. Serdecznie dziękuję wszystkim mieszkańcom Krakowa, którzy na mnie zagłosowali oraz osobom, które poszły do głosowania, bez względu na to, na kogo oddali głos. Jedocześnie zależy mi, żeby 11 października jak najwięcej mieszkańców naszego miasta poszło do wyborów. I oczywiście zachęcam, żeby oddali głos na mnie.
Z tym może być problem. Według wszystkich sondaży widać, Łukasz Gibała pokonuje panią w drugiej turze stosunkiem 70:30 lub 65:35. Badania wskazują także, że o nowym lokatorze krakowskiego magistratu zdecydują wyborcy konserwatywni. Jak będzie chciała ich Pani do siebie przekonać?
Prezydent Krakowa powinien być prezydentem wszystkich mieszkańców. W kontekście zarządzania miastem – szkół, chodników, dobrej komunikacji miejskiej, nowych mieszkań, miejsc pracy dla młodych czy dostarczania usług komunalnych, ciepła, wody i energii – poglądy polityczne nie mają znaczenia. Każdy mieszkaniec ma takie same potrzeby i każdy powinien być traktowany równo i z należytym szacunkiem.
Dlatego zabiegając o głosy wszystkich Krakowian, chcę rozmawiać przede wszystkim bezpośrednio z nimi. Oczywiście chcę rozmawiać także ze środowiskami opiniotwórczymi, w tym politycznymi, ale nie w kontekście „przekazywania” głosów, ponieważ...
Żaden z pani kontrkandydatów nie powiedział, że będzie przekazywał czy kupczył głosami a Aleksandra Owca wprost to postawiła: „wyborcy to nie jest stado owiec do zaganiania”.
Nie oczekiwałabym niczego innego po pani radnej Owcy. Od początku mówiłam, że nie handluję ani stołkami, ani głosami i żadnego kupczenia u mnie nie będzie.
Dlatego pytam o strategię, bo w końcu pani jedynmy bastionem są główni osoby powyżej 50. roku życia. A co z młodymi? Co im pani zaoferuje, szczególnie po ostatniej fali zwolnień? Nawet 4 tys. młodych Krakowian może wylądować na bruku i to tylko do końca roku…
Młodzi ludzie potrzebują dobrych, trwałych miejsc pracy oraz mieszkań. Oba te elementy znajdują się w moim programie. Jeśli chodzi o stabilne miejsca pracy, w tym w korporacjach – bo tam pracuje wielu młodych ludzi – mamy do czynienia z procesem, który w mojej ocenie będzie narastał: dużymi zwolnieniami w centrach usług biznesowych.
Jeden z pani kandydatów szacował w rozmowie z Zero.pl, że zwolnionych może zostać nawet do 50 tys. pracowników.
Od dawna o tym mówię - miasto się na to nie przygotowało. Zainwestowaliśmy w tworzenie nietrwałych miejsc pracy.
Korporacja potrzebuje taniego pracownika, taniej powierzchni biurowej i młodej osoby, która zna język obcy, a reszty, czyli wklepywania faktur do komputera, można ją łatwo nauczyć.
Przecież to wszystko zrobi sztuczna inteligencja.
Możliwe, a nawet jeśli robi to pracownik, to takich umiejętności można go nauczyć bardzo szybko. W związku z tym musimy tworzyć miejsca pracy w oparciu o wyższy poziom wiedzy, specjalizację oraz współpracę z korporacjami tak, by tworzyły trwałe etaty i inwestowały w naszym mieście.
Czyli ułatwienia dla zagranicznego biznesu?
Też, ale przede wszystkim wysoko wyspecjalizowane usługi, rozwój sektorów opartych na wiedzy i sztucznej inteligencji – tam, gdzie potrzebny jest nakład finansowy na przeszkolenie pracownika, pozyskiwanie ludzi z wiedzą merytoryczną oraz inwestycje w sprzęt i linie technologiczne. Mówię też o przemyśle czystym, bezpiecznym dla środowiska, bo takie miejsca pracy są nam potrzebne np. na terenach Nowej Huty. Budujmy trwałe miejsca pracy.
To znajdowało się między innymi w programie wyborczym Jana Hoffmana.
Było, nie tylko u niego, ale tak między innymi. Cieszę się, że moje postulaty pojawiają się również w programach moich dawnych kontrkandydatów.
Z kolei w pani wypowiedzi nie dopatruje się niczego nowego – przecież mamy Krakowski Park Technologiczny, mamy pod Wawelem wiele zagranicznych korporacji z sektorów IT, finansów. Zatem jak chce ich Pani zatrzymać przed ucieczką np. do Indii, gdzie pracownik jest tańszy?
Musimy lepiej wykorzystywać potencjał znakomitych uczelni wyższych w Krakowie. Korporacje powinny nawiązywać współpracę z naszymi uczelniami, aby wspólnie przygotowywać kadry do zatrudnienia w krakowskich oddziałach; pracowników, od których wymaga się specjalistycznej wiedzy. Przykładem jest rozwój sztucznej inteligencji, do której potrzeba sporo energii, wody i zaawansowanego sprzętu. W to inwestujmy!
I niskich podatków dla wielkich korporacji, bo to na pewno jeden z ich koronnych argumentów – żeby zabierać im jak najmniej z ich dochodów.
Tak, tylko teraz rozmawiamy na poziomie samorządu, ale ścisła współpraca z rządem jest niezbędna. Dlatego polityczny outsider i samotny jeździec nie naprawi dziś naszego miasta. Potrzebujemy prezydenta, który chce i potrafi współpracować z rządem, dowozić konkretne projekty, pozyskiwać dodatkowe środki i budować, a nie jedynie krytykować. Kogoś, kto z otwartą przyłbicą podejmie rozmowę ze wszystkimi, zamiast iść drogą eliminacji.
O współpracy z rządem jeszcze porozmawiamy, bo to częsty motyw pani kampanii. Natomiast zastanawiam się po co pani w niej podnosi kwestię likwidacji Strefy Czystego Transportu, skoro do połowy roku przyniosła miastu 19 mln zł zysku.
Poza tym akurat pani nie musi lobbować za tymi zmianami, skoro ma trzy samochody, a nawet najstarszy we flocie benzynowy Mini z 2009 r. jeszcze wiele lat wjedzie do centrum.
Strefa Czystego Transportu była jednym z głównych powodów, dla których mieszkańcy poszli do referendum. W mojej ocenie została zaproponowana w zbyt szerokim zakresie i utrudniła życie wielu Krakowianom. Dlatego zaproponowałam ograniczenie jej obszaru do drugiej obwodnicy, przyjęcie uchwały kierunkowej – co nie jest jeszcze ostateczną decyzją – oraz przeprowadzenie rzetelnych konsultacji społecznych.
Dlaczego?
Opinie w sprawie SCT są podzielone. Jedni popierają strefę w obecnym kształcie, inni chcą modyfikacji, a jeszcze inni całkowitej likwidacji.
Sam zakres strefy oraz chaotyczny, słabo skomunikowany sposób jej wprowadzania stanowiły dla mieszkańców duży problem. Dodatkowo dzielnice takie jak Dzielnica X Swoszowice, protestujące przeciwko przebiegowi drogi S7, same wnioskowały o objęcie ich tą strefą.
Natomiast ja nigdy nie proponowałam całkowitej likwidacji strefy. Troska o zdrowie i czyste powietrze są niezwykle ważne. Wykonaliśmy ogromną pracę, likwidując kopciuchy w Krakowie, co znacząco poprawiło jakość życia.
Tylko gminy ościenne nadal „kurzą”...
I to jest zadanie metropolitalne. To kolejny argument za tym, by miasto dysponowało narzędziami do ścisłej współpracy z gminami ościennymi. To zadanie samorządu, ale w dużej mierze także państwa.
Przede wszystkim musi pojawić się ustawa metropolitalna.
Tak, bardzo o to zabiegam i na pewno będę namawiała rząd do jej przygotowania dla naszego miasta.
Zobacz również:
A jest pani dogadana w tej sprawie z premierem, skoro jego rodzinny Gdańsk ma takie rozwiązanie?
Rozmawiam z premierem Donaldem Tuskiem przy każdej okazji przekonując go do rozwiązań korzystnych dla Krakowa. Udało mi się już przekonać szefa rządu do zmian w opłacie miejscowej w taki sposób, aby gmina Kraków mogła z niej korzystać. I to się dokonało. Przekonałam premiera, by zamiast tworzyć nowe narzędzie, zmodyfikować dotychczasowe przepisy tak, by od razu zaczęły działać na naszą korzyść.
Chodzi pani o magiczne 5 złotych dziennie za noc w Krakowie?
Nie wiem czy magiczne, ale dokładnie o 5 złotych.
I pani naprawdę uważa, że to jest odpowiednia stawka? Przecież to jest niewiele ponad 1 euro, poziom niezwykle żenujący, jak popatrzy się na taką Grecję, gdzie dziennie płaci się średnio 10 euro. Gdzieś tu władzom centralnym jedno zero się zgubiło…
Nic nie uciekło. Sama proponowałam 10 złotych dziennie.
Nadal mało.
To prawda, ale przekonałam premiera i ministra finansów do konstrukcji opłaty miejscowej, uszczelnienia systemu i objęcia nią wszystkich przyjeżdżających, niezależnie od celu wizyty – służbowego, zdrowotnego czy turystycznego. Argument ministra finansów, aby pozostać przy 5 złotych dziennie był jednak konkretny.
Andrzeja Domańskiego, który sam pochodzi z Krakowa.
Dokładnie tak, dlatego użył krakowskiego argumentu. Zwrócił uwagę, że 80 proc. turystów odwiedzających Kraków to Polacy – często całe rodziny. Jeśli spojrzymy na rodzinę z trójką dzieci i obciążymy ją kwotą taką jak w Grecji – 10 euro, czyli ok. 40 zł od osoby dziennie – to dla pięciu osób wychodzi 200 zł dziennie, a za tydzień ponad 1400 zł samej opłaty.
Myśli pani, że pięcioosobowa rodzina przyjedzie na tydzień do Krakowa, a nie na weekend? Raczej w tym czasie pojedzie do Zakopanego czy Wieliczki lub Energylandii.
A ja chciałabym, aby rodziny z dziećmi przyjeżdżały do Krakowa na cały tydzień. Chcę, aby miasto zaoferowało im bogatą ofertę kulturalną, wystawy i spektakle. Żeby polska rodzina mogła spędzić u nas wartościowy czas, a dzieci mogły poznać naszą historię i tradycję.
Którą i tak znają przecież z wycieczek szkolnych.
Pięciogodzinna wycieczka szkolna to nie to samo co kilkudniowy pobyt z rodzicami, podczas którego wzmacniamy podstawową komórkę społeczną, jaką jest rodzina. Odrywamy dzieci od smartfonów i Netflixa, pokazując polskość w pigułce w naszym pięknym mieście. Startuję na prezydentkę Krakowa i zależy mi na tym, by jak najwięcej polskich rodzin czerpało z krakowskiej historii, kultury i tradycji. Tego nie da się zrobić w jeden dzień.
Próbowała jednak pani wywalczyć stawkę 10 zł opłaty i się nie udało.
Oczywiście, ale przede wszystkim zależy mi na przyciąganiu turystów rodzinnych, a nie – z całym szacunkiem – grup przyjeżdżających z Wielkiej Brytanii wyłącznie na imprezy i wieczory kawalerskie.
To jednak efekt polityki miejskiej prowadzonej przez ostatnie ćwierćwiecze.
I ten kierunek bardzo mi się nie podoba. Ofertę turystyczną należy profilować na polskie rodziny, a nie na masowy ruch imprezowy. Dla turysty z Wielkiej Brytanii dodatkowe 40 zł za nocleg nie stanowi bariery, ale dla polskiej rodziny z dziećmi taka kwota pomnożona przez tydzień pobytu staje się barierą nie do przejścia.
Chce mnie Pani przekonać, że rodzina pobierająca świadczenie 800+ na każde dziecko nie będzie w stanie wysupłać środków na opłatę miejscową w Krakowie?
Dla polskich rodzin dodatkowe kilkaset złotych to są duże pieniądze. Chciałabym, aby Kraków, mający w herbie otwartą bramę, był gościnny dla wszystkich, ale szczególnie promował turystykę wartościową. Turysta imprezowy korzysta z bardzo ograniczonego zasobu usług.
Ja chcę, żeby tętniły życiem teatry i muzea, a infrastruktura miejska służyła zarówno gościom rodzinnym, jak i samym krakowianom. Stare Miasto i Kazimierz są dziś wyczerpane i wyludnione.
Gentryfikacja postępuje od kilkunastu lat, więc jak zamierza pani ukrócić samowolę w najmie krótkoterminowym?
Trzeba go ucywilizować i nim sprawnie zarządzać. Gminy muszą otrzymać uprawnienia do ograniczania lub wręcz całkowitego wyłączania wybranych stref z najmu krótkoterminowego oraz do prowadzenia precyzyjnego rejestru takich lokali. Jeśli w ciągu roku wpłyną np. trzy zgłoszenia dotyczące zakłócania spokoju, lokal powinien wypadać z rejestru na określony czas.
Właściciel nieruchomości musi odpowiadać za to, jak zachowują się jego najemcy. Mieszkańcy płacący podatki i żyjący tu na co dzień mają prawo do ciszy nocnej i normalnego funkcjonowania.
Żebym dobrze zrozumiał: uważa pani, że dotychczasowa polityka Krakowa prowadzona od wejścia Polski do Unii Europejskiej w 2004 r. była błędna, bo dopuściliśmy do masowej turystyki imprezowej?
Sprecyzujmy: nie zgadzam się z rozciąganiem tego na całe 20 lat. Uważam, że należy wyciągnąć z ostatnich dwóch dekad konkretne wnioski i programować politykę miasta w tym zakresie, tak by jak najlepiej służyła jego mieszkańcom. I dlatego powinni stawiać na wycieczki rodzinne oraz inwestycje. Pamiętam lata 2003–2004, gdy pojawiały się pierwsze negatywne sygnały – wtedy miasto starało się z tą formą turystyki walczyć i stawiać na wycieczki rodzinne oraz inwestycje.
Sam pamiętam z dzieciństwa pijanego Anglika obnażającego się przy rzeźbie Mitoraja na płycie Rynku.
Gdy pracowałam w krakowskim magistracie, podejmowaliśmy starania by promować miasto jako przyjazne dla sportu, rodzin i nowoczesnego biznesu. Problemy wyrosły z braku właściwego zarządzania dynamicznym wzrostem turystyki w ostatniej dekadzie.
Spójrzmy na krakowskie lotnisko, w którego radzie nadzorczej zasiadałam przez kilkanaście lat: w 2003 roku obsługiwało 600 tysięcy pasażerów rocznie, w 2005 roku celebrowaliśmy milionowego pasażera, a dziś dochodzimy do 16 milionów. Niewłaściwe zarządzanie tym gwałtownym skokiem w ostatnich latach doprowadziło do obecnego stanu.
Wróćmy jednak do współczesności. Czy kobieta w polskiej polityce jest skazana na samotność?
Dobre pytanie, ale uważam, że zupełnie nie. Na pewno jest trudniej i trzeba pracować ciężej, ale nigdy nie patrzyłam na to przez pryzmat narzekania.
Trudno jednak toczyć równolegle dwie batalie. Wybory w Krakowie traktowane są jak starcie zastępcze z rządem Donalda Tuska, a z drugiej strony jest pani reprezentantką KO, z której wywodzi się odwołany Aleksander Miszalski. Mało komfortowa ta sytuacja?
Na pewno, batalia jest trudna, ale stanowczo sprzeciwiam się obarczaniu mnie nie moimi winami. W Polsce nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Nie ponoszę odpowiedzialności za nietrafione decyzje poprzedników i nie zamierzam się do nich odnosić. To zamknięty rozdział.
Co do kobiet w polityce: mamy w Polsce wiele kobiet sprawujących urzędy prezydenckie, więc jak widać – można. Rozmawiając z mieszkańcami, nie dostrzegam uprzedzeń. Jeśli konkurenci próbują grać moją płcią, wystawiają świadectwo sobie, a nie krakowianom, którzy są ludźmi otwartymi i świadomymi.
Wcześniej stawiano mi zresztą dwa sprzeczne zarzuty: z jednej strony – że jestem „krakowskim betonem”, bo pracowałam w magistracie; z drugiej – że nic nie wiem o mieście, bo urodziłam się w Zakopanem. To argumenty z tej samej półki.
Czyli wracamy do leitmotivu kampanii, czyli hejtu. Mówiła pani o tym zjawisku podczas wieczoru wyborczego w Kanale Zero. Zastanawiam się zatem jak pani skomentuje grafikę młodzieżówki PSL (pokazuję kandydatce na prezydenta hejterski kolaż wykonany przez Forum Młodych Ludowców). Podoba się Pani?
Na pewno nie jest to poziom poważnej debaty.

Hejterska grafika Forum Młodych Ludowców prezentująca sondaż przed 1. turą wyborów prezydenckich. (fot. FML/X)
Rozmawiała pani z młodzieżówką PSL na ten temat? Grafiki zniknęły z sieci.
Nie, nie rozmawiałam, ale cieszę się, że zniknęły. Zobaczyłam je jak pan redaktor po raz pierwszy mi je pokazał teraz. Zawsze apeluję głośno do wszystkich: szanujmy się nawzajem.
Czyli publikacja nie była konsultowana z pani sztabem?
Oczywiście, że nie; odradzałabym takie działania.
Jednocześnie proszę zwrócić uwagę na drugą stronę: w sieci funkcjonują dziesiątki sponsorowanych profili uderzających we mnie, prezentujących wulgarny hejt i paszkwile. Podczas kampanii referendalnej dochodziło do skandalicznych ataków na radnych miejskich. Powinniśmy jednoznacznie potępiać wszelkie niegodne zachowania.
Jak zamierza pani przekonać do głosowania krakowian, skoro politycy Koalicji Obywatelskiej przed majowym referendum zniechęcali do udziału w nim? Dodatkowo wspiera panią Krystyna Zachwatowicz-Wajda, która wprost apelowała o zbojkotowanie tamtego głosowania?
Na moich profilach nie znajdzie pan ani jednego wpisu zniechęcającego do udziału w referendum. Sama nie wzięłam w nim udziału, uznając, że prezydent Aleksander Miszalski umawiał się z mieszkańcami na pełną kadencję i powinien zrealizować powierzone mu zadania, a następnie zostać rozliczony przy urnach.
Konstrukcja prawna sprawia ponadto, że brak udziału w referendum bywa najskuteczniejszą formą opowiedzenia się przeciw odwołaniu. Nie prowadziłam jednak kampanii zniechęcającej. Uważam, że świadomi wyborcy sami podejmują decyzje.
Co do Krystyny Zachwatowicz to wraz ze swoi mężem, wpisała się na zawsze w historię Krakowa. Muzeum Manggha, „Wesele” czy nawet „Człowiek z Marmuru”; nie bez powodu jest honorową obywatelką Miasta Krakowa.
Jej poparcie znaczy dla mnie bardzo wiele i za to z tego miejsca dziękuję. Zrobię wszystko by nie zawieść tego zaufania.

