Tim Kennedy to weteran sił specjalnych USA, tzw. Zielonych Beretów. Uczestniczył w wojnach w Afganistanie i w Iraku oraz innych misjach. To także zawodnik MMA, który bił się w najważniejszej federacji mieszanych sztuk walki, czyli UFC. Jest popularnym podcasterem i celebrytą. Bohaterem ze skazą, ponieważ amerykańskie branżowe media nagłośniły aferę z Kennedym, jakoby przypisał on sobie wojskowe zasługi, których nie miał (tzw. stolen valor). Popadł w niełaskę i odnalazł się jako najemnik walczący na wschodzie Konga.
Jak to się stało, że biznesmen medialny, weteran i zawodnik MMA wylądował w kongijskiej dżungli jako najemnik? Donald Trump, prezydent USA, twierdzi, że zakończył na świecie osiem wojen. Jedną z nich jest starcie pomiędzy rebeliantami M23 z plemienia Tutsi a rządem Demokratycznej Republiki Konga. Teatrem działań zbrojnych dla zwaśnionych stron jest pogranicze kongijsko-rwandyjskie, gdzie występują strategiczne surowce. W DRK są nie tylko kopalnie cyny i złota, ale także złoża kobaltu, koltanu i litu, surowców i minerałów niezbędnych dla współczesnej elektroniki.
Gdy nie wiadomo, o co chodzi
Niedziwne, że ofensywa rozpoczęta przez M23 w dniu 23 stycznia 2025 r. zaalarmowała Waszyngton. M23 na koniec stycznia 2025 r. opanowali nadgraniczne miasto Goma. Ponieważ rebelianci wywodzą się z plemienia Tutsi, które obecnie rządzi Rwandą, to Kinszasa obciążyła Kigali (stolicę Rwandy) odpowiedzialnością za rozpoczęcie nowej wojny.
Ofensywa M23 była dobrze zorganizowana, a jej dowództwo zadeklarowało nawet, że uderzy na Kinszasę.
Czytaj także: Koniec „dronozy” i niezniszczalne czołgi? Lepsza ochrona nie przekreśla dronów
To utwierdziło media, że jest to operacja zbyt poważna, by nie brała w niej udziału Rwanda. Gdy analizuje się wojny pomiędzy DRK a Rwandą, to słabszą stroną wydaje się ten mniejszy i znany z rzezi etnicznej z lat 90. kraj. Z jednej strony granicy mamy zasobny w surowce kraj wielkości połowy Europy, z populacją ponad 100 mln (DRK), z drugiej strony granicy 14-milionowa Rwanda, którą wciąż wszyscy oceniają przez pryzmat wojny i ludobójstwa w latach 1990-1994 jako słaby, podzielony kraj, co jest błędną oceną.
Żelazną ręką Rwandą rządzi Paul Kagame z plemienia Tutsi, a państwo to postawiło na dobrze zorganizowaną armię. Rwanda ma nieliczne w porównaniu do DRK Siły Zbrojne, ale liczące 30 tys. żołnierzy wojsko przez lata wysyłało do państw z dobrze rozwiniętymi armiami swoich wysłanników, a na misjach ONZ terminowało 6 tys. rwandyjskich żołnierzy.
Uzbrojenie i wyposażenie żołnierzy z Rwandy to miks europejskich rozwiązań (polskich karabinków MSBS Grot, tureckich pojazdów Otokar Cobra II i dronów Bayraktar TB2, a wsparcia udzielają im francuskie śmigłowce Eurocopter AS350 Écureuil i Aérospatiale Gazelle). Choć niezbyt liczna, to jak na warunki afrykańskie armia rwandyjska jest dobrze zorganizowana.
Demokratyczna Republika Konga to formalnie militarny kolos. Siły Zbrojne tego kraju (FARDC) liczą ok. 120 tys. żołnierzy, niektóre estymacje sięgają prawie 200 tys. DRK zamieszkuje ponad 200 grup etnicznych, co przekłada się na mozaikę narodowościową w samej armii, a zatem na różne morale i poziom organizacji.
Większość to ludy Bantu (Kongo, Mongo i Luba), ale już konflikt etniczny na wschodzie kraju dotyczy np. plemion Hutu i Tutsi. Kinszasę od wschodu kraju dzieli prawie 2 tys. km, a do tego dochodzi gęsta dżungla, a wiadomo jak prowadzi się wojnę w warunkach wielkich, tropikalnych lasów. Kontrola rządu DRK nad wschodem kraju jest zatem słaba.
Wojna w granicach DRK jest toczona na trzech płaszczyznach: etnicznej, surowcowej oraz politycznej. Do wspomnianych przeze mnie zagadnień należy dodać słabą legitymację władzy prezydenta Félixa Tshisekediego, który dzierży pełną kontrowersji władzę od 2019 r. Konflikt etniczny i surowcowy o charakterze regionalnym nabrał charakteru politycznego, gdy do rebelientów z M23 przyłączył się były prezydent DRK – Joseph Kabila. Obecnie buduje on własną formację rebeliantów.
W międzyczasie Donald Trump spotkał się z Paulem Kagame i Félixem Tshisekedim, Kigali i Kinszasa zawarły pokój, a następnie waszyngtońskie porozumienie o pokoju i dobrobycie podpisano pod patronatem samego Trumpa.
I jak w tym powiedzeniu, „cały na biało” do gry wkroczył Eric Prince. Twórca najemnej firmy militarnej Blackwater, który od upadku swojej najemnej kompanii próbuje wrócić do prywatnej obsługi interesów Białego Domu.
Erik Prince, czyli „książę najemników”
Przypomnijmy, że Blackwater była prywatną firmą wojskową (PMC) realizującą rządowe i prywatne kontrakty w Iraku i w Afganistanie. Od 2007 r., gdy doszło do masakry irackich cywilów na Skwerze Nisoura w Bagdadzie, opinia o Blackwater na tyle się popsuła, że Eric Prince stał się niewygodny dla Waszyngtonu. Nastąpił regres kontraktów, a zmiana finalnej nazwy firmy na Academi i rebranding nie wiele pomogły.
Erik Prince próbuje wrócić w podobnie wielkim stylu, jak w czasach wojny z terrorem, a miał dojścia do Białego Domu poprzez swoją siostrę, Elisabeth Dee Prince vel Betsy DeVos, filantropkę z Partii Republikańskiej i sekretarz edukacji w pierwszym gabinecie Donalda Trumpa. Prince to weteran Navy SEALs, który zorganizował jedną z najprężniej działających prywatnych armii na świecie. Jak jest obecnie?
Donald Trump zaniepokojony wpływami Chińskiej Republiki Ludowej w sektorze kopalnianym w Afryce zaangażował się w wojnę na kongijsku-rwandyjskim pograniczu. W artykule na łamach „New York Times’a” pt. „Wewnątrz najemnego dealu Erika Prince’a w Kongo” czytamy, że Kongijczycy nazywają swój układ z USA mianem „pokoju za minerały”. Wysłanie amerykańskich żołnierzy do kongijskiej dżungli byłoby ze wszech miar kontrowersyjne dla amerykańskiej opinii publicznej, więc Kinszasa zawarła kontrakt z Erikiem Prince’em. Ten przy pomocy setki ludzi ma zabezpieczyć sektor wydobywczy na wschodzie kraju dla kongijskiego rządu. „New York Times” twierdzi, że Prince wspiera FARDC ludźmi i dronami.
Pieniądze lubią ciszę, ale w tym wypadku obecność Erica Prince’a w kongijskiej dżungli została ujawniona dzięki zasadzce, w którą wpadli jego ludzie. Na wschodzie DRK zabito i raniono co najmniej 20 osób. M.in. zginął nowozelandzki weteran, a influencer Tim Kennedy oraz drugi najemnik zostali ranni. Kennedy otrzymał prawdopodobnie trzy postrzały w nogi. W zasadzce zginęło także siedmiu Kongijczyków. Agencja Reutera twierdzi, że wpadli w zasadzkę, ponieważ rebelianci M23 śledzili ich drona.


