Jest sąsiadką, ojcem, matką i kolegą z pracy przeciętnej Polki lub Polaka. Oglądając rolki ze scenkami, które odgrywa Piotr Latała, rodacy przeglądają się w lustrze – mieli taką samą nauczycielkę, a tydzień temu remont robił im ten sam facet. Nikt nad Wisłą z taką wprawą i na takim poziomie obserwacji społecznej nie diagnozuje polskości, jak komik ze Starachowic. Na czym polega jego fenomen?

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#3.
PRZEMYSŁAW RUDZKI: W którym momencie poczułeś, że potrafisz rozśmieszyć Polskę?
PIOTR LATAŁA: Minęły trzy lata, od kiedy zacząłem nagrywać, a wciąż jest mi ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że te wszystkie profesje czy po prostu zachowania są na tyle schematyczne, że stały się dla mnie łatwe do sparodiowania. Często czytam komentarze w stylu: „To niemożliwe, musisz siedzieć z dyktafonem i spisywać te wszystkie dialogi”. A ja myślę, że największą robotę robi tutaj nie żart czy sama puenta, często jej nawet nie ma, tylko gra aktorska. Ktoś mi kiedyś napisał, że nie może w to uwierzyć, jak inni chcąc zagrać rolę starej baby, muszą się za nią przebrać, a ja stoję w wiatrówce i jestem starą babą.
Przeczytaj także: Pochwała analfabetyzmu, czyli krótka historia upadku Europy
To duży komplement.
Tak. Usłyszałem, że lepiej odgrywam kobiety, niż zrobiłyby to same kobiety.
To jest bardzo „Monty Pythonowskie”. Tam też w skeczach nie było kobiet. Jak chcieli kobietę, to jeden z nich zakładał na głowę chustę. I wierzyłeś, że John Cleese jest kobietą, sportowcem lub reporterem BBC.
Chodzi o pierwiastek wiarygodności. Kiedy zaczynam odgrywać te postaci, to naprawdę je czuję. Byłem dość dziwnym dzieckiem i wtedy nad tym ubolewałem, a dzisiaj dostrzegam zależność i widzę, że z tej dziwności mogę czerpać. Na przykład kiedy wracałem ze szkoły, odgrywałem sobie różne scenki, ale też obserwowałem otoczenie, pochłaniałem gesty, sytuacje i słowa. Teraz przekłada się to na moją działalność w Internecie. Większość ludzi nie zastanawia się nad takimi rzeczami, po prostu idą przez życie, a dla mnie to jest czymś zupełnie naturalnym.
Przeczytaj także: Z Warszawy do Manili. Moja ucieczka na koniec świata #1
Starsze pokolenie Polaków wychowało się na kabaretach. One rozśmieszały Polskę w skali makro, dotykały często problemów polityki – patrz: Kabaret Olgi Lipińskiej. Potem pojawił się stand-up, który usunął kabarety w cień, uczynił je czymś passé. Sam kiedyś powiedziałeś, że nie każdy jednak jest dobrym odbiorcą stand-upu. Tymczasem twoja satyra jest punktowa, dotyka małych spraw społeczeństwa, ale ważnych dla ludzi, właściwie istotnych dla każdego.
Z dzisiejszej perspektywy kabaret z lat czterdziestych czy pięćdziesiątych ubiegłego stulecia byłby odbierany jako przedstawienie muzyczne. Pojawiali się tam bardzo dobrzy aktorzy, świetnie grali, śpiewali, ale w istocie często nawiązania polityczne nie dla wszystkich musiały być zrozumiałe. Sam jestem przykładem kogoś takiego w mojej relacji z „Misiem” Barei. Pierwszy raz obejrzałem go w podstawówce i zupełnie nie wiedziałem, o czym jest ten film.
Co więcej, to po prostu było nudne.
Nudne i głupie. Zacząłem go rozumieć dopiero po czwartym seansie, już jako dorosły człowiek. Natomiast wiem, że mieliśmy bardzo dobre kabarety. Przynajmniej takie były te, na których się wychowałem. Choćby Tygodnik Moralnego Niepokoju czy w ogóle historia Polski, historia świata według Kabaretu Moralnego Niepokoju – tam były świetne żarty. Ubolewam trochę nad tym, że tak się skończyło i kabarety w pewnym momencie stały się synonimem obciachu, cringe’u, bo przecież Potem czy Hrabi to klasyka żartu.
Przeczytaj także: Unikatowe zjawisko. Paryż nie zapomni Mai Chwalińskiej
Ewolucja gatunku sprawiła, że kumaci chodzą na stand-up, boomerzy na kabaret. A teraz tendencja się odwraca i ludzie, szczególnie ci ze starszych pokoleń, powoli mają dość stand-upu. On jest szybszy, działa w dużej mierze na metaforze, na ironii, wyobrażeniu sobie abstrakcyjnych sytuacji. I tutaj leży problem. Pamiętam, jak na spotkaniu rodzinnym, dawno temu, puściliśmy cioci filmik Rafała Paczesia, który wtedy był na topie, miliony wyświetleń na YouTube.
Nie zrozumiała?
Uwierz mi, że to było tak dziwne doznanie – piętnaście minut już leciało, a ciocia patrzyła, jakby on mówił po chińsku, z grymasem, niemal rozbolała ją głowa. „Dobra, weź to już wyłącz”. W stand-upie trzeba nadążać, percepcja nowych pokoleń jest zupełnie inna. Młodsi ludzie pojmują rzeczy szybciej, dla starszych osób tempo wykładania żartu i styl muszą być inne. W tym tkwi sedno. Z pokolenia na pokolenie rejestrujemy otoczenie coraz szybciej.
Dostałeś do swojej pracy, bo śmiało możemy to już nazwać pracą, wspaniałe narzędzie, jakim są media społecznościowe. One, jak każda rzecz pojawiająca się w rozwoju cywilizacji, niosą ze sobą plusy i minusy, natomiast w twoim przypadku pozwoliły ci zaistnieć, zmierzyć się z opinią publiczną. I nie potrzebujesz mieć za sobą wielkich korporacji, kolaudacji i zebrań zarządów.
Social media to potężne narzędzie. Wielu twórców przechodzi taką samą drogę. Na początku coś robisz i to wypala – wow! Potem pojawia się pytanie: „Zobaczymy, ile wytrzyma?”. Następnie wątpliwości: „Pewnie będzie gwiazdą jednego sezonu”. Na początku czytasz komentarze i niektóre cię bulwersują, szczególnie gdy uważasz, że ktoś pisze nieprawdę, odnosisz się do tych zarzutów. Nie da się na starcie być na to wszystko gotowym.
Trzeba krok po kroku przejść poszczególne etapy i przy wytrwałości, pasji, szczęściu dojść do tego, że twoja działalność osiąga status pracy. I wtedy musisz to zacząć traktować inaczej. Masz też większą samoświadomość. Wiesz, dlaczego ludzie komentują, jak komentują, że oglądają w różnych stanach emocjonalnych. Cieszę się, bo udało mi się przebić, ale zawsze w to wierzyłem – moja pasja do odgrywania ról była na tyle silna, że musiała dotrzeć do szerokiej publiczności.
Jako ojciec tych wszystkich postaci, człowiek, który stworzył różne wcielenia, masz jakąś ulubioną? A może taką, która jest pewniaczkiem – na przykład brakuje ci na coś pomysłu i myślisz sobie: jak dzisiaj wjedzie facet od remontów, to będzie dobrze!
Moją ulubioną postacią jest Rysiek i jego scenki z panią z MOPS-u. Mam do niego sentyment. Dobrze mi się odgrywa postaci zmagające się z uzależnieniem alkoholowym, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Tak naprawdę to nie powinno być nikomu do śmiechu, tylko że satyryczny wymiar postaci, jak to się popularnie mówi, żuli – wiem, że to niefajne określenie – ma swoje piękno. A wiesz, gdzie? W beztrosce. Dlaczego ludzie się śmieją z takich osób?
Przecież te osoby są w tragicznej sytuacji. Mają zadłużone mieszkania, o ile w ogóle mają mieszkania, chodzą z reklamówką, a jednocześnie bardzo często mają na wszystko wywalone. I cała śmieszność polega na tym, że ktoś na ich miejscu zwyczajnie by się załamał. Co więcej, załamuje się z dużo mniejszych powodów. Tymczasem chłop siedzi na przystanku, nie ma planu na kolejny tydzień, noga na nogę i snuje jakieś historyjki. Cały świat się wszystkim przejmuje, a oni żyją poza naszą rzeczywistością.
Inni chcąc zagrać rolę starej baby, muszą się za nią przebrać, a ja stoję w wiatrówce i jestem starą babą.
Czy ty masz, używając języka korporacji, „stargetowaną” widownię? Wiesz, do jakiego konkretnie widza mówisz?
Nigdy nie szukałem grupy docelowej, robiłem wszystko organicznie. Zabrzmi to może pysznie, ale wrzucałem to, co mnie śmieszy. Nigdy też nie dodałbym filmu, który mnie nie bawi. Wydaje mi się, że są to ludzie trzydzieści plus. Choć zdarzyło mi się spotkać na ulicy kogoś, kto chciał sobie zrobić wspólne zdjęcie i był bardzo młody. Powiem ci jednak, że miewałem też przerażające sytuacje – gdy kilkuletnie dzieci z rodzicami prosiły o zdjęcie. Sugerowałem wówczas tym rodzicom, że dzieci w takim wieku powinny mieć jednak innych idoli.
Zdarzyło ci się wrzucić materiał, z którego nie byłeś dumny? Albo inaczej – pomyślałeś później: mogło mi się to najpierw w głowie ułożyć. Bo jedyny filmik, pod którym znalazłem sporo negatywnych komentarzy, to ten skecz, gdy syn idzie z matką po buty na targ i kończy z panem sprzedawcą na zapleczu. Wiele osób się wkurzyło, pisało: „Piotrek, to nie jest dobry temat do żartów”.
Tak profesjonalnie rzecz ujmując – to moje niedopatrzenie, nieprzemyślana puenta, ze względu na odbiór. Ja nagrywam rzeczy ad hoc, bez scenariusza. I wtedy też tak było. Szedłem sobie i po prostu zacząłem grać. Żarty z molestowania pojawiają się w stand-upie, powiedziałbym, że są nawet dość częstym zjawiskiem. Natomiast mam świadomość, że nie każdy potrafi się z takich rzeczy śmiać, to zależy, kto jest po drugiej stronie.
A ja myślę, że ludziom to do ciebie nie pasowało, bo nie kojarzą cię z tego typu humorem. Stąd taka reakcja. Wypchnąłeś ich z bezpiecznej strefy.
Mój błąd w sztuce polega być może na tym, że nie dokonuję sam autoryzacji własnych treści, nie mam wewnętrznej cenzury, nie myślę, co ktoś pomyśli. Miałem propozycje z różnych telewizji i wyobrażam sobie, że materiały takie jak moje pewnie z rok przechodziłyby przez tamtejsze filtry i kończyły w zupełnie zmienionym kształcie.
Jak wygląda codzienny proces twórczy rozśmieszania Polek i Polaków od kuchni? Jak dużo życia temu poświęcasz, bo z tego co zauważyłem, twój grafik jest dość napięty, stąd na przykład rozmawiamy o godzinie 9:00 w sobotę.
Dzisiaj pomyślałem sobie, a właściwie to pogoda mi podpowiedziała, że byłoby fajnie, jakby pani z urzędu wleciała po raz kolejny.
Pogoda?
Bo ja tak sobie kreuję jej nastrój, tej postaci. Wyobraźmy sobie jej stan emocjonalny i wtedy wpadają mi do głowy dialogi, teksty. Zazwyczaj w nocy przychodzą do mnie słowa klucze, motywy. Najważniejsze to je wyodrębnić. Mam tak dużo notatek, że musiałem zacząć usuwać. Na przykład: „nastrój”, „ciśnienie”, „urząd”, „nastrajanie radia”. Potem oscyluję wokół tego, dogrywam dialogi na freestyle’u.
Dużo czasu ci to zajmuje?
To zależy od rolki. Taka produkcja, gdzie muszę sobie wyciąć green screen, czy wcielam się w dwie postaci, trwa nieco dłużej. Ale ja się wszystkiego już nauczyłem i sam sobie robię te przejścia i inne rzeczy. Pojawiał się taki wątek, że ktoś mi to montuje, jednak muszę to powiedzieć jeszcze raz: wszystko robię sam. Bo sam najlepiej czuję, jaka musi być dynamika, żeby rozśmieszało to ludzi. Najszybszy proces to nagranie. Trwa około dwudziestu minut. Potem siadam nad materiałem i myślę, że do godziny wszystko jest gotowe.
Czy cała ta ekspozycja na świat, wystawienie siebie pod pręgierz opinii publicznej, to dla ciebie forma terapii? Nie są tajemnicą, sam wiele razy o nich opowiadałeś, twoje zmagania z nerwicą. I tak sobie myślę, że ten Piotrek, który jako dziecko bał się wyjść na podwórko, dzisiaj staje przed ludźmi, mówi do nich, gada coś do telefonu na ulicy, musi w pewien sposób korzystać z tych zachowań czysto terapeutycznie.
Jeśli jest tak jak mówisz, to musi to leżeć u mnie głęboko na poziomie podświadomości. Bo tak szczerze, silniejsza jest we mnie chęć gry aktorskiej, to, że uwielbiam się wcielać w postaci. Nie wykluczam jednak, że po wszystkich traumach wyniesionych z dzieciństwa to ewoluowało w taką stronę, o której wspominasz. Że jest tak głęboko zakorzenione we mnie, że w wyniku tych traum wcielam się w różne postaci, ale to już byłoby zagadnienie iście freudowskie. Sporo ludzi ma dysonans poznawczy – z jednej strony takie historie nerwicowe, z drugiej pytanie: OK, a gdzie jest strach przed opinią, publicznymi występami? Odpowiedź jest dość prosta. Czuję się na tyle pewnie w formie wyrażania siebie poprzez satyrę, że – mówię ci to bardzo szczerze – niezupełnie bałem się opinii ludzi.
Nawet gdy jechałem na pierwsze występy, nie obawiałem się ich samych, ale raczej tego, że długa jest droga do innego miasta, że po drodze uduszę się w aucie. Gdy już wychodzisz na scenę i masz w sobie na tyle charyzmy i ekspresji, że uzbrojony w takie narzędzia wiesz, że sobie poradzisz, to ty panujesz nad tłumem. Nigdy nie miałbym czelności stanąć przed ludźmi, gdybym na sto procent nie czuł, że muszę być pieprzonym Freddie’em Mercurym na Wembley. Zresztą, kiedy gram, dajmy na to przed tysięczną widownią, to po zakończeniu dosłownie się stamtąd wymykam. Pakuję plecak i mnie nie ma. Chcę być sam. Wiem, że to może być dla ludzi niezrozumiałe.
Duża część satyryków tak ma. Nie porównam się do Robina Williamsa, nie tylko ze względu na skalę tego co robił, ale bardziej w kwestii tego, że ja nie jestem depresyjny. Depresja ma wiele oblicz, wiele rodzajów. Ludzie często myślą, że jak ktoś ma depresję, to nie chce mu się wyjść z łóżka i jest wiecznie smutny. A ja jestem nerwicowcem. Nerwicowiec panicznie boi się o swoje życie, robi wszystko, żeby uratować siebie, a ludzie cierpiący na depresję, przynajmniej ci, z którymi rozmawiałem, w większości czują dokładnie odwrotnie – mają dość życia. To nawet powodowało czasem spięcia i moje frustracje. Ja marzyłem o tym, żeby móc pójść normalnie do lasu, a rozmawiałem z osobą, która wyjechała na Majorkę czy na Bali i twierdziła, że to wszystko jest bez sensu.
Jest taki twój skecz, który wyjątkowo mnie rozśmieszył – spotkanie nerwicowców, którzy mierzą sobie ciśnienie. Zastanawiałem się, na czym polega fenomen twoich żartów i doszedłem do wniosku, że niemal wszystkie mają wspólny mianownik: jak weźmiesz je pod lupę, na koniec wynikają z jakiegoś smutnego zdarzenia. W jądrze materii jest ciemność. Nauczycielka cię biła, ojciec kazał zamknąć mordę, a facet od remontu to oszust. Natomiast w szybkim odbiorze jest to śmieszne.
To jest, w kwestii logiki, prawidłowy nurt myślenia. I gdyby pójść nim dalej, przyjrzeć się różnym skeczom, to mają podobną genezę. To się zresztą cały czas zmienia. Dawniej popularne były takie rolki z surową matką, która dojeżdża swoje dziecko, krzyczy na nie, okłada ścierką, sam to oglądałem. Natomiast dzisiaj żyjemy w dobie poprawności politycznej i naprawdę trzeba uważać, bo ludzie się uwrażliwili. Szczególnie na przemoc.
Przypomniały mi się stare skecze Roberta Górskiego, gdy odgrywał rolę ojca, a robił to na największych festiwalach kabaretowych. Był tam Mariusz, jego skeczowy syn. I on go wyzywał. „Mariusz, ty debilu!”. Wszystkich to śmieszyło, ale dzisiaj byłoby nieakceptowalne. Już słyszę to wielkie, głośne westchnienie: „O, Boże…”. Granica jest cienka, ale to jest spowodowane coraz większą samoświadomością i tym, że ludzie cofają się w swoich rodzinnych historiach. Bardzo dużo osób pisze rzeczy typu: „toksyczna rodzina”. Przypomina im to traumy i przerabiają to terapeutycznie.
Przeczytaj także: Tydzień pod znakiem suma i lodów. Ale chociaż nowa wiceministra wie, co będzie robić
I to jest z drugiej strony przerażające, bo pokazuje, jak wielu ludzi zmagało się z takimi sytuacjami, nie przepracowało ich.
Był kiedyś taki „Świat według Ludwiczka”, jego ojciec pieprzył, że… tam, nie wiem, przeszedł tysiąc kilometrów albo nie jadł przez miesiąc. Ogólnie postać ojca mającego się za supermana, który w ogólnym odbiorze jest jednak klaunem, też nie wzięła się znikąd. Twoi odbiorcy piszą: nie wiedziałem, że mamy wspólną matkę. Albo: twój ojciec był też moim ojcem. Ty sam mi powiedziałeś, że niektórzy mają cię za AI, inni za kosmitę. Kim czujesz się bardziej?
Jednak nadal zwykłym Piotrkiem. Natomiast mnogość tych postaci, które wykreowałem, sprawiła, że często pojawiają się komentarze w stylu: „Boże, to jest fenomenalne, ale przerażające!”.
To będzie dobry tytuł do naszej rozmowy.
Chyba tak (śmiech). Odpowiedź leży w moim zaburzeniu, gdzieś na granicy Aspergera, powiedzmy dyplomatycznie. Człowiek przenikał przez ludzi wiele razy. To jest dla mnie niezręczne – chłonąć taką emocjonalność innych w wielu sytuacjach, w których poznaję nowe osoby.
Skanujesz ich?
Może nie tak, żeby oni się źle poczuli, że mam przemyślenia typu: „ale mu warga ucieka”. Ale całą ich emocjonalność mam od razu na tacy, widzę matematyczne równanie opisujące daną osobę. To jest dziwne, ale już zakodowane we mnie na stałe.
W czasach PRL-u popularne były żarty o Wąchocku. A Starachowice są śmieszne?
Nazywam je miastem utraconych marzeń. Dlaczego? Bo zostają ludzie, którzy nie wyjechali w świat. Trzeba znać genezę Starachowic. To miasto z korzeniami przemysłowymi. Ludzie, którzy zazwyczaj tutaj zostają, dzień w dzień chodzą do miejscowych zakładów, potem wracają do domu i tak sobie żyją. A ci, którzy wyjechali, ścigają marzenia. Mnie się bardzo dobrze żyje w Starachowicach. Mniejsze miasta trzymają człowieka w ryzach.
Czas płynie wolniej.
Dużo ludzi w ogóle jest zdziwionych, że ja tutaj mieszkam, a potem ta rozmowa ewoluuje w „dlaczego pan tutaj mieszka?!”.
Przeczytaj także: 50 smaków Polaków. Tomasz Kammel sprawdza, ile narodowej duszy kryje się w schabowym
Przecież Instagram jest w Warszawie.
No tak, i też z tej Warszawy sporo osób ze świata show-biznesu pisało do mnie: przeprowadź się tutaj. Jest w tym sporo prawdy. Jednak większość biznesowych rzeczy toczy się w stolicy i możesz być bliżej nich. Kiedy bywam w Warszawie, to mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, która nie patrzy w dół, na telefon tylko w górę, na wieżowce. Tak można rozpoznać Piotrka ze Starachowic. Chłopak z reklamówką. Czasem sam się z tego śmieję, że ta Warszawa w moich oczach jawi się jako komiksowo-filmowe Sin City, pełne grzesznych ludzi. Mógłby na kanwie tego powstać śmieszny film o człowieku, który przybywa z małego miasta. Ostatnio szedłem na występ do Teatru Palladium i zatrzymałem się, żeby podziwiać Pałac Kultury i Nauki.
Ja to rozumiem, jest piękny i zawsze go podziwiam. Jesteś usprawiedliwiony.
Architektonicznie zarzucano mu, że rakieta, że brzydki, i tak dalej. Ale chyba go już nie usuną.
Niech się odwalą, łapy precz. W Warszawie łatwiej niż w Starachowicach uprawiać aktorstwo, a ty chcesz grać. I wydaje mi się, że jesteś taką postacią, osobowością, którą można, mówiąc brzydko, wsadzić do filmu czy serialu. Ostatnio w „Heweliuszu” pojawił się Wini.
Miałem niedawno rozmowę z bardzo znanym aktorem i powiedział mi, że czasem ludzie po szkołach nie mają takiej ekspresji jak amatorzy.
Himilsbach był znanym samoukiem, a na planie jako naturszczyk potrafił sobie świetnie poradzić. Takie propozycje już się pojawiły, ale czasem trudno jest taki projekt sformalizować. Szczególnie że mam tych zajęć bardzo dużo. Na horyzoncie jest propozycja stworzenia czy to filmu, czy serialu, mam nadzieję, że to się wydarzy. Bo byłoby to spełnienie marzeń i jednocześnie odpowiedź na pytanie: po co powstały te wszystkie rolki. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że aktorsko mógłbym zagrać dużo rzeczy niekomediowych. Moja mama studiowała teatrologię, to jest znany mi temat. I kiedyś, dawno temu, spojrzałem sobie, jakie wymagania muszą spełniać kandydaci do szkoły filmowej. Zobaczyłem słowa typu portfolio i stwierdziłem, że to jest dla mnie za duży świat. Ale szczerze mówiąc, dzisiaj uważam, że bym się sprawdził.
Myślę, że szkoła uczy wspaniałych rzeczy, ale jednocześnie wpycha na pewne tory, nadaje maniery, a amator jest tego wyzbyty, jest czystą kartką.
Wielu komediowych aktorów w Stanach zaczynało od stand-upu, jak Adam Sandler czy Jim Carrey, zresztą ci ludzie także świetnie śpiewają. Natomiast wiem, że taki aktor bez wykształcenia ma pewne braki. Wokal, narracja, dykcja – ktoś niebędący profesjonalnym aktorem po prostu tego nie ma. W drugą stronę – aktor wykształcony może mieć te wszystkie cechy i je doskonalić, ale nie ma niekiedy naturalnego talentu.
Z rozśmieszania Polaków da się godnie żyć?
Bardzo ciekawe i szerokie zagadnienie. Trafiłeś akurat tym pytaniem w sedno pewnych reformacji. Wszyscy aktorzy, których oglądałem w telewizji, w filmach i serialach, za te kultowe produkcje nie pobierali wielkich wynagrodzeń. Były szczególnie znikome w zestawieniu z tym, co dzisiaj zarabiają influencerzy i ludzie Internetu. Przerażający jest trend, że ci ludzie kina i serialu próbują często robić to, co robią ci influencerzy, bo wszystko kręci się wokół kontraktów i zasięgów.
Przeczytaj także: Kierowcy BMW: postrach i zakała dróg. To stereotyp, a jaka jest prawda?
Platformy streamingowe zmieniły obraz rynku. Formy monetyzacji są nowe, inne. Okazuje się, że główną dźwignią sprzedaży są influencerzy. Nie jest więc przypadkowe, że angażuje się ich do projektów. Reasumując: chodzi o zasięgi, które robią cały marketing. Ja się sam czasem dziwiłem. Co ci aktorzy zrobili z całą tą kasą, którą zarobili, że dzisiaj muszą występować w reklamie kabanosów albo ubezpieczeń?
Nie zarabiali, o czym wspomniałeś, tak dużo jak nam się wydawało, a ci, którzy zarabiali, po prostu żyli ponad stan.
Jest jeden jedyny aktor, którego nigdy nie widziałem w żadnej reklamie. Robert Więckiewicz. Ale oczywiście miałem mówić o zarobkach influencera-satyryka. Musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jak chce to monetyzować. Nie jest tajemnicą, że zarabia się z rolek, to z nich są kontrakty reklamowe. Czy to jest Facebook, czy Instagram. Na pewno cały czas na topie są stand-uperzy, dlatego jest ich tak dużo, to nie jest przypadek.
Jaką najdziwniejszą propozycję otrzymałeś?
Matrymonialną czy biznesową?
Powiedziałeś: matrymonialną?
Przede wszystkim to ja się dziwię, że niektórzy ludzie mają dostęp do Internetu. Nie pamiętam propozycji, ale pamiętam jeden telefon. Byłem w łazience i dzwoni jakiś gość. Siódma rano. Bez cześć, dzień dobry, czegokolwiek, usłyszałem tylko: „Słuchaj, jest taka sytuacja. U mnie w robocie jest taki Mirek i chodzi o to, że...”. Przedstawił mi plan na scenariusz do filmiku.
Przeczytaj także: Zostawiłem aparat w hotelu i poszedłem robić zdjęcia smartfonem. Jak mi poszło?
Skąd miał numer?
Takie też było moje pierwsze pytanie. W tej swojej fascynacji, zanurzony w opowieści, facet oburzył się, czemu ja o to w ogóle zapytałem. Stary, ja ci opowiadam, jak wylądujemy w Hollywood i zarobimy pięć milionów dolców, a ty mi zadajesz jakieś banalne pytanie.
Co miałeś zrobić Mirkowi?
Bardzo dużo ludzi ma jakąś sytuację w pracy i ten chciał, żeby wyśmiać jego kumpla. A ostatnio dostałem propozycję sparodiowania wyroku Sądu Najwyższego. To pewnie była kobieta, dla której wyrok nie brzmiał po jej myśli. Niedługo będzie więc tak, że jak coś się ludziom nie spodoba, nie uda, to będą dzwonić do Piotrka Latały. Ale muszę ich rozczarować: nie mogę się śmiać ze wszystkiego. A już na pewno z wyroków Sądu Najwyższego.

