Reklama
Reklama
Reklama

Zoo Łączna pod lupą. Zarzuty o znęcanie się i kontrowersje wokół transportów

ZOO Łączna pod lupą. Zarzuty o znęcanie się i kontrowersje wokół transportów
ZOO Łączna pod lupą. Zarzuty o znęcanie się i kontrowersje wokół transportów (fot. Kanał Zero)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Pięć osób usłyszało zarzuty znęcania się nad zwierzętami w ZOO Łączna, a prokuratura wystąpiła o areszt dla dyrektora ogrodu. W tym samym czasie trwa wywożenie zwierząt, a mieszkańcy protestują i starli się z policją. Sprawa rodzi pytania o dowody, podstawy prawne interwencji i bezpieczeństwo transportów.

  • Prokuratura zarzuca podejrzanym zaniedbania dotyczące co najmniej 561 zwierząt. Żadna z pięciu osób nie przyznała się do winy.
  • Zwierzęta, w tym gatunki egzotyczne, przewożono do innych ośrodków, również w Holandii. Wątpliwości budzą m.in. przygotowanie transportów i sposób podejmowania decyzji.
  • Wątpliwości dotyczą także pochodzenia zdjęć przedstawianych jako dowody, a protesty przeciwko wywożeniu zwierząt doprowadziły do starć z policją.

Prokuratura stawia właścicielom zarzuty, do których ci się nie przyznają. Aktywiści twierdzą, że na polecenie śledczych ratowali zwierzęta, a protestujący mieszkańcy grzmią, że prywatne zoo zostało rozkradzione. W tle pojawiają się zdjęcia zaniedbanych zwierząt oraz znalezione kości na terenie Zoo.

Dziennikarz Kanału Zero Konrad Krasuski w materiale opublikowanym na YouTube dokładnie przyjrzał się całej sprawie, porozmawiał m.in. z opiekunami zoo, pracownikiem Inspekcji Weterynaryjnej oraz członkami fundacji pro zwierzęcych. 

Sprawa trwa od miesięcy

Problemy ogrodu nie zaczęły się w październiku. Już 18 maja policja prowadziła tam czynności, zabezpieczono dokumentację, a część zwierząt pozostawiono pod dozorem właściciela. Równolegle Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska prowadzi postępowanie w sprawie cofnięcia zezwolenia na prowadzenie zoo. Jak podkreśla GDOŚ, jest to odrębna procedura administracyjna.

14 października prokuratura poinformowała o zarzutach wobec pięciu osób. Według śledczych sprawa dotyczy co najmniej 561 zwierząt, którym miano nie zapewniać odpowiedniego żywienia, opieki weterynaryjnej i warunków bytowych. 

Reklama
Reklama

Czytaj także: Kulisy akcji w Zoo Łączna. Chaos, zarzuty i tajemnicze rozmowy. „Prokuratura dała spis”

Żadna z podejrzanych osób nie przyznała się do zarzucanych czynów. Cztery osoby opuściły prokuraturę, zastosowano wobec nich wolnościowe środki zapobiegawcze. W przypadku dyrektora zoo, Marcina N., prokuratura złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie. O winie podejrzanych może rozstrzygnąć dopiero sąd.

Dokąd trafiają zwierzęta?

Wątpliwości wzbudziły opublikowane w internecie rozmowy, które mają wskazywać, że jeszcze przed rozpoczęciem akcji ustalano potencjalnych odbiorców zwierząt. Rozmówca z nagrania twierdził, że fundacje uzgadniały, kto przejmie poszczególne osobniki. Sugerował również, że planowano zatrzymanie właściciela, aby akcja mogła odbyć się bez jego obecności. 

– Posiadamy screeny, gdzie fundacja, która dzisiaj zabezpiecza nasze zwierzęta, tak naprawdę nam je kradnie. Wymienia się nimi, jak na jakimiś bazarku – mówi w naszym materiale na You Tube opiekunka zwierząt w zoo, pani Beata.

Właściciele zoo twierdzą, że nie otrzymywali również wystarczających informacji o miejscach, do których miały trafić zwierzęta i warunkach ich transportu.

Czyta także: ZOO w Łącznej. Ratowanie zwierząt czy wielka improwizacja? Coraz więcej pytań o akcję służb

Reklama
Reklama

– Gdy chcieliśmy wczoraj zobaczyć transport z Holandii, który przyjechał po nasze zwierzęta, poprosiłam o otworzenie paki. W odpowiedzi usłyszałam, że nie mogą jej otworzyć, bo mają to odgórnie zabronione – dodaje.

Według przedstawiciela prokuratury polskie ośrodki nie mogły przyjąć części najbardziej egzotycznych zwierząt, dlatego zdecydowano o przewiezieniu ich do Holandii.

Anonimowy rozmówca z inspekcji weterynaryjnej w materiale Kanału Zero zwracał uwagę, że przewóz dzikich i egzotycznych zwierząt może być źródłem silnego stresu. W sieci pojawiły się niepotwierdzone doniesienia o tym, że w czasie transportu zmarł kangur. 

Zdjęcia i kości jako materiał dowodowy

Podczas konferencji prokuratura pokazała fotografie mające dokumentować nieprawidłowości. Rzecznik przyznał, że ich pochodzenie nie zostało jednoznacznie potwierdzone. Nie potrafił wskazać, kto dokładnie je wykonał ani czy na pewno przedstawiają teren Zoo Łączna. Zapowiedziano ich weryfikację w toku postępowania.

–Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to jest stąd, ponieważ nie znam tych pomieszczeń – mówi opiekunka zwierząt w zoo.

– To jest wielbłąd, który był leczony i diagnozowany, przyjechał do nas w stanie ciężkim i próbowaliśmy go uratować – dodaje.

Anonimowy rozmówca związany z inspekcją weterynaryjną oceniał, że na części zdjęć nie widać jednoznacznych dowodów znęcania się nad zwierzętami. Nie oznacza to, że śledczy nie dysponują innymi materiałami, takimi jak dokumentacja medyczna, zeznania czy opinie biegłych. Znaczenie mają data wykonania fotografii, miejsce oraz kontekst przedstawionej sytuacji.

Reklama
Reklama

Podczas oględzin znaleziono również zakopane kości, w tym kości zwierząt kopytnych. Przyczyny ich śmierci nie zostały dotąd wyjaśnione. Samo znalezisko nie dowodzi, że zwierzęta padły wskutek zaniedbań — kości mogły być również pozostałością pokarmu drapieżników. Okoliczności wymagają ustalenia.

Karmienie i warunki opieki

Prokuratura informowała o braku odpowiedniego zapasu karmy i opóźnieniach w karmieniu zwierząt podczas akcji. Przedstawiciel służb tłumaczył, że pożywienie dostarczone przez nieznanego mężczyznę wymagało sprawdzenia, dlatego skontaktowano się z fundacją, która zakupiła karmę.

– Myślę, że niektóre ze zwierząt na długo przed tym wszystkim nie jadły, patrząc na to, jak się zachowywały  w momencie, kiedy my im to jedzenie podawaliśmy – komentowała Jolanta Frąckowiak, asesor Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu

– Zarzuca się nam, że nie dbamy o te zwierzęta w trakcie trwania czynności , będą one badane przez biegłych pod kątem niedożywienia – dodaje. 

Protesty i starcia z policją

W nocy z 14 na 15 października pod zoo pozostawali mieszkańcy i osoby wspierające właścicieli. Próbowali blokować wyjazd transportów. Jedna z uczestniczek protestu twierdziła, że widziała potrącenie kobiety przez policję oraz mężczyznę leżącego na ziemi przez około 40 minut.

Reklama
Reklama

– Byłam świadkiem, jak policja potrącił kobietę i staranowali pana, który leżał na ziemi 40 minut – komentuje jedna z mieszkanek. 

Czytaj także: „Facetowi właśnie ukradziono... ZOO”. Stanowski o interwencji policji w Łącznej

Protestujący podnosili obawy o los zwierząt, brak informacji o ich miejscach pobytu i warunkach opieki. Prokuratura zapewniała natomiast, że nie podjęto decyzji o likwidacji zoo ani odebraniu wszystkich zwierząt. Według rzecznika zwierzęta przekazywano innym podmiotom na przechowanie, a do czasu ewentualnego orzeczenia przepadku pozostawały własnością ogrodu.

– Te zwierzęta w trakcie transportu mogą zacząć umierać i wtedy przyklei się właścicielowi zoo łatkę, że to przez niego – mówi jedna z protestujących.

Trzy kwestie do wyjaśnienia

W sprawie Zoo Łączna trzeba rozdzielić trzy zagadnienia: czy w ogrodzie dochodziło do nieprawidłowości, czy właściciele znęcali się nad zwierzętami oraz czy ich odebranie i transport przeprowadzono zgodnie z prawem i z uwzględnieniem dobrostanu każdego osobnika.

Poważne zarzuty prokuratury wymagają rzetelnego zbadania. Jednocześnie działania służb, zwłaszcza tak daleko ingerujące w sytuację ludzi i zwierząt, powinny być przejrzyste, dobrze udokumentowane i oparte na konkretnych przesłankach.

Reklama
Reklama

Jeśli celem interwencji jest ochrona zwierząt, trzeba wyjaśnić, dlaczego zdecydowano się na ich relokację, kto odpowiadał za transport i czy nowe miejsca rzeczywiście zapewniają lepsze warunki. Dopiero ustalenie tych faktów pozwoli ocenić zarówno zarzuty wobec właścicieli, jak i sposób przeprowadzenia całej operacji.

Reklama
Reklama