Kiedy zapytasz obcokrajowca, czy jeździ motocyklem po Filipinach – spojrzy na ciebie, jakbyś właśnie zaproponował mu żonglowanie piłami mechanicznymi. Większość zaraz odpowie: „Zwariowałeś? W tym trafficu?”.
Manila, stolica Filipin, jest słynna przez swój traffic – nie będę używać słów „korek” czy „ruch uliczny”, bo to jest coś na warunki europejskie nieprzetłumaczalnego. To jest po prostu traffic, a province to province, a nie żadne „województwo” czy „prowincja”. No chyba, że wy też w swoich prowincjach zbieracie kokosy i żyjecie z uprawy ryżu.
Słowa mają swoje lokalne odniesienia, zabarwione kolorytem, zapachem, kontekstem, i wielu z nich nie sposób oddać w innym języku pomimo filologicznej translacji.
Pierwsi od końca
A traffic Manili jest legendarny. TomTom Traffic Index z 2023 r., badający korki z 387 miast na świecie, usytuował Manilę na ostatnim – trzysta osiemdziesiątym siódmym – miejscu ze średnim czasem 25 minut i 30 sekund na przejechanie 10 km. Swoje marudzenia na zapchaną Dolinkę Służewiecką czy Zakopiankę możesz bezpiecznie odstawić na półkę z napisem „problemy pierwszego świata”. To jakby narzekać, że mleczko w latte jest niezbyt dobrze spienione, podczas gdy innym brakuje nawet gorącej wody do zalania saszetki z czarną, rozpuszczalną.
Czytaj także: Trzęsienie ziemi na Filipinach
Wyobraź sobie milion samochodów – milion – rozłożonych na powierzchni Warszawy i na wszystkich jej ulicach – w ruchu. A teraz dodaj jeszcze dwa miliony i sześćset tysięcy. Tyle, 3,6 mln samochodów, porusza się codziennie po Metro Manila. Do tego dodajmy milion skuterów, 100 tys. jeepów z drugiej wojny światowej, wiozących po kilkunastu pasażerów, i 100 tys. tricykli – czyli motocykli z naczepą (także na pasażerów, ewentualnie butle z gazem i żywą świnię) – plus 50 tys. trzykołowych tuk-tuków rodem z piekła lub Indii. A do tego niezliczone rowery, wózki z lodami, pieszych wariatów toczących swój bajzel po prawym pasie i tabuny pieszych – wtedy, mniej więcej, lecz raczej mniej, wyjdzie ci Manila.
Pech czy raczej urbanistyka chce, że jej problem nie kończy się na niej samej. By opuścić miasto i udać się już do przyległej prowincji, jak Batangas czy Antipolo, stale nie opuszczamy kotła trafficu i, jak szczodrze informuje Google Maps, 40 km przyjdzie nam jechać dwie godziny. Dwie godziny – to, dla tych słabszych z fizyki, prędkość dwudziestu kilometrów na godzinę.
Ktoś mógłby pomyśleć, że to niemożliwe, że da się przed tym uciec szybszym motocyklem, sprytniejszym manewrem, lepszą drogą. Błogosławieni naiwni.
Transport publiczny
W ciągu dwóch lat na Filipinach przebyłem różnymi motocyklami ok. 10 tys. km. Dodajmy do tego jeszcze auta, busy i taksówki po nocy. Jeśli chodzi o transport miejski, to pewnie łącznie spędziłem w nim około dwóch godzin – krócej niż podczas jednodniowego pobytu w Hongkongu. I to prowadzi nas do pierwszej przyczyny trafficu: transport publiczny prawie nie istnieje.
To znaczy, nie istnieje dla turystów, bo lokalsi są w stanie odnaleźć się w gąszczu magicznych jeepneyów – czyli jeepów pochodzących dosłownie z drugiej wojny światowej, porzuconych tu przez Amerykanów podczas działań na Pacyfiku. Jeepy rozrosły się, wydłużono im paki i tak oto narodził się pomysł, by te monstra, pozbawione tłumików, stały się na Filipinach transportem publicznym.
Idea zapewne była szczytna i słuszna w latach 40., 50., 60., no dobra, może jeszcze 80., ale kiedy już polskie drogi przecinały legendarne, przegubowe Ikarusy, na Filipinach dalej królowały jeepneye i tak oto – OSIEMDZIESIĄT LAT później – pod wieżowcami sięgającymi sześćdziesięciu pięter, z basenami na dachach, pośród McDonald’sów, banków, spa i elektrycznych samochodów, Filipińczyków wciąż wożą ciężarówki pamiętające walkę z państwami Osi.
Nie byłoby to jeszcze tak tragiczne, gdyby nie fundamentalna zasada – jeepneye stają „na żądanie”. Krzyczy się do kierowcy „para po!”, po czym ten – nieważne, czy środek highwaya, czy zakręt wśród korków, czy skrzyżowanie – staje na drodze i pozwala wytarabanić się pasażerom wśród cieplutkiej aury spalin. Kiedy ruszy, wzbudzając tumany czarnego diesla, za minutę jakiś dobry człowiek machnie przy drodze, a czterotonowa maszyna znów się zatrzyma – tamując oczywiście cały pas – i przyjmie w swoje trzewia kolejnego pasażera.

Pierwsza przyczyna trafficu: transport publiczny prawie nie istnieje. (fot. Piotr Sarmini / Archiwum prywatne)
Czytaj też: Kim jest Piotr Latała? Wywiad z komikiem: wiek, walka z nerwicą i kulisy twórczości
Dokąd jadą jeepneye – o tym wiedzą tylko ich stali pasażerowie i kierowcy – jako turysta możesz podjąć się odczytywania kaligraficznych napisów w stylu: Guadalupe, Alabang, Marikina, kiedy już twoje oko wydobędzie je spośród namalowanego sprejem Jezusa, Kurta Cobaina i znaczka Ferrari. Nie ma numerów, nie ma przystanków i nie ma tras – a co ważne – zatoczek, gdzie pasażerowie mogliby wsiadać i wysiadać – wszystko odbywa się na środku tej nieskończonej drogi.
Demokracja
No bo właśnie drogi na Filipinach to chyba najbardziej demokratyczny element państwa – droga należy do każdego, jest jak prywatne podwórko i jak podwórko należy ją traktować. Wypiłeś pięć piw? Po prostu jedziesz wolniej i baaaardzo długo zmieniasz pas – tych nazywam „krążownikami” (kiedy klnę pod kaskiem). Przyszło ci dziś sprzedawać kokosy? Rozstaw stragan na prawym pasie.
A może parking? Nie ma problemu, twój tricykl pobrudziłby się od pobocza – zostaw go śmiało na prawym pasie. Drabina? Oczywiście, przecież można przejechać pod. Plac zabaw dla dzieci, legowisko dla psów, idealne miejsce do sprzedawania krakersów i chusteczek, a także drobnej żebraniny? To wszystko pomieści filipińska droga.
Naturalne więc, że z dwóch pasów zwykle robi się jeden, ale próżno myślisz, że i tym jednym da się jechać. Przecież Warren czy inny Vinz musi skręcić właśnie w tę uliczkę po lewej stronie. Stanie więc na środku highwaya, puści sygnał i będzie czekać. To znaczy – fajnie, jeśli będzie czekać, a nie zajedzie drogi ludziom z naprzeciwka. „Podjeżdżacze” to ci, którzy mimo tego, że pędzisz naprzeciwko nich blisko sto na godzinę, muszą podjechać jeszcze pięć centymetrów, jeszcze o jeden tuż pod twoim nosem, aby dać ci rześki zastrzyk adrenaliny i wizję tragicznego zderzenia.
Linia ciągła rozdzielająca przeciwległe pasy jest jedynie lekką sugestią mówiącą: „nie jedź pod prąd dłużej niż 300 metrów”, bowiem jej przekraczanie, skręcanie i wyprzedzanie jest normalną praktyką. Bywają odcinki, gdzie co 100 metrów należy stawać, bo Alvaro czy Anita ma właśnie kaprys skręcić sobie tutaj, nie mogąc doczekać się skrzyżowania z możliwością zawrotu.
Zresztą jazda pod prąd – jeśli jest korek – to skutery utworzą antyprądową linię i w sznureczku, asekurowani brawurą pierwszego śmiałka, będą mijać o trzy cale pędzące z naprzeciwka SUV-y. Prawa strona – ścieżka rowerowa – jest także sugestią, że tu rowery mogą jeździć, jednakże przede wszystkim motocykle albo identyfikujące się jako rowerzyści samochody dostawcze.
Infrastruktura
Myślałbyś może, że więcej pasów rozwiąże problem – tak też myśleli amerykańscy i filipińscy geniusze infrastruktury, sponsorowani przez General Motors. W środku miasta puścili zatem EDSA – drogę szybkiego ruchu, która po jednej stronie mieści pięć lub sześć pasów. Oto jak te pasy są rozdysponowane, zaczynając od prawej:
- Przystanek jeepneya – skoro jest tyle pasów, to nikomu nie szkodzi, że stanie odpocząć na skrajnym.
- Drugi przystanek jeepneya – bo czemu by nie?
- Tricykl wiozący sześć butli z gazem – średnia prędkość 33 km/h.
- Drugi tricykl walczy z tamtym o prym, ale nie za bardzo mu się chce – jedzie 35 km/h.
- Maniak w Hondzie – na stu metrach, które mu zostały, wyciśnie z auta wszystko, co się da – 160 km/h, by za dwie sekundy zwolnić do dwudziestu.
- Maria wyjechała na zakupy swoim czerwonym Mitsubishi Mirage („pomidorki”) i uznaje, że 44 km/h to odpowiednia prędkość dla lewego pasa – zresztą zamierza skręcić (oczywiście bez kierunkowskazu) za dwa kilometry – w prawo („krążownik”).
Tak oto trwa ten wieczny tetris, jak w dziecięcej grze, gdzie trzeba było przekraczać ulicę lub wymijać auta, tak odyseja EDSY ciągnie się godzinami i próżno myślałbyś, że na drodze szybkiego ruchu z sześcioma pasami chociaż dałoby się pojechać 50 km/h. Nie – ta ciężarówka chce wyminąć tricykle, ale zaraz drogę zajedzie jej Maria, potem coś się zwolni, ale jeepney zaraz znowu się zatrzyma, a 100 metrów dalej drugi jeepney stanie. Ktoś chce skręcić, ktoś zawrócić, ktoś właśnie sobie wypił (na Filipinach policja nie sprawdza trzeźwości), a ktoś ma fantazję chodzić między autami i sprzedawać z ręki bawełniane ściereczki – i lepiej go nie potrącić.
W tym chaosie niepełnosprawnej ławicy wszyscy zachowują stoicki spokój, z pokorą akceptując swój wydłużający się i co chwila przerywany zatrzymaniem los.
Skyway to heaven
Tylko bogaci, szumiący wysoko, dwadzieścia metrów nad ziemią, po swoim skywayu, który nie jest dostępny dla małych motocykli, tricykli, jeepneyów, zbudowali sobie niemal prywatną autostradę do nieba, po której mogą mknąć w swoich nowych Toyotach i Lexusach. Ale i oni w końcu będą musieli zjechać na ziemię, dostać się na swoje prywatne osiedla pośród huczącego trafficu, mijając bose dziecko i rozklekotany rower przed murami willi.
Chciałbym wierzyć, że wtedy przyjdzie im do głowy, by coś zmienić. Ale zamiast tego widzę tylko więcej unoszących się w chmurach, białych wiaduktów, place budowy ciągnące do Clark, leżącego 50 km od Manili – nowego supermiasta, które ma stać się siedzibą parlamentu i oazą dla bogatych polityków. Wolą porzucić Manilę, zbudować nad nią most – za podatki tych, którzy zostali na dole – i ciągnąć podniebnym wiaduktem do miasta aniołów, zostawiając piekło trafficu, piekło, które sami zbudowali, daleko pod sobą.
Ale to piekło nie opuści ich tak łatwo. I za każdym razem, gdy będą zmuszeni pojechać do szkoły, pracy, do jednego z tysiąca malli, na powrót staną się jego więźniami – zakotłowani, zaczopowani, zatrafikowani – w Manili, stojąc pokornie za pełnym jeepneyem, samotnie – w swoim nowym Porsche.
Przeczytaj także:
Z Warszawy do Manili. Moja ucieczka na koniec świata #1
Między szklanym niebem a blaszanym dachem. Pierwsze dni w Manili #2

