Reklama
Kultura

Żulczyk: Nie róbcie z nas nierobów. Dlaczego Stanowski nie ma racji

Spór o dopłaty do ZUS dla artystów błyskawicznie zamienił się w społeczną nagonkę. Wystarczyło kilka politycznych i medialnych narracji, by artyści stali się wrogiem publicznym. Ludzie współtworzący sektor wart miliardy złotych zostali nazwani hobbystami i darmozjadami. Ta reakcja mówi więcej o naszym społeczeństwie niż sama ustawa o statusie artysty.

Jakub Żulczyk
Opinia autorstwa: Jakub Żulczyk
Dzisiaj 06:14
32 min
Jakub Żulczyk w obronie artystów (fot. Piotr Nowak/Radek Pietruszka/Albert Zawada/Marcin Kaliński / PAP)
TYLKO NA
  • Sektor kreatywny to realna gałąź gospodarki, a nie „hobby” – generuje więcej pieniędzy dla budżetu niż górnictwo, które przez dekady otrzymało gigantyczną pomoc publiczną, podczas gdy artyści są wspierani symbolicznie lub wcale.
  • Debata o dopłatach do składek ZUS artystów została zdominowana przez fałszywy obraz „bogatych celebrytów”. Tymczasem ustawa nie dotyczy gwiazd, lecz słabo zarabiających twórców funkcjonujących na śmieciówkach i poza systemem ubezpieczeń.
  • Problem ma charakter systemowy, nie ideologiczny – obecne przepisy są dostosowane do etatu, przez co tysiące pracowników kultury wypadają z ZUS mimo realnej pracy i dochodów.
  • Wsparcie kultury to inwestycja, nie jałmużna – rozwój twórców buduje kapitał społeczny i międzynarodową „soft power”, a także tworzy ekosystem, z którego wyrastają przyszłe sukcesy artystyczne i gospodarcze.

Ten tekst wynika z głębokiej niezgody. Jako pisarz i scenarzysta, a także współwłaściciel platformy wydawniczej reprezentuję polski sektor kreatywny, który generuje ok. 4 proc. polskiego PKB. To dwa razy więcej niż górnictwo węgla kamiennego, do którego państwo polskie od 1990 r. dopłaciło 150 mld zł. 150 mld zł pokrywałoby dopłaty do ZUS polskich słabiej zarabiających artystów przez następne 500 lat, a mimo to opinia publiczna zareagowała na tego typu propozycję niespotykaną agresją i oburzeniem.

Czytaj też: Emerytury artystów z budżetu. Kto zyska, kto straci?

Z szaf powyłaziło pełno trupów, a tym najbardziej zaśmiardłym jest chyba prawdziwe społeczne postrzeganie zawodu artystycznego. Tymczasem nie jesteśmy niepotrzebnymi darmozjadami, roszczeniowymi hobbystami, a naszej grupy zawodowej nie tworzą jedynie odklejeni celebryci. Sam jestem osobą zarabiającą na swoim talencie godnie. Robię w kulturze popularnej, a nie misyjnej (to rozróżnienie bardzo nam się przyda na przestrzeni tego tekstu). Osobiście nie potrzebuję żadnej pomocy państwa, chociaż tę gwarantuje mi przede wszystkim Konstytucja RP, która stanowi, że KAŻDY ma prawo do powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego.

Reklama
Reklama

Przekonać nieprzekonanych

Piszę ten tekst na łamach medium, które przyjęło w tej niesprawiedliwej ofensywie pozycję środkowego napastnika. Dziękuję Ci, Krzysiek, za zaproszenie na łamy. Pisanie tego tekstu na portalu Zero.pl uważam za dużo bardziej sensowne niż przekonywanie przekonanych w mediach, nazwijmy to, bardziej przyjaznych obecnemu resortowi kultury.

Jednym z najczęściej popełnianych przez ludzi błędów poznawczych jest założenie, że jeśli nie wiem o istnieniu jakiegoś zjawiska, oznacza to, że dane zjawisko nie istnieje. Wariantem tego błędu jest przekonanie, że jeśli z czegoś nie korzystam, czegoś nie potrzebuję, to najprawdopodobniej to coś nie jest potrzebne tak naprawdę nikomu – no chyba że w ramach ekscentrycznej fanaberii. Bardzo często widać to w internecie – pod każdym postem o jakiejś znanej osobie jest chociaż jeden komentarz: „A kto to? Bo nie znam”. Nawet jeśli chodzi o Muska, Trumpa czy Taylor Swift.

Piszący taki komentarz stwierdza: skoro nigdy nie słyszałem o takiej osobie, oznacza to, że nie jest to tak naprawdę nikt istotny. Myślałem o tym błędzie poznawczym, oglądając wideo Krzysztofa Stanowskiego na Kanale Zero. W materiale Stanowski grillował – ze wszystkich stron i na najmocniejszym ogniu – ustawę o statusie artysty i propozycję dopłat z budżetu do ZUS najbiedniejszych pracowników tzw. sektora kreatywnego.

Czytaj także: Emerytury artystów z budżetu. Jak rząd sprawdzi, kto nim jest?

Reklama
Reklama

W pewnym sensie Stanowski powiedział to w swoim programie wprost – przyznał się do tego błędu z pewną dumą. „Brak tej ustawy zaszkodzi ludziom, o których nawet nie słyszeliście” – powiedział, dodając, że Kot przecież dalej będzie grał, Żulczyk pisał, a Podsiadło śpiewał. Tak dalej, będę robił swoje, oczywiście.

Żulczyk sobie poradzi. Żulczyk będzie w księgarniach. Ale Żulczyk nie chce, aby w księgarniach byli tylko Żulczyk, Mróz, Bonda etc.

Systemowe zaległości

Zacznijmy może jak trzeba, czyli od początku. W krótkim czasie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego pod przewodnictwem minister Marty Cienkowskiej spróbowało naprawić dwie systemowe zaległości, których wprowadzenie od bardzo dawna postulowało środowisko kultury. Pierwszą z nich była spóźniona, o co najmniej dekadę, nowelizacja opłaty reprograficznej. Drugą – ustawa o tzw. statusie artysty, która przede wszystkim miała wpuścić do systemu emerytalnego ludzi kultury zarabiających mało, dorywczo, zmuszanych do podpisywania śmieciówek i skazanych na samodzielne opłacanie ZUS.

Reklama
Reklama

Obie te inicjatywy zostały pod przewodnictwem Stanowskiego publicznie rozjechane, a ta druga najprawdopodobniej pogrzebana na wiele lat – gdy piszę te słowa, doradczyni prezydenta Nawrockiego, pani Kempa, mimochodem zapowiedziała prawdopodobne weto ustawy, przedstawiając ją jako zbieranie przez rząd przedwyborczych żebrolajków w środowisku artystycznym.

Sam projekt ustawy został przedstawiony przez Kanał Zero jako w najlepszym razie marnotrawstwo publicznych pieniędzy, w najgorszym – ordynarny skok na kasę, przeprowadzony przez zziomalone z rządem środowisko artystów. Efektem była erupcja społecznego gniewu. Media społecznościowe, przede wszystkim X, zaroiły się od komentarzy ludzi deklarujących, że nie zamierzają dopłacać ani złotówki do artystycznego ZUS, ponieważ artysta, który nie potrafi się sam utrzymać, jest hobbystą, a państwo nie jest po to, by utrzymywać hobbystyczną działalność kogokolwiek.

Ów społeczny gniew był o tyle zrozumiały, że kwestia tzw. „emerytur artystów” kojarzyła się do tej pory głównie z zarabiającymi miliony w swoich peakach zwietrzałymi gwiazdami kina i estrady, płaczącymi od czasu do czasu po Pudelkach, że z dawnej glorii i chwały została tysiąc złotych emerytura (ile zostało ZAIKS-ów czy STOART-ów, taka gwiazda nigdy nie wspomina).

To, że nikt nie będzie dopłacał do emerytury przysłowiowemu Cugowskiemu czy Jandzie (czy w dalszej przyszłości Macie, czy Ralphowi Kamińskiemu, czy piszącemu te słowa), próbował sprostować nawet Stanowski, ale mleko się rozlało – na gniew wobec oderwanych od rzeczywistości gwiazd wystarczyło wylać tylko trochę benzyny. A gdy już stało się jasne, że mimo szczerych chęci żaden grubo zarabiający celebryta owych dopłat nie dostanie, gniew został przekierowany na szeroko pojętych, anonimowych „nierobów” i „hobbystów”, których twarzą – dzięki usilnym staraniom Kanału Zero – został pewien niegdysiejszy poeta, a obecnie patofighter.

Reklama
Reklama

Wybuch gniewu

Pod ów pożar podpięli się jak zwykle głodni kapitału społecznego politycy – ze Sławomirem Mentzenem na czele. Społeczna wściekłość na „nierobów” pozwoliła Mentzenowi, libertarianinowi i żarliwemu wyznawcy społecznego darwinizmu, wykonać niebywałego fikołka i przedstawić się społeczeństwu jako wielki obrońca klasy robotniczej, ludzi ciężko pracujących fizycznie i rzekomo okradanych przez zdemoralizowanych darmozjadów.

Mocne słowa jak na faceta, który dorobił się pieniędzy na wymyślaniu coraz to nowych sposobów na zmniejszanie wpływów do budżetu państwa. Ale dobry surfer wie, kiedy wskoczyć na falę – po Mentzenie wskoczył na nią discopolowy pieśniarz Skolim, nazywając potencjalnych beneficjentów ustawy „kurw… i ćpunami”. Znowu, gromka i godna podziwu opinia jak na człowieka, który naprawdę suto je za budżetowe, pobierając rekordowe honoraria od gmin, wsi i samorządów, które zapraszają Skolima na wszelkiego rodzaju obchody, dożynki, dni gmin i miasteczek.

Projekty, przedstawiane przez Krzysztofa Stanowskiego jako mentalna aberracja ministry Cienkowskiej, co ciekawe, wcale nie były jej inicjatywą. Prace nad obiema tymi projektami rozpoczęły się jeszcze w resorcie ministra Glińskiego, podczas rządów PiS. To Piotr Gliński zorganizował w 2017 r. Ogólnopolską Konferencję Kultury, na której wystosował do środowiska kultury, w ogromnej części przeciwnego rządom PiS, zapytanie, czego owo środowisko kultury potrzebuje. I środowisko zgodnie odpowiedziało – przede wszystkim potrzebuje ubezpieczeń.
Sensownego rozwiązania, które przynajmniej zatrzyma nas w tzw. systemie – tu szybka dygresja i zarazem odpowiedź dla pokrzykujących „sami opłacajcie sobie ZUS” hejterów.

Owszem, można samemu sobie opłacać. Ale, tu ciekawostka, z systemu wypada się automatycznie, gdy przy samodzielnym opłacaniu podpisuje się umowę zlecenie; po każdym zleceniu w systemie trzeba rejestrować się od nowa. Branża artystyczna funkcjonuje głównie na śmieciówkach, ale zlecenia stanowią jakiś tam procent dochodów – na przykład w branży literackiej spotkania autorskie w bibliotekach odbywają się w przeważającej większości na ozusowanych umowach, ponieważ umowa o dzieło w przypadku wystąpienia publicznego wiąże się z żmudnym udowadnianiem ZUS, że w przypadku wystąpienia dzieło powstało.

Reklama
Reklama

W wielkim skrócie, funkcjonujący system jest dostrojony pod pracę etatową, która to praca etatowa w sektorze kreatywnym jest rzadkością. Tak zwane wolne zawody są dla systemu błędem i aberracją, no chyba że człowiek przejdzie na tak zwane samozatrudnienie, które przy dochodach poniżej mediany jest skrajnie nieopłacalne.

Najpierw był raport

W każdym razie, Gliński posłuchał, zlecił raport „Policzone i policzeni”, który jako pierwsze takie badanie w Polsce nakreślił w ogóle liczbę twórców oraz opisał ekonomiczne warunki ich bytowania. Mówiąc w skrócie – w większości przypadków, zwłaszcza twórców tzw. misyjnych, nie za wesołe. Kultura jest pod tym względem podobna do sportu – zarabiający fortunę celebryci stanowią ułamek wszystkich ludzi zajmujących się nią zawodowo.

Gliński ostatecznie nie wprowadził ani ustawy o statusie, ani nie znowelizował ustawy reprograficznej. Dlaczego? O tym później. Zrobił to resort ministry Cienkowskiej, dając przy okazji ciała na wielu frontach. Największym grzechem Cienkowskiej był niewyobrażalnie nieudolny PR, indolencja komunikacyjna, brak jakiejkolwiek potrzeby wytłumaczenia zasadności tych ustaw opinii publicznej oraz kompletne zamknięcie się na doradcze głosy środowiska, które oferowało chociażby wypisanie podstawowych bullet pointów. Nie posłuchano, a te dziesiątki błędów od razu zostały wykorzystane zarówno przez libertariańskich populistów z Mentzenem na czele, jak i przez naczelnego Kanału Zero, który od dawna prowadzi zażartą medialną wojnę z opłatą reprograficzną.

Reklama
Reklama

Sama ustawa w wersji resortu Cienkowskiej również mogłaby być lepsza, a przynajmniej klarowniejsza. Przepis o poziomie rocznych zarobków, co do których artysta może ubiegać się o finansowanie, mógłby być jaśniejszy (chociaż, znowu, insynuowanie, że osobom zarabiającym w granicach pensji minimalnej zostanie cokolwiek odjęte od pensji, jest czystym populizmem).

Natomiast kryteria nadawania statusu artysty zawodowego, wbrew temu, co insynuuje Krzysztof Stanowski, są dosyć jasne. Tym kryterium są udokumentowane zarobki za pracę artystyczną – zagranie koncertu, skomponowanie utworu, napisanie utworu literackiego, zrobienie przekładu, zrobienie rzeźby etc. Tym samym, w ten oto oczywisty sposób, ustawa eliminuje tak zwanych hobbystów, obejmuje za to ludzi, którzy na szeroko pojętej twórczości zarobili już jakieś pieniądze, ergo – hobbystami nie są. Jest tutaj pewien dość sensowny wyjątek – ustawa będzie obejmowała przez trzy lata absolwentów uczelni artystycznych, aby wpuścić do systemu młodych artystów na tak zwanym dorobku.

Komisja od oceny dorobku

Zrozumiałe niezrozumienie budzi wątek komisji mających przyznawać ów glejt artysty zawodowego. Pachnie to PRL-em albo początkiem kultowego filmu „Psy” – mówiąc szczerze, sam czułbym się nieswojo, gdybym musiał przed taką komisją tańczyć na rzęsach, aby udowodnić, że jestem legitnym, jak mawia młodzież, artystą z dorobkiem.

Są jednak granice absurdu i złej woli przy krytykowaniu tego projektu. Krzysztof Stanowski w swoim wideo zakłada, że przeciętny członek komisji będzie jej używał do tego, aby się nachapać i nakraść, no bo od tego są wszelakie komisje w Polsce. Z tym że rzeczywistość nie wygląda tak do końca. Komisje działają w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej (PISF). O ile można mieć różne zastrzeżenia do ogólnej efektywności i sprawiedliwości, to system ogólnie działa, jest transparentny i uczciwy.

Reklama
Reklama

Miałem parokrotnie zaproszenia do prac różnych komisji przy PISF. Nigdy ich nie przyjąłem i jest mi trochę głupio, ponieważ jest to jakaś forma służby środowisku, które przyjęło mnie do siebie i dzięki któremu zrobiłem fajne rzeczy, dobrze przy tym zarabiając. Nie przyjąłem tych propozycji z dwóch powodów. Pierwszy: ja naprawdę nie lubię oceniać prac innych. Drugi jest ważniejszy – nie mogłem zmieścić w swoich zajęciach ciężkiej pracy (ocena merytoryczna pitchów i treatmentów, obrady komisji, pisanie raportów) za naprawdę symboliczne pieniądze, dużo mniejsze niż dostanę za napisanie tego artykułu. Naprawdę, Krzysiek, uwierz mi, gdy piszę, że nie była to okazja, aby się nachapać.

Czytaj także: Nowe dopłaty dla artystów. Krzysztof Stanowski punktuje nieścisłości w ustawie

Wynagrodzenie za oceniony (przeanalizowany, opisany) wniosek w przypadku ustawy o statusie artysty miało wynosić pięćdziesiąt złotych. A to, że do komisji zgłosi się nagle 100 tys. osób, w tym imigrantów z Afryki, że siedzące w niej cwaniaki po odbębnieniu 100 tys. wniosków dostaną nagle do podziału soczysty łup pięciu baniek państwowej kasy, za które to bańki kupią następnie sobie używany jachcik, na którym to jachciku będą sobie za nasze leżeć i lżyć Polskę – no, to są już jakieś, delikatnie mówiąc, sny o dziwnej potędze.

Wspieranie swoich

I tutaj wracamy do Glińskiegow wersji zaproponowanej przez jego resort zarówno ustawa o statusie, jak i nowelizacja opłaty miały dużo więcej sensu, gdyż próbowano połączyć je w jeden wewnętrzny ekosystem, w którym to branża kultury wspierałaby samą siebie. Trochę tak jak w przypadku funduszu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, na który zrzucają się kiniarze, dystrybutorzy, streamerzy itd. I z powodu tegoż połączenia projekt Glińskiego upadł – za tym upadkiem stali kręcący się wokół prezydenta Dudy lobbyści branży technologicznej, którzy uważali wprowadzenie ustawy reprograficznej za zamach na swoje własne zyski.

Reklama
Reklama

Oczywiście, znam stosunek Kanału Zero do ustawy reprograficznej. Nikt nie zrobił tak wiele dla zobrzydzenia tego projektu jak medium, do którego piszę ten artykuł. Nowelizacja została znowu okrzyknięta napaścią na kieszenie ciężko pracujących Polaków, pomimo tego, że tzw. „private copying levy” funkcjonuje w mnóstwie krajów, by wspomnieć Kanadę, Francję, Niemcy, Brazylię, Włochy, a zyski z niego w całości są wykorzystywane do tworzenia wszelakich stypendiów, programów pomocowych i generalnego wspierania kultury jako takiej. Znowu część zarzutów w kierunku nowelizacji nie jest zupełnie pozbawiona podstaw.

Czytaj także: Minister ogłasza pożegnanie z latami 90. Nowa opłata staje się faktem

Owszem, pytania, czy rozszerzanie nowelizacji o tzw. czyste nośniki (typu CD-ry, sticki USB) jest zasadne w roku 2026, gdy na pierwszy rzut oka z tego typu nośników mało kto korzysta, a samo upowszechnienie streamingów sprawiło, że dużo mniej ludzi wymienia się rąbanymi z torrentów empetrójkami czy filmami, zamiast tego konsumując kulturę w abonamentach i subskrypcjach. „Legalnie płacę, a i tak robią ze mnie pirata” – oponuje Stanowski. To zrozumiałe stanowisko z perspektywy konsumenta, który może nie chcieć płacić 30 zł drożej za kosztujący 3 tys. zł telefon (która to cena, zakładając, że producent przerzuciłby ten koszt na konsumenta, i tak zapewne byłaby zamortyzowana przez detalistę w ratach, promocjach itd.). Tylko trzy małe „ale”.

Powszechne piractwo

Po pierwsze, dużo więcej ludzi płaci legalnie za kulturę niż jeszcze dwie dekady temu. Fajnie, ale przez te dwie dekady mnóstwo artystów padło ofiarą powszechnego piractwa i wymiany plików. Po drugie, streamingi, które subskrybujecie, są oparte na bardzo eksploatacyjnym modelu dostępu do kultury. Z perspektywy konsumenta to fantastyczna sprawa mieć np. dostęp do prawie całej muzyki popularnej stworzonej przez ostatnie 100 lat za cenę jednego kompaktu miesięcznie. Ale ten system, tak jak tantiemowy, premiuje tylko i wyłącznie najlepszych i najpotężniejszych.

Reklama
Reklama

Wcale nie trzeba być niesłuchanym przez nikogo artystą, aby nie zarabiać na streamingu zupełnie nic. Milion odsłuchów danego utworu generuje, uśredniając, 10 tys. zł brutto przychodu. Te pieniądze trzeba rozdzielić na dystrybutora, niekiedy wytwórnię oraz samego artystę w proporcjach wynikających z danej umowy licencyjnej. Czy są to wstrząsająco wielkie pieniądze, czy utwór odsłuchany milion razy na platformie można już nazwać popularnym – pozostawiam te fakty do oceny czytelnikom.

Po trzecie i najważniejsze, nielegalna wymiana plików wciąż ma się świetnie. Na serwisach wymiany plików są dostępne wszelkie najnowsze premiery filmowe, muzyczne i książkowe. Jasne, piractwo nie jest czymś zero-jedynkowo złym, nie każdy spiratowany plik jest z automatu straconym egzemplarzem, biletem do kina czy nośnikiem; sam dostawałem wiele wiadomości od ludzi, którzy kupili moje książki, pobierając je najpierw nielegalnie z serwisu ze zwierzątkiem.

Aha, i jeszcze po czwarte. Środki z opłaty reprograficznej trafiają do organizacji zarządzania prawami autorskimi. W Polsce takie organizacje to na przykład ZAIKS i ZAPA. Są to organizacje wypłacające artystom tantiemy, czyli pieniądze należne np. autorowi tekstu piosenki z tego tytułu, że piosenka jest grana w radiu, a scenarzyście serialu za to, że jego serial jest powtarzany w telewizji czy opublikowany na platformie streamingowej. Te organizacje nie są finansowane z pieniędzy podatników. Znowu ich budżet pochodzi z opłat wnoszonych przez podmioty nadawcze, radia, telewizje, streamerów, producentów nośników itd., tworząc branżowy ekosystem podobnie jak w przypadku PISF.

Reklama
Reklama

Innymi słowy, w Polsce istnieją już różne dobra, w których cenę jest wliczona opłata na rzecz tantiem dla artystów, bo tym de facto jest opłata reprograficzna. Są to niemal wszystkie bilety na koncerty, do kina, do teatru, do opery oraz ceny dań i innych usług we wszystkich lokalach, które odtwarzają publicznie muzykę albo mają włączony telewizor. I tak, są lokale, w których gra muzyka tzw. royalty free. Są często oznaczone nalepką typu „przestrzeń wolna od ZAIKS-u”, a w środku lecą z reguły covery Norah Jones grane przez smoothjazzowo-weselną kapelę. Wkrótce te covery zastąpi pewnie AI slop, którego jeszcze bardziej nie będzie się dało słuchać.

Czytaj także: Kochana, co by tu jeszcze zniszczyć na rynku książki? Czyli o flircie pisarzy z AI

Artysta to nie rolnik

Nawet jeśli ktoś uważa, że zwiększona o jeden procent cena urządzenia jest gwałtem na jego prawach konsumenckich, przyzna, że uczciwszym modelem od zaproponowanego przez ministrę byłby inny model. W nim na dopłaty do ZUS biedniejszych artystów dorzucaliby się producenci urządzeń, na których konsumowane są treści objęte prawami autorskimi, zamiast wszystkich podatników.

Nie jestem mistrzem PR i współczuję każdemu, kto próbowałby sprzedać te rozwiązania społeczeństwu tak, aby chwyciły i nie zostały odwrócone szybkim, populistycznym spinem jako rabunek dokonany przez odklejone elity na ciężko pracujących obywatelach. Rzeczywiste cyfry i rzędy wielkości – jak wspomniałem na początku, Polska wydaje nieporównywalnie więcej pieniędzy na osłony dla kompletnie nierentownego górnictwa, pomoc dla przedsiębiorców, KRUS itd. – nie mają tutaj żadnego znaczenia.

Reklama
Reklama

Artysta to nie rolnik, chleba nie upiecze, to przeca obszczymur i szarpidrut. Fakty ekonomiczne również – na przykład takie, że całe sektory polskiej kultury: teatr, opera, muzyka poważna, etnografia – po prywatyzacji zwyczajnie przestają istnieć, bo nie są podmiotami jakkolwiek wydolnymi wolnorynkowo, nawet przy zapełnionych salach i wyprzedanych na lata biletach.

Tymczasem wspieranie kultury w Polsce nie jest dotowaniem, jałmużną, darowizną ani socjalem. Wspieranie kultury w Polsce to inwestycja, która może odpłacić się po wielokroć w postaci tzw. „soft power” – tej trudno uchwytnej, miękkiej pozycji danego państwa na arenie międzynarodowej. USA są światową potęgą również dlatego, że są światową potęgą kultury masowej. I jeśli nie ma to według was żadnego znaczenia, zadajcie sobie pytanie, dlaczego w Chinach niedostępny jest Netflix oraz inne amerykańskie platformy streamingowe.

Czytaj także: Jak Apple zaczął przegrywać z Huawei, a Tim Cook kłamał inwestorom

Nasza karta w talii

Popularny na całym świecie artysta, zdobywca Oscara bądź Nobla tudzież „intellectual property” o globalnej skali nie są obojętne dla pozycji państwa na arenie międzynarodowej. Pomagając wielu początkującym, słabiej sytuowanym artystom, tworzymy i inwestujemy w cały ekosystem, który być może wyda kogoś znaczącego na skalę światową, kogoś, z kogo będziemy mogli być dumni, kto będzie naszą kartą w talii – a przynajmniej kogoś, kto nagle odniesie wielki sukces komercyjny i odda to, co zainwestowane, po wielokroć w zapłaconych podatkach.

Reklama
Reklama

Laureaci literackich Nobli, Oscarów, Palm w Cannes, zwycięzcy Biennale w Wenecji nie dostają ich na początku swojej drogi. Przez długi czas są tymi „niepotrzebnymi hobbystami”, jak większość ich grupy zawodowej, którzy tułają się po świecie od tekstu do tekstu, od ubezpieczenia do ubezpieczenia. Przełom na drodze artystycznej może nastąpić naprawdę późno. Skoro już jesteśmy przy Noblu – średnia wieku laureatów to 65 lat, a Tokarczuk, odbierając medal w wieku 57 lat, była Noblistką naprawdę młodą.

Olga Tokarczuk odbierając Nagrodę Nobla w wieku 57 lat była naprawdę osobą młodą - pisze Jakub Żulczyk. (fot. Eklund Robert/Stella Pictures/ABACA / PAP)

Ozusować wszystko

Oczywiście, to są wszystko płacze nad rozlanym mlekiem. Niestety, ale szanse stworzenia spójnego systemu wspierającego artystów w Polsce moim zdaniem poległy i zostały pogrzebane na długi czas. Być może jedynym uczciwym – zdaniem piszącego te słowa – rozwiązaniem, które w ogóle usankcjonowałoby rozmowę o uczciwym urynkowieniu zawodów artystycznych, byłoby ozusowanie wszystkich umów cywilnoprawnych, czyli umów o dzieło, licencji, tantiem itd.

To przynajmniej stworzyłoby pewne ramy równości – ludzie ze środowiska kultury, zmuszani do podpisywania śmieciówek przez zleceniodawców albo, jak w wypadku umów licencyjnych, niemający innego prawnie wyjścia, przynajmniej dostawaliby emeryturę taką jak ludzie zatrudnieni na umowę o pracę. Czytaj – adekwatną do zarobionych pieniędzy, liczby podpisanych umów i sprzedanych licencji.

Reklama
Reklama

„Zmuszani” jest tutaj swoją drogą słowem kluczem. Dla większości pracowników kultury nie ma innego wyjścia niż podpisanie nieozusowanej umowy.

Do wszystkich hejterów – jeśli wymagacie od artystów podporządkowania się w pełni urynkowionej rzeczywistości, to przynajmniej pozwólcie im uczciwie się urynkowić. I nie piszcie, proszę, o tym, że „ZUS można sobie płacić samemu”. Najmniejsza samodzielnie płacona składka to na ten moment 800 zł miesięcznie. Ale rozumiem, że parająca się działalnością kulturalną osoba, zarabiająca średnio trzy–cztery tysiące miesięcznie, skazana na podpisywanie śmieciówek, próbująca utrzymać za to siebie i rodzinę, ma po prostu się przebranżowić, zmienić robotę, cofnąć czas i wybrać inny zawód, i w ogóle najlepiej się zamknąć.

Niezweryfikowany artysta

Podobne postulaty stawia w swoim programie Stanowski, tworząc kategorię „artysty niezweryfikowanego przez rynek”. Jeśli ktoś nie jest w stanie się utrzymać ze swojej pracy, niech po prostu idzie żreć gruz, bo jedyną wartością sztuki jest jej kapitał finansowy. Umiesz się sprzedać albo idź w cholerę.

Nie zgadzam się, że jedyną miarą jakości artysty jest generowany przez niego pieniądz. Zamiana dóbr kultury w czysto urynkowiony towar to przede wszystkim koniec jej rozwoju, bo ta idzie do przodu przede wszystkim na swoich peryferiach. Rozwój kultury, podobnie jak rozwój nauki, sportu i każdej ludzkiej dziedziny, bierze się z wolności i eksperymentu.

Reklama
Reklama

Dziesiątki tysięcy artystów, tworzących swoją robotę, składają się na ekosystem kultury, w którym mielą się nowe formy, kształty, idee, środki wyrazu oraz technologiczne rewolucje. To na gruncie tego całego fermentu wyrastają ci najwięksi, tworzący dzieła zmieniające paradygmat albo rezonujące z milionami. Wielkie drzewa nie wyrastają na pustyniach. Artyści inspirują się innymi artystami. Nie byłoby piosenek Radiohead bez kompozycji Pendereckiego, fenomenu filmu „Matrix” bez kontrkulturowych powieści science fiction Philipa K. Dicka i J.G. Ballarda, fenomenu Kanye Westa bez setek nieznanych artystów, których twórczość wysamplował.

Inwestując w kulturę, ponosimy ryzyko, że czasami wspomożemy coś ostatecznie bezwartościowego. Ale ponosimy już podobne ryzyko, chociażby dopłacając jako państwo do start-upów i młodych biznesów – same regionalne, wojewódzkie programy dla młodych firm mają budżety rzędu kilkudziesięciu milionów złotych, nie mówiąc o europejskich programach takich jak FENG.

Czytaj także: „To jest fenomenalne, ale przerażające!” Wywiad z Piotrem Latałą

Czarno-biały podział

Do tego tworzony przez Stanowskiego czarno-biały podział na artystów, którzy nieźle sobie żyją ze sprzedaży swoich praw autorskich, a głodujących noł-nejmów, których twórczości nie kojarzą nawet ich własne rodziny, zwyczajnie nie wytrzymuje kontaktu z rzeczywistością. Ta jest dużo bardziej skomplikowana i bardzo wielu realnie popularnych, potrzebnych, wartościowych artystów potrafi się w niej finansowo szarpać. Serwisy streamingowe wygrały w masowej skali z piractwem, ale jak już pisałem wyżej przy ustawie reprograficznej, zrobiły to, oferując niewyczerpany, subskrypcyjny dostęp do kultury po dumpingowej cenie.

Reklama
Reklama

W dzisiejszym świecie można być artystą, który robi rzeczy ważne dla wielu ludzi, jest słuchany, podziwiany, odbierany przez dziesiątki tysięcy odbiorców na całym świecie, a musi przy tym strasznie się naharować, aby zdobyć jakieś względne bytowe minimum. I oczywiście, ów artysta ma do dyspozycji różne inne narzędzia – muzyk np. sprawiedliwe serwisy typu Bandcamp, umożliwiające mu sprzedaż muzyki bezpośrednio do konsumenta, sprzedaż merchu itd.

Ale to nie jest tak, że świat dzieli się tylko na dużych i żadnych. Tych średnich jest pełno, mają różną wagę, zajmują różne pola na planszy. „Ta ustawa dotknie tylko artystów, o których nie słyszeliście” – mówi w swoim wideo Stanowski. No tak, skoro o nich nie słyszałeś, drogi widzu, to znaczy, że są nieistotni, nie mają znaczenia, są niepotrzebni nikomu, a już na pewno Stanowskiemu.

Pozwolę sobie przedstawić to na przykładzie mojej własnej branży. Sam żyję całkiem nieźle, ale jestem w bardzo uprzywilejowanej pozycji autora tzw. wielkich bestsellerów. Moje książki sprzedają się w nakładach plus minus 100 tys. egzemplarzy. Takie nakłady kwalifikują mnie do bardzo elitarnego grona, jest nas w Polsce raptem kilkanaście osób i raczej wszyscy tworzymy literaturę gatunkową/popularną.

Ale jest też w Polsce mnóstwo autorów tworzących wartościową literaturę, reportaże, książki popularnonaukowe, zdobywających nagrody. Poruszających ważne społecznie kwestie, opowiadających w zajmujący sposób historię, technologię itd. Średni nakład polskiej książki to dwa, trzy tysiące egzemplarzy. Dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy to już bestseller, a przynajmniej bardzo dobra sprzedaż.

Reklama
Reklama

Te dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy gwarantuje autorowi, przy standardowej umowie wydawniczej, dochód rzędu czterdziestu, pięćdziesięciu tysięcy złotych brutto. Książkę, o ile nie jest się Mrozem, pisze się około roku. Zawsze możesz zostać Mrozem albo iść do normalnej pracy, jak napisałby skwapliwie życzliwy internauta. Ale tak, można być autorem czytanym, lubianym, słuchanym, ważnym i mieć dochód z tego rzędu owej minimalnej krajowej.

Łaska publiczności jeździ na bardzo pstrym koniu. To fajnie, jeśli moment chwały pozwoli odłożyć poduszkę finansową na trudniejsze czasy, o ile komukolwiek będzie to dane.

Kultura misyjna

No dobrze, ale ja wciąż piszę o ludziach będących w tak zwanym szerokim obiegu kultury popularnej, na przykład popularnych autorach książek. A nie tylko do nich miała być w dużej mierze skierowana ustawa o statusie artysty! I właśnie, czy ktoś zdołał powiedzieć, komu ta ustawa miałaby tak naprawdę pomóc? No, tego trudnego egzaminu nie zdał nikt – ani Cienkowska, ani Stanowski.

Ale uwaga – tak naprawdę moja własna zgoda bądź niezgoda na urynkowienie kultury niewiele znaczy w obliczu najprostszego faktu – oprócz kultury komercyjnej i popularnej mamy w Polsce, tak jak w większości krajów na świecie, tak zwaną kulturę misyjną. Ta oto kultura misyjna współtworzy na różne sposoby tożsamość danego państwa.

Reklama
Reklama

Czasami współtworzy ją, prezerwując, czasami wchodząc w dyskurs, polemizując, podważając i kwestionując. Czasami przystawia nam do twarzy lustro, w którym odbijamy się sami jako obywatele. Czasami uświadamia nam naszą współczesność. Czasami przypomina nam naszą historię, czasami proponuje, abyśmy popatrzyli na nią na nowo, przez pryzmat naszej współczesności.

Bo do tego jest również kultura – nie tylko do wypełniania wolnego czasu, przekazywania emocji i tworzenia tymczasowych wspólnot. To, jak płytka, szkodliwa i zwyczajnie głupia jest obecna debata o kulturze i artystach, bardzo dobrze pokazuje ten fragment listu otwartego Gildii Reżyserek i Reżyserów Teatralnych:

Od artystów oczekuje się realizowania misji publicznej – mają tworzyć sztukę ogólnodostępną, darmową i wzbogacającą narodowe dziedzictwo, a przy tym napędzać turystykę i ubarwiać naszą codzienność. Jednocześnie w sferze prywatnej zostają sami z obowiązkiem zadbania o własne ubezpieczenie społeczne.

Czym jest ta misja publiczna? W Polsce jest mnóstwo twórców regionalnych, prezerwujących kulturę regionalną, stare tradycje, tańce, śpiewy, instrumenty. Tworzących sztukę za pomocą starych technik. Ludzi, jakby nie patrzeć, podtrzymujących tożsamość narodową, jak chociażby Piotr Braszak – muzykant prezerwujący pieśni diaspory polskiej, który był stypendystą w tym samym programie ministerialnym co pewien wspomniany już freak fighter i kiper mefedronu.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Kontrowersje wokół emerytur dla artystów. Cienkowska pod ostrzał wystawiła malarkę

Są muzycy – grający klasykę, muzycy orkiestrowi, grający w filharmoniach; są muzycy awangardowi, grający jazz. Są aktorzy i twórcy teatralni, w tym aktorzy teatrów lalek, tworzący sztukę dla dzieci. Są tłumacze literatury, w tym klasycznej i antycznej. Kuratorzy i badacze. Są pracujący z młodzieżą pedagodzy. Są wspaniali ilustratorzy, rzeźbiarze, twórcy komiksów, fotografowie. Są filmowcy, w tym dokumentaliści, którzy są w ciągłym zbieraniu środków na swoje projekty. Nie, beneficjentami tej ustawy nie mieli być piszący do szuflady autorzy bezwartościowej grafomanii, marzący o karierze raperów twórcy koślawych beatów wrzucanych na SoundCloud czy inni tego typu niespełnieni hobbyści.

Pozbawieni głosu

Oprócz Podsiadły, Kota czy Żulczyka Polska ma pełno wspaniałych artystów. Pozwolę wymienić sobie nazwiska kilkunastu z nich – zaznaczając bardzo gorąco, że nie mam pojęcia, jaki jest stosunek twórców do opisywanych tu ustaw oraz czy chcieliby oni tudzież mogli być ich beneficjentami. Robię to, aby pokazać ułamek tego ogromnego, a bardzo kruchego świata, będącego ciągle na łasce medialnych i politycznych zawirowań.

Wspaniały pieśniarz Adam Strug. Kompozytor i producent Bartek Kruczyński. Wybitni autorzy komiksów – Jacek Świdziński czy Wojtek Wawszczyk. Pisarka Ishbel Szatrawska, autorka poruszającego „Wyroku”. Wybitny poeta Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. Wspaniali awangardowi muzycy, tacy jak Jerzy Mazzoll, Tomasz Gwinciński, Władysław Zimpel. Reżyserzy teatralni, tacy jak Katarzyna Minkowska. Młodzi filmowcy – Damian Kocur, Emi Buchwald, Jagoda Szelc. Malarze i malarki, tacy jak Karol Palczak czy Dominika Kowynia. Mógłbym jeszcze tak długo. Po prostu, jak to mawia młodzież, zachęcam sprawdzić.

Reklama
Reklama

Nie zgadzam się na dyskredytowanie pracy ludzi kultury jako nieistotnej, niepoważnej, krotochwilnej i hobbystycznej. Nie zgadzam się na cyniczne granie na społecznych resentymentach oraz stereotypach. Jasne, nic łatwiejszego od znalezienia wśród kulturalnych elit ludzi bogatych, najedzonych, a jednocześnie odklejonych od rzeczywistości i totalnie histerycznych. Są ludzie, którzy mają mnie samego za taką osobę, i nie będę się z tym kłócił, zapracowałem na tę opinię różnymi polaryzującymi wypowiedziami.

Ale polska kultura, ten bogaty i piękny świat, ma swój prekariat i swój proletariat – ludzi pracujących ciężko, twórczo. Ludzi, których praca rodzi wymierne i cenne owoce. Ci ludzie nie zasługują na plucie im w twarz przez pseudo-obrońców „zwykłego człowieka” i populistycznych cyników. Ci pozbawieni głosu, który daje masowa rozpoznawalność, nie powinni płacić ani za upomnienie się o to, co tak naprawdę gwarantuje im konstytucja, ani za głupie żale odklejonych celebrytów, pokazujących swoje kwitki emerytalne, ale skwapliwie milczących o swoich raportach z ZAIKS-u.

Mógłbym jeszcze długo pisać o głębszym podglebiu mającej miejsce nagonki. Być może jego podłożem jest jakaś głębsza, społeczna niechęć do zawodów artystycznych; uznanie, że nie są one tak naprawdę „prawdziwą pracą”, że ludzie wykonujący te zawody prowadzą jakieś niepoważne i krotochwilne życie, za które powinni codziennie przepraszać resztę społeczeństwa. Do tego jakieś dziwne niezrozumienie faktu, że każdy zawód artystyczny wymaga zdobycia trudnych, technicznych, fizycznych, doskonalonych latami umiejętności, na których opanowanie ledwo starcza jednego życia.

Czytaj też: Witkacy w Katowicach. Do muzeum trafiło 38 nowych dzieł

Reklama
Reklama

A być może cała ta sytuacja jest elementem politycznej gry. Skoro wszyscy wiemy, że w całym zachodnim świecie środowiska kultury w przeważającej większości popierają socjaldemokratyczno-lewicową stronę sceny politycznej, to przed zbliżającymi się wyborami spróbujmy ją jak najbardziej udupić, aby wytrącić z rąk rządzącej koalicji cenne głosy poparcia wśród znanych i lubianych. I tutaj znowu uwaga – tak, sam wielokrotnie mam dość paplania oświeconych mędrców olimpu kultury polskiej, próbujących zdyskredytować polityczne wybory społeczeństwa – ale dlaczego mają płacić za to cenę ci, których opinii nikt nie słucha, którzy robią swoje u podstaw, służąc polskiej kulturze i którzy po prostu próbują przetrwać?

Jeśli uważamy, że ta służba jest z gruntu bezwartościowa, jeśli jedyną miarą jej celowości ma być zysk finansowy, to możemy równie dobrze uznać, że nie potrzebujemy kultury jako takiej.

A z takim poglądem nie mam nawet zamiaru polemizować.

STANOWSKI: ARTYŚCI, CIENKOWSKA I SKANDALICZNA USTAWA

Źródło: Zero.pl
Jakub Żulczyk
Jakub ŻulczykPisarz, scenarzysta i dziennikarz, autor bestsellerów. Twórca powieści „Ślepnąc od świateł”, „Wzgórze psów”, „Czarne Słońce”, „Informacja zwrotna” i „Kandydat” - autor zewnętrzny