Przeczytaj także: Z Warszawy do Manili. Moja ucieczka na koniec świata #1
Przyleciałem tu do pracy, nie na wakacje, ale pierwsze nie musi wykluczać drugiego. Pierwsze dni w oczekiwaniu na biuro to hotelowa duszność – miejsce na styku dwóch dzielnic: perły Manili – BGC (Bonifacio Global Center) z nowojorskim duchem streetów przecinających prostopadłe avenues w cieniach pięćdziesięciopiętrowych wieżowców łączy się z mroczniejszą sferą Makati.
Sytuują mnie w pokoju „Queens Deluxe”, z widokiem na blaszane dachy, spośród których dobiegają dźwięki karaoke i piejących kogutów – jak nienastawionych budzików. W dalszej perspektywie rosną szklane wieżowce, w górę na 60 pięter.

Manila to miasto kontrastów. (fot. Archiwum prywatne)
Obsługa jest tu wyjątkowo miła. Recepcjonistka uśmiecha się do mnie, tytułuje zawsze „sir” i jest gotowa na każde me słowo.
„Czy w moim pakiecie znajdują się śniadania?”
„Niestety nie, sir, ale oferujemy bowle z ryżem za 140 peso”.
„Z ryżem. Oczywiście. Na śniadania”.
„Tak, sir”.
„Firma nie zapłaciła za śniadania…?”
„Let me check… z tego, co widzę, to nie, sir. Pana firma płaci jedynie za hotel”.
Przeczytaj także: Zostawiłem aparat w hotelu i poszedłem robić zdjęcia smartfonem. Jak mi poszło?
Wychodzę na street i znów lokaj do mnie „sir”, i babuszka w sklepie „sir”, i chłopak z junk shopu, obrabiający miedziany kabel nagimi dłońmi, „sir”.
Topię się więc w serowości i gościnności tak niespodziewanej, a jednocześnie próbuję złapać wdech wśród spalin i zapachów tak odmiennych od europejskich, że wykręcają żołądek wielkim znakiem zapytania.
Psy. Żółte psy jak kolby kukurydzy na cieniutkich nogach. Koty. Za małe, płaczące, porzucone w betonowych rogach przez zdechłe matki.
Nastaje wieczór, niespodziewanie, za pstryknięciem Boga, o 18:05. Narasta stres – „zajaram papierosa, tak, zapalę”, bo, jak pisał Witkacy, nikotyna ma właściwe zastosowanie głównie podczas wojny i głodu, a ja przecież jestem jakby na wojnie – na wojnie z samym sobą, a i nic dziś nie jadłem. Wychodzę więc z hotelu i idę w prawo, na Makati.
Zapachy rosną niespodziewanie, intensyfikują się dymem, resztkami jedzenia, upałem, rozsianym przy chodniku śmieciem i spaliną huczącego jak samolot jeepneya (jednego z jeepów pozostawionych tu przez Amerykanów podczas II wojny światowej), i tysiąca bzyczących jak rój pszczół skuterów, i ryczącą setką SUV-ów wielkich jak głód. Przesuwa się to wszystko wzdłuż drogi. Przesuwam się i ja, idąc w nieznane prawo.
Chodnik zmienia się z każdym krokiem, bo zaczyna go brakować. Narastają kartony, gruzowiska, śmieci i bezdomne koty. Jest mi ich tak cholernie szkoda, bo są miłe, ufne i dają się głaskać, jakby świadome w agonii, że bliskość jest naszą jedyną odpowiedzią na cierpienie świata; jak ludzie tu, bo i oni także śpią na chodnikach.

Bezdomny kot w Manili. (fot. Archiwum prywatne)
Jakiś karton, resztka namiotu, przed nim brązowe stopy i nagle „siuu!”, leci woda z kubka na betonowy gruz. Wzdrygnąłem się. Wchodzę pod akwedukt, z którego skapuje woda. Matka myje tu dziecko, ojciec napełnia baniak wodą, a dziad czyści czarne stopy. Mijam ich, skręcam w kolejne prawo i wchodzę między domy. Obiegają mnie dzieciaki, ich wyciągnięte dłonie trafiają na moje monety. Dzieci ze slumsów uśmiechają się i mówią po angielsku lepiej od polskich maturzystów.

Dzieci ze slumsów uśmiechają się i mówią po angielsku lepiej od polskich maturzystów. (fot. Archiwum prywatne)
To nie jest europejskie żebranie na smuta, tu tryskają nadmiary energii w każdym atomie i załomie, i zapachy znów uderzają. Muszę zapalić od tej całej nowości, dostrzegam sklepik i czuję się z tym prawie źle, ale „poproszę Marlboro”. „Ile?” Ile? No – paczkę. Ekspedientka robi wielkie oczy. – „Ale to drogo”, próbuje mnie opanować, ale ja już jestem zdeterminowany – 170 peso – 13 zł. „Oh, and a fire”, „fire” – śmieją się ze mnie z mężem, że nie powiedziałem „lighter”.
Tak tu znają ten angielski. No i zapalam, i świat wokół lekko się wytłumia, oddala – zapachy, widoki, emocje głuchną. Głuchnę. Chcę się dostać teraz do BGC – tego Nowego Jorku bez systemu metra, więc wchodzę dalej w niskie, szare, murowane domki, mijam ludzi, mijam pięciu facetów pijących piwo „Red Horse” z jednego plastikowego kubka.
Przeczytaj także: Wi-Fi na pokładzie samolotów Wizz Air. Gdzie może być haczyk?
Nawołują mnie przyjaźnie i proponują drinka. Uprzejmie dziękuję. I brnę w labirynty między rozwieszonymi ubraniami i światłami telewizorów zza okien pozbawionych szyb, aż wreszcie trafiam na wysoki, metalowy płot. Te dwie dzielnice okazują się odgrodzone trwale i przejścia między nimi nie ma. Getto.
I jeśli jeszcze nie zauważyłeś – Manila jest jednym wielkim kontrastem. Szklanych wieżowców i blaszanych dachów. Designerskich butów i nagich stóp. Drogich perfum i fetoru śmieci. Skrytej powagi biznesmena i szczerego uśmiechu głodującego dziecka.
Kiedy wreszcie trafiam do BGC, pośród wieżowców, świetlnych szyldów, wystaw i ulic, podbiega do mnie bosa dziewczynka. Z uśmiechem wyciąga dłoń po drobne, a drugą masuje się po brzuchu. Wręczam jej to, co mam w kieszeni, a ta uradowana podskakuje, dziękuje i pędzi do sklepu 7-Eleven.
Kiedy wracam do hotelu – przenajmilsza recepcjonistka mówi:
– Sir, właśnie widzę, że pańskie śniadania zostały opłacone.
– Kto za to zapłacił?
– Trudno mi powiedzieć, sir. Ktoś zapłacił do końca pańskiego pobytu. Na śniadanie – życzy pan sobie bowl z kurczakiem czy wołowiną?
– A czy jest może tofu?
– Tofu z ryżem. Of course, sir, have a good night, sir!
CDN.

