Poseł za przyniesienie do Sejmu projektu ustawy, którą napisała wielka międzynarodowa korporacja, powinien zostać objęty infamią i tracić mandat. Inaczej nic się nie zmieni. Dostaliśmy właśnie czarno na białym, jak działał polityk Koalicji Obywatelskiej, aby zniszczyć polski biznes i wesprzeć zagraniczny.
Konsekwencje? Koledzy z Koalicji Obywatelskiej powiedzieli, że to prywatna inicjatywa posła Jerzego Meysztowicza. Poprosili go, by nie robił tego więcej.
A Meysztowicz, niezrażony, dalej wyzywa ludzi, którzy zwrócili uwagę na jego patologiczne zachowanie.
Poseł i „jego” ustawa
Niektóre historie mają różne odcienie szarości. Tym razem sprawa jest jednak jasna: czarne i białe. Poseł Koalicji Obywatelskiej Jerzy Meysztowicz jest albo idiotą, albo złodziejem.

Poseł Meysztowicz przedstawił w Sejmie projekt ustawy napisany przez zagraniczną korporację. (fot. Zero.pl)
Świadczy bowiem usługi, za które wielu ludzi bierze duże pieniądze. I jeśli robi za darmo to, za co inni biorą pieniądze - no to pierwszy wariant.
A jeśli przyjmuje coś za prezentowanie wrzutek zagranicznych korporacji jako własne - to drugi.
Gdyby ktoś nie znał sprawy, spieszę z przypomnieniem. Na początku tygodnia Jakub Styczyński, dziennikarz Zero.pl, opisał ją w artykule Lobbing w Sejmie. Poseł KO „przygotował” projekt ustawy. Napisał go wielki biznes
„Jerzy Meysztowicz z Koalicji Obywatelskiej podsunął posłom propozycję przełomowych przepisów dotyczących wartego 60 mld zł rocznie rynku aptecznego. Portal Zero.pl ustalił, że przygotowały je organizacje reprezentujące interesy zagranicznych przedsiębiorców. Po przyjęciu ustawy duży biznes mógłby przejąć cały strategiczny dla państwa sektor” - zaczął swój tekst Styczyński.
Sam Meysztowicz zaś niczemu nie zaprzeczył. Ba, przyznał, że projekt ustawy, który zaprezentował w Sejmie podczas prac zespołu parlamentarnego ds. aptek, napisał nie on, lecz ktoś inny. I uznał to za naturalne wsłuchiwanie się w głos przedsiębiorców.
Sprawa wyszła na jaw być może tylko dlatego, że Meysztowicz – choć nie wiadomo jeszcze, czy jest złodziejem (ma to sprawdzić Centralne Biuro Antykorupcyjne, o ile wcześniej nie zostanie zlikwidowane; Meysztowicz głosował za likwidacją) – postarał się pomóc w wykazaniu tezy, że jest idiotą. W pliku z projektem ustawy, który przekazał do Sejmu, pozostawił metadane.
W nich zaś Jakub Styczyński znalazł, że autorem dokumentu jest Aleksander Olszewski. To adwokat w znanej (i świadczącej drogie usługi) kancelarii GKK Gotkowicz Kosmus Kuczyński i Partnerzy Adwokaci, która obsługuje sieć aptek Gemini (kontrolowaną w całości przez zagraniczny kapitał). Zapytany przez Zero.pl o swój udział w sprawie, prawnik zasłonił się koniecznością dochowania tajemnicy adwokackiej.

Poseł Koalicji Obywatelskiej przyznał się, że projekt ustawy napisał wielki biznes. (fot. Zero.pl)
Ostatnim edytującym plik był Mariusz Kisiel ze Związku Aptek Franczyzowych i Pracodawców RP. To farmaceuta powiązany z siecią aptek Gemini.
Zagraniczne lepsze od polskiego
Projekt ustawy, w największym skrócie, doprowadziłby do upadku polskich aptek. Spowodowałby za to rozrost zagranicznych sieci aptecznych.
Meysztowicz, po ujawnieniu jego niecnych uczynków, zaczął przekonywać, że on chciał po prostu odwrócić patologię wprowadzoną za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi o ustawę nazywaną „Apteką dla aptekarza”.
Tyle że poseł Koalicji Obywatelskiej, wespół z wielką zagraniczną siecią aptek, postanowił zmienić nie tylko przepisy wprowadzone przez PiS, lecz także regulacje obowiązujące od kilkudziesięciu lat.
Od maja 2004 r. obowiązuje bowiem w prawie farmaceutycznym tzw. limit antymonopolowy. Od 2004 r. jeden przedsiębiorca nie może mieć więcej niż 1 proc. aptek w województwie. Wcześniej, przed majem 2004 r., było tak, że jeden nie mógł mieć więcej niż 10 proc. aptek w kraju.
Co zaproponował Meysztowicz? By wprowadzić limit 20 proc. w skali województwa, a do limitu nie wliczać aptek franczyzowych – czyli formalnie prowadzonych przez innego przedsiębiorcę, ale w praktyce kontrolowanych przez dużą sieć apteczną.
Czytaj także: Jak działa lobbing w Sejmie. Róża Rzeplińska o ustaleniach Zero.pl
Co by to oznaczało w praktyce? Ano tyle, że w kilka lat po wejściu w życie przepisów ustawy Jerzego Gemini-Meysztowicza, na rynku pozostałoby kilka dużych sieci aptecznych. A największe byłyby w stanie kontrolować po 40 proc. rynku.
Jednocześnie narracja Meysztowicza, że chciałby pomóc drobnym przedsiębiorcom, jest kłamliwa. Który drobny przedsiębiorca potrzebuje przepisów pozwalających mu na bycie właścicielem kilku tysięcy aptek? Czy nie wystarczyłoby mu, dajmy na to, 15?
Polityczna kompromitacja
Mniejsza o to, kto ma jakie poglądy na rynek. Być może niektórzy z Was nie widzą nic złego w tym, że rynek apteczny będzie kontrolowany przez 3-4 zagraniczne podmioty. „Prawa wolnego rynku”, powiecie.
Okej, nie czuję potrzeby w tym miejscu się o to sprzeczać. Istota jest bowiem inna: polityk partii władzy przyniósł projekt ustawy do Sejmu, którego nie napisał. Co gorsza, napisali go nie niezależni eksperci (np. legislatorzy zatrudnieni przez klub parlamentarny), w czym nie byłoby nic złego, tylko przedsiębiorcy najbardziej zainteresowani przejęciem polskiego rynku.
To skrajna patologia. A władze Koalicji Obywatelskiej, skoro nie wyrzuciły Meysztowicza z klubu (ponoć dostał naganę), najwidoczniej mają pretensje nie o chęć dobicia polskich przedsiębiorców. Mają pretensje do Meysztowicza jedynie o to, że robił to głupio i cała sprawa wyszła na jaw.

