Reklama
Reklama
Reklama

Kulisy akcji w Zoo Łączna. Chaos, zarzuty i tajemnicze rozmowy. „Prokuratura dała spis”

TYLKO NA
Wojna o Zoo Łączna
(fot. PAP)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Prokuratura stawia właścicielom zarzuty, do których ci się nie przyznają. Aktywiści twierdzą, że na polecenie śledczych ratowali zwierzęta, a protestujący mieszkańcy grzmią, że prywatne zoo zostało rozkradzione. – To jest totalna bzdura, że organizacje się skrzyknęły i sobie zwierzątka wybierały – słyszymy od prezesa jednej z fundacji.

  • Wojna o zoo w Łącznej trwa. Gdy we wtorek przed ogrodem pojawiły się służby i aktywiści, zapanował chaos. Doszło do przepychanek z policją, protestujący mieszkańcy blokowali samochody, skandując, że cała akcja to „kradzież zwierząt”.
  • Działania te były efektem zawiadomienia dwóch organizacji, które trafiło do prokuratury kilka miesięcy wcześniej. Śledczy po raz pierwszy kontrolowali zoo w maju, wtedy decyzja o odbiorze zwierząt nie zapadła. Cały czas toczyło się jednak postępowanie. 
  • Wtorkowa akcja wzbudziła szereg wątpliwości. Pojawiły się pytania o podstawy prawne działań, pod adresem aktywistów padły oskarżenia, że już wcześniej podzielili między sobą zwierzęta. Takim doniesieniom stanowczo zaprzecza Sara Balcerowicz, prawniczka zaangażowana w akcję. 
  • Część zwierząt trafiła już do Holandii, zarzuty usłyszały cztery osoby, w tym dyrektor zoo Marcin N., a czynności nadal trwają.

Sprawa zoo w Łącznej nie jest nowa, swój początek miała kilka miesięcy temu. Policjanci i prokuratorzy po raz pierwszy weszli na teren ogrodu w maju 2026 r. Prowadzone wówczas czynności miały związek z zawiadomieniem organizacji prozwierzęcych (DIOZ i TOZ oddział w Krynicy-Zdroju), które twierdziły, że w placówce dochodzi do nieprawidłowości. Śledczy sprawdzali wtedy warunki, w jakich przebywają zwierzęta, zabezpieczyli dokumentację medyczną oraz hodowlaną, a w czynnościach uczestniczył biegły z zakresu zoologii. Po interwencji dyrektor zoo Marcin N. opublikował oświadczenie, w którym zapewniał, że współpracuje ze służbami, a jego ogród zoologiczny działa legalnie od 2012 r. 

Mariusz Pindera, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Świdnicy, twierdził wówczas, że oględziny „wykazały nieprawidłowości”, ale zwierząt nie przeniesiono, bo nie było zagrożone ich życie i zdrowie. Po oględzinach biegły miał do sierpnia sporządzić opinię, właściciel złożył zażalenie na przeprowadzone czynności, a następnie na długie tygodnie zapadła cisza. Aż do 13 października, gdy na teren zoo wkroczyli aktywiści, którzy w asyście policji zaczęli wywozić zwierzęta. 

W przeddzień akcji dyrektor zoo wydał emocjonalny komunikat. Uprzedzał, że rano rozpocznie się „zorganizowana akcja odebrania zwierząt”, która dla właścicieli ogrodu jest „niezrozumiała”. „Mówimy o zwierzętach, które wymagają codziennej opieki, specjalistycznej wiedzy i odpowiednich warunków. Ewentualne ich przenoszenie to nie tylko kwestia transportu, to również ogromna odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo, zdrowie i dobrostan” – podkreślał. Marcin N. zaznaczał przy tym, że jego ogród podlegał kontrolom Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oraz Powiatowego Lekarza Weterynarii, jest obiektem zatwierdzonym przez GDOŚ.

Reklama
Reklama

– Prosimy o uwagę, transparentność i dobro zwierząt. Nie pozwólmy, by głos w tej sprawie należał tylko do jednej strony – apelował. 

Zarzuty i „brak podstaw”

Przed ogrodem pojawili się nie tylko policjanci i aktywiści, ale też protestujący mieszkańcy. We wtorkowej akcji jedną z głównych ról odegrała fundacja Mondo Cane, której prezeską jest Katarzyna Śliwa-Łobacz. Na dostępnych w sieci nagraniach widać, że część zwierząt trafiała do zwykłych dostawczych samochodów, a w załadunku osobiście uczestniczyła Śliwa-Łobacz. Wszystko odbywało się w asyście policjantów. 

Obecny na miejscu wojewódzki inspektor weterynaryjny Grzegorz Wall tłumaczył dziennikarzom, że jego zadaniem jest „przygotowanie do wysyłki zwierząt za granicę”, konkretnie do Holandii. Informował, że będzie kontrolował środki transportu oraz stan zdrowia zwierząt przed załadunkiem, a następnie wystawi świadectwo zdrowia w systemie TRACES. To informatyczny system kontroli i powiadamiania o przemieszczeniach zwierząt przez terytorium państw Unii Europejskiej. Na drugi dzień prokuratura potwierdziła, że do Holandii przekazano 21 zwierząt, w tym tygrysa bengalskiego, kangury i tukany. Jak tłumaczyli śledczy, w Polsce żaden ogród zoologiczny nie potwierdził gotowości na przyjęcie tych gatunków. 

Reklama
Reklama

Zanim jednak zwierzęta wywieziono, policja zatrzymała cztery osoby, w tym dyrektora zoo. Funkcjonariusze przeszukiwali dom właścicieli zoo, dokonywali oględzin ogrodu, zabezpieczyli dokumentację. Jak twierdził Łukasz Opaliński, pełnomocnik właścicieli, nikt jednak nie został poinformowany o prawnych podstawach czynności i szczegółach działań. Oficjalnie decyzja o przetransportowaniu części zwierząt do innych placówek zapadła po południu, po konsultacjach z lekarzami weterynarii obecnymi na miejscu. Prokurator Pindera tłumaczył, że to właśnie weterynarze mają decydujący głos w tej kwestii. 

Czytaj też: ZOO w Łącznej. Ratowanie zwierząt czy wielka improwizacja?

Wątpliwości było jednak dużo więcej. Pojawiły się pytania o rolę aktywistów, ich przygotowanie do przewozu i opieki nad danymi gatunkami. O to, dlaczego najpierw zatrzymano właścicieli, a dopiero później weryfikowano stan zdrowia zwierząt i decydowano o ich odebraniu. Wątpliwości wzbudził także fakt, że choć prokuratura twierdzi, że zoo cały czas jest właścicielem zwierząt, to trafiły one za granicę. I to szybciej, niż właściciele usłyszeli zarzuty. 

– Wygląda na to, że wylali dziecko z kąpielą. Ewakuacja nie wyglądała tak, jak powinna, ale trzeba też wierzyć w nasze służby. Gdyby nie było podstaw do tej interwencji, to pewnie ona by nie nastąpiła. Wygląda to niepokojąco z każdej strony – mówi jeden z mieszkańców gminy. – Znam właściciela zoo, na pewno bardzo kochał swoje zwierzęta, robił wszystko, żeby miały one jak najlepiej, było to też bardzo istotne dla lokalnej społeczności miejsce. Zwierzęta kopytne mają tam duże wybiegi, ale klatka tygrysa była mała. Wierzę, że prokuratura nie zajmowałaby się tą sprawą, gdyby nie miała ku temu podstaw – stwierdza. 

Reklama
Reklama

Chaos przed zoo 

Przed ogrodem zapanował chaos. Protestujący blokowali samochody, które miały wyjeżdżać z terenu zoo. Alarmowali, że zwierzęta są przewożone nieprzystosowanymi do tego pojazdami. Skandowali, że cała akcja to „kradzież zwierząt”, doszło do szarpaniny z policją. Mieszkańcy opublikowali również petycję w obronie zoo. Czytamy w niej, że akcja służb i aktywistów odbyła się „bez wcześniejszego ostrzeżenia”, właściciele zostali „pozbawieni możliwości obrony”, a nagłe wywożenie zwierząt naraziło je na stres i cierpienie. 

Mimo to część zwierząt wywieziono jeszcze tego samego dnia. Na miejscu były już dostawcze samochody nie tylko na polskich, ale także na holenderskich rejestracjach. Na zdjęciach widać, że jeden z pojazdów oklejony był logiem holenderskiej fundacji Stichting Leeuw, która – jak czytamy na stronie – zajmuje się ratowaniem dużych kotów z cyrków, terenów działań wojennych i od osób prywatnych. Zwróciliśmy się do tej fundacji z pytaniami, jednak do czasu publikacji tekstu nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Na innych zdjęciach widać natomiast pojazd z logiem Landgoed Hoenderdaell, czyli zoo w północnej Holandii. 

Reklama
Reklama

Na drugi dzień, w środę, cztery zatrzymane osoby usłyszały zarzuty znęcania się nad co najmniej 561 zwierzętami poprzez „przetrzymywanie ich w nieodpowiednich warunkach sanitarnych, klatkach, wybiegach niezapewniających odpowiedniej przestrzeni, skutkiem czego dochodziło do niedożywienia, chorób oraz śmierci”. – 21 zwierząt wyjechało do Holandii, to jest największa grupa. To głównie zwierzęta egzotyczne: ary, kangur, tygrys, surykatki – przekazał prokurator Pindera. – Serwale i kury pojechały do trzech różnych miejsc w Polsce – poinformował.

Czytaj też: Urzędniczy wyrok: 4100 dzików do eliminacji. Czy musi się to kończyć strzelbą?

Komunikat wydała wałbrzyska policja, która tłumaczyła, że funkcjonariusze realizują czynności w ramach śledztwa prowadzonego przez tamtejszą prokuraturę rejonową. Z kolei wojewódzki lekarz weterynarii w swoim komunikacie zaznaczył, że decyzję o przekazaniu zwierząt do „uprawnionych podmiotów na terenie Holandii” podjęła wałbrzyska prokuratura. „Miejsca docelowe wspomnianej przesyłki zostały wskazane przez przedstawiciela Policji, działającego pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu” – wyjaśnił. Zapewnił również, że transport realizowany jest „zatwierdzonym środkiem transportu do przewozów długodystansowych” oraz przez  „koncesjonowanego kierowcę”. 

Reklama
Reklama

„W razie podjęcia przez prokuraturę decyzji o wywozie kolejnych grup zwierząt i przekazania ich do placówek zlokalizowanych na terenie kraju, czynności te będą odbywały się bez udziału pracowników Inspekcji Weterynaryjnej, gdyż w obrocie krajowym nie ma obowiązku zaopatrywania zwierząt w świadectwa zdrowia” – podkreślił wojewódzki lekarz weterynarii. 

Wszystko ustawione? Prawniczka odpiera oskarżenia  

Oficjalnie zwierzęta mają trafiać do wytypowanych przez prokuraturę organizacji, jednak pojawiły się też nieoficjalne doniesienia, że aktywiści „dzielili się” nimi wcześniej. Już przed akcją miało być wiadomo, do kogo trafią konkretne zwierzęta, o czym świadczyć miały ujawnione w sieci fragmenty rozmów pomiędzy aktywistami. Główną rolę odegrać miała tutaj nie tyle fundacja Mondo Cane, co Sara Balcerowicz, prawniczka współpracująca z organizacją. 

Według Balcerowicz sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej. Jak relacjonuje, w sprawę wraz z Mondo Cane zaangażowała się półtora tygodnia temu, gdy otrzymała prośbę o „pomoc w znalezieniu miejsc dla zwierząt”. 

– Organy ścigania zwróciły się do nas o pomoc przy zabezpieczeniu zwierząt – podkreśla prawniczka. – Robiliśmy początkowo rozpytanie, czy ktoś w ogóle jest w stanie przyjąć określone gatunki. Jeżeli jakaś organizacja stwierdziła, że może, to następny kontakt odbywał się ze strony organów ścigania. To nie są decyzje moje ani żadnej organizacji, tylko decyzje organów ścigania. Nie wskazaliśmy, które zwierze dokąd pojedzie, tylko jaka organizacja może je przyjąć – tłumaczy. 

Reklama
Reklama

Jak zaznacza Balcerowicz, pomocy odmówił Centralny Azyl dla Zwierząt, który formalnie jest państwową jednostką powołaną do czasowego przetrzymywania i opieki nad zwierzętami skonfiskowanymi przez służby, ale w praktyce wciąż nie ma swojej siedziby. I dlatego przekazuje zwierzęta do ogrodów zoologicznych, które muszą wyrazić na to zgodę.

– Wszyscy chętnie byśmy przemieścili zwierzęta do ogrodów zoologicznych w Polsce, ale informacja była taka, że żaden z ogrodów nie ma miejsca na przeprowadzenie kwarantanny – kontynuuje Balcerowicz. – Kontaktowaliśmy się więc z zagranicznymi ogrodami państwowymi, nie prywatnymi, które mają dobrą opinię. Holenderski ogród jako pierwszy odpowiedział, że może przyjąć część zwierząt. Nie widzę podstawy, żeby czynić jakikolwiek zarzut z tego, że zwierzęta pojechały akurat do Holandii, skoro pojechały do bardzo dobrego ogrodu, gdzie będą miały znacznie lepsza opiekę niż tutaj – dodaje. 

– Z przekazanych mi informacji wynika, że organy ścigania będą umożliwiać organizacjom dalsze zabezpieczanie zwierząt. Część zwierząt wskutek zaistniałej sytuacji nie ma jednak zapewnionego miejsca docelowego. Obecnie organizacje boją się przyjmować zwierzęta, przewoźnicy boją się przyjeżdżać, bo są robione zdjęcia tablic rejestracyjnych – alarmuje prawniczka. 

Reklama
Reklama

Czytaj też: Radny-biznesmen i ciastka dla urzędu. Afera w gminie pod Warszawą. Wojewoda chce wyjaśnień

Zeznania, oględziny, opinie

Sara Balcerowicz stanowczo zaprzecza również doniesieniom, że sprawę Zoo Łączna omawiano podczas spotkania w Ministerstwie Sprawiedliwości, które odbyło się niecały tydzień przed interwencją służb i aktywistów. Brał w nim udział również prokurator ze Świdnicy i prof. Hanna Mamzer, biegła sądowa w zakresie dobrostanu zwierząt. – To kpina i żart – mówi krótko. – Te spotkania odbywają się cyklicznie, nie było tam tematu zoo w Łącznej. Tak samo kłamstwem jest informacja, że nocą wyjeżdżały stąd kozy i owce, które miały trafić na rzeź – zaznacza. I dodaje, że w Polsce jest niecałych 20 biegłych z zakresu dobrostanu zwierząt, stąd „powtarzające się przy różnych sprawach nazwiska”. 

– Materiał dowodowy w tej sprawie się opiera w zeznaniach różnych świadków, nie jednej czy dwóch osób, tylko dużo większej liczby, na materiałach przekazanych przez tych świadków, na oględzinach majowych, na opinii biegłego, który był obecny podczas tamtych oględzin, a także na podstawie oględzin, które trwają od wczoraj z udziałem biegłych różnych specjalizacji – mówi prawniczka. – Gdyby tutaj nie było nieprawidłowości, to z całą pewnością, za zgodą wszystkich organów, te zwierzęta by nie wyjechały – podsumowuje mecenas Balcerowicz. 

Reklama
Reklama

Aktywiści skarżą się na hejt, prokuratura apeluje 

Aktywiści, którzy mieli brać udział w akcji lub byli na miejscu, skarżą się na hejt, groźby i telefony z pogróżkami. Wśród nich jest Michał Gromada z Fundacji Psa Karmela, do której miał trafić wielbłąd. – To jest totalna bzdura, że organizacje się skrzyknęły i sobie po prostu zwierzątka wybierały. Prokuratura podczas konferencji wyraźnie powiedziała, że zwierzęta zostają przez nią odebrane jako dowód w sprawie i zabezpieczone. My zostaliśmy tylko poproszeni o pomoc w przyjęciu tych zwierząt pod opiekę. Z początku nawet nie wiedzieliśmy, skąd będą zabierane – podkreśla Gromada. 

– To nie jest nic nowego, że organy ścigania nas o to proszą, bo na tym też polega nasza działalność. Współpracujemy z organami, często trafiają do nas zwierzęta zabezpieczone jako dowód. I nierzadko dowiadujemy się na samym końcu, skąd będą zabierane, bo obowiązuje tajemnica dochodzenia. Wiemy tylko, o jakie zwierzęta chodzi – wyjaśnia. – Do nas mogły trafić wielbłądy, bo mamy też zwierzęta kopytne, cały wybieg z dostosowanym budynkiem. Według mojej wiedzy, to prokuratura przygotowała spis, jakie zwierzęta mogą być do zabrania, w zależności od sytuacji zastanej na miejscu. Gdy prośba do mnie dotarła, zgodziłem się, ale finalnie wielbłądy i tak do nas nie przyjadą. Inne zwierzęta też nie – podkreśla. 

Reklama
Reklama

Czytaj też: Zoo w Łącznej. Panie prokuratorze, poproszę adres lemura

W najnowszym komunikacie prokuratura poinformowała, że na terenie ogrodu znaleziono zakopane kości zwierząt. Według śledczych pozostałe zwierzęta były „utrzymywane w zimnie pomimo ich potrzeb gatunkowych”, a w zoo nie było zapasu karmy. Do działań włączył się samorząd, a na miejscu ustawiono ogrzewane namioty. Prokuratura zaapelowała też o pomoc. W komunikacie śledczych czytamy, że prokuratura wraz z organizacjami miała „przygotowany scenariusz relokacji zwierząt”, którego jednak w obecnej sytuacji nie da się zrealizować, bo organizacje wycofały się z działań.

„Prokuratura ma więc świadomość, że bez wsparcia organizacji prozwierzęcych nie uda się relokować zwierząt w jak najszybszym terminie” – czytamy w komunikacie. „Dlatego zwracamy się z apelem do organizacji prozwierzęcych o pomoc w przyjęciu opieki nad zwierzętami przy pełnym wsparciu prokuratury i policji” – dodano. 

Zatrzymani w sprawie nie przyznają się do winy. Po przedstawieniu zarzutów wyszli na wolność, tylko wobec Marcina N., dyrektora zoo, prokuratura złożyła wniosek o zastosowanie aresztu. Decyzja sądu ma zapaść w czwartek. 

Reklama
Reklama