Każdy sika do basenu, ale w końcu ktoś to zrobił z trampoliny. Może to mało wyrafinowana metafora tego, co działo się w Szpitalu Południowym, ale dość dobrze oddaje ewolucję, jaka nieustannie trwa w polskiej polityce. Każdy kolejny zwycięzca wyborów, powołując się na degrengoladę poprzedników, coraz wyżej – czy może raczej niżej – ustawia poprzeczkę. Poprzeczkę standardów.
W przypadku saloniku dla VIP-ów pewna granica została przekroczona, bowiem stworzono cały patologiczny system. Jasne, wszyscy w polityce wykorzystują swoje wpływy, kiedy mają władzę. Tutaj zazwyczaj pada przykład szczególnego traktowania kolan Jarosława Kaczyńskiego. Ale co innego stworzyć system. System tylko dla swoich. System wyłącznie dla partyjnych. I to z tej właściwej partii.
Sklep za żółtymi firankami
Można powiedzieć, że dość nieoczekiwanie zatoczyliśmy koło i znaleźliśmy się niebezpiecznie blisko wzorców z PRL. To tam funkcjonował przecież system zwany nomenklaturą. Oznaczał on, że pewne rzeczy były wyłącznie dla towarzyszy z PZPR. Dla nich były stanowiska państwowe. Nie-członkowie mogli tylko pomarzyć o szefowaniu urzędem czy szkołą, o ministerstwach nie wspominając. Mogli liczyć także na dostęp do szczególnych dóbr, niedostępnych dla bezpartyjnej tłuszczy.
Dość długo w PRL funkcjonowały tak zwane sklepy za żółtymi firankami, czyli sklepy tylko dla towarzyszy, z produktami luksusowymi, które jedynie z rzadka pojawiały się w zwyczajnych placówkach handlowych. Partyjny, ale też nie byle jaki partyjny, tylko taki z nomenklatury, czyli na stanowisku, mógł tam nabyć szynkę czy inny baleron, czyli rarytasy, po które zwykli Polacy musieli ustawiać się w długich kolejkach.
Ten salonik VIP-owski w szpitalu to wypisz wymaluj sklep za żółtymi firankami. Tylko że nie żyjemy w gospodarce niedoboru – szynkę można kupić w każdej Żabce. Ale rarytasem dzisiejszych czasów stały się usługi medyczne, takie, za które nie trzeba płacić w prywatnych placówkach. Partyjna ścieżka w Szpitalu Południowym to przywilej dostępny wyłącznie dla członków. I to też takich z „partii wewnętrznej”. No i koalicjantom Koalicji Obywatelskiej wstęp wzbroniony. Słuszna partia jest tylko jedna.
Skojarzenia z nomenklaturą i sklepami za żółtymi firankami zakiełkowały w mojej głowie zaraz po tym, jak usłyszałem o aferze. Przyznaję – to dość proste skojarzenie. Inni mieli bardziej wyrafinowane asocjacje.
Bramińska lewica
Tomasz Wróblewski na platformie X dojrzał w aferze szpitalnej ilustrację tez Thomasa Piketty’ego, który pisał o zupełnie nowej klasie roszczeniowej. Chodzi o tzw. „bramińską lewicę”. Bramini to najwyższa kasta w społeczeństwie hinduskim, która idealnie pasuje jako etykieta dla wykształconej klasy średniej i wyższej – specjalistów i menedżerów. Klasa ta niby jest za równością i demokracją, ale w istocie nie może się pozbyć monstrualnego poczucia wyższości wobec tych „na dole”. I w związku z tym ma niezłomną pewność, że wszelakie przywileje po prostu się jej należą.
Czytaj także: Były ordynator ujawnia: Trzaskowski był informowany o problemach w Szpitalu Południowym
Faktycznie to też pasuje. Z jednym małym wyjątkiem. Ci specjalni pacjenci Szpitala Południowego to nie byli żadni specjaliści, żadni menedżerowie. To byli partyjniacy. Ta jedna cecha – przynależność do Koalicji Obywatelskiej – łączyła to towarzystwo. To byli towarzysze z KO. Bramini? Może. Dla mnie jednak bardziej partyjniacy z nomenklatury, dla których urządzono szpital za żółtymi firankami.
Skąd się wzięła ta wysepka PRL w takim zachodnim mieście jak Warszawa? Z poczucia bezkarności. O ile w skali kraju KO przegrywa od czasu do czasu wybory, o tyle w Warszawie ma monopol na władzę. Nikt im tu nie podskoczy. Nigdy nie skompromitują się na tyle, by ktoś ich zastąpił. Mają poczucie politycznej nieśmiertelności. A to niestety deprawuje. I to bardzo.

