W czasach, w których wiadomości coraz częściej przypominają scenariusze filmów klasy B, rozmowa o literaturze może wydawać się zajęciem cokolwiek luksusowym, żeby nie rzec nudnawym. Ot, grupa ludzi zastanawia się, czy pewna kanadyjska poetka zasłużyła na nagrodę przyznawaną przez osiemnaścioro Szwedów, którzy swoje spory odnośnie do kandydatów utrzymują w tajemnicy przez pięćdziesiąt lat, niemal jakby to było jakieś literackie Archiwum X.
Świat płonie, co i rusz wybuchają jakieś wojny, sztuczna inteligencja straszy zagładą ludzkości, a społeczeństwo literackie spiera się tymczasem o formę i treść dzieł kandydatów X i Y.
I tutaj pojawia się paradoks, bo literatura nigdy nie była wyłącznie rozrywką na spokojne czasy, ba, bywa jednym z niewielu obszarów życia człowieka, w których możemy przyjrzeć się ludzkości bez konieczności natychmiastowego wydawania wyroku. Wejść w skórę człowieka, zrozumieć jego motywacje, a czasem nawet poczuć współczucie wobec kogoś, kogo w prawdziwym życiu najchętniej omijalibyśmy szerokim łukiem.
Czytaj też: Jakub Wiech nie obronił doktoratu. Czego właściwie dowodzi dziś stopień doktora?
Wielka literatura
W zeszłym tygodniu, pisząc o nagrodzie Nike dla Szczepana Twardocha, zastanawiałam się nad jego bohaterami. Brutalnymi, egoistycznymi, czasem najzwyczajniej w świecie podłymi. Doszłam wówczas do wniosku, że literacka empatia nie jest tym samym co sympatia i nie musimy lubić bohatera, żeby próbować go zrozumieć.
Kilka dni później Akademia Szwedzka przyznała literackiego Nobla Anne Carson i przyszło mi do głowy, że podobną zasadę można spróbować zastosować do literatury. Bo czy naprawdę musimy lubić książkę, żeby uznać ją za wielką?
Zacznijmy od tego, że tak jak napisałam na początku, z twórczością tegorocznej noblistki nie miałam dotąd nic wspólnego. Nie przeczytałam żadnej jej książki, nie znałam nawet nazwiska. A przecież czytam dużo, piszę książki i od lat zajmuję się literaturą. Czy to znaczy, że jestem ignorantką? Niekoniecznie.
Oto kilka faktów z rynku książki, które całkiem nieźle mnie usprawiedliwiają. Skoro dziennie w Polsce premierę ma około dziewięćdziesięciu książek, to oznacza, że w ciągu roku pojawia się ponad trzydzieści jeden tysięcy nowych tytułów. Z tego wynika, że musiałabym żyć ponad sześćset lat, by przeczytać wszystkie nowości wydane w Polsce tylko w ciągu roku. Owszem, jest wśród nich mnóstwo poradników typu „Jak być pięknym, mądrym i bogatym”, książek kucharskich tudzież literatury naukowej. Ale tutaj Państwa zaskoczę: szeroko pojęta beletrystyka stanowi niemal czterdzieści procent całości, a to oznacza, że nawet skupienie się na niej musiałoby mi wydłużyć żywot do blisko dwustu pięćdziesięciu lat. Wiek może nie matuzalemowy, ale już całkiem zacny.
Co wiemy o Anne Carson
Wróćmy jednak do rozważań o Carson. Wbrew pozorom nie jest to nieznane w Polsce nazwisko. Jej książki ukazywały się między innymi nakładem Ossolineum, a w ubiegłym roku otrzymała Międzynarodową Nagrodę Literacką im. Zbigniewa Herberta. Istnieje więc całkiem spore grono osób, dla których tegoroczny Nobel był potwierdzeniem czegoś, co wiedziały od dawna, ale ja, niestety, do niego nie należę.
Postanowiłam jednak przynajmniej zajrzeć do jej twórczości. Wybrałam „Antigonick”, eksperymentalną wersję „Antygony” Sofoklesa. Carson nie tyle tłumaczy antyczny dramat, ile prowadzi z nim rozmowę. Zaprasza do niej Hegla, Becketta i kilka stuleci europejskiej myśli. Bohaterowie tragedii zdają się wiedzieć, co przez dwa i pół tysiąca lat napisano na ich temat, a sama historia Antygony staje się pretekstem do rozmowy o tym, jak tę historię opowiadano i interpretowano.
Pomysł wydawał się znakomity. Carson emanuje erudycją i inteligencją niczym Sybilla w złotej aurze Apollina. Jednak po kilkunastu minutach czytania doszłam do wniosku, że przyjemności czytania jest w tym dla mnie niewiele. Owszem, miałam wrażenie, że zaglądam do notatnika osoby niezwykle inteligentnej i oczytanej, która zapisuje wszystkie swoje fascynujące skojarzenia. Tylko że nie każde fascynujące skojarzenie musi być równie fascynujące dla czytelnika.
Oczywiście nie zamierzam na podstawie pobieżnej lektury wydawać wyroków o twórczości noblistki, zwłaszcza że jestem przede wszystkim czytelniczką prozy, nie poezji. Ale właśnie podczas przeglądania „Antigonick” wróciło do mnie stare jak świat pytanie o formę i treść.
Znamy przecież książki, których historie nas zachwycają, choć ich język pozostawia wiele do życzenia. Znamy również takie, w których forma jest olśniewająca, konstrukcja doskonała, a erudycja autora niemal onieśmiela. Tylko że po zamknięciu ostatniej strony nie czujemy właściwie niczego.
Czasem jednak zdarza się literacki cud. Forma i treść spotykają się tak doskonale, że nie sposób ich rozdzielić. Nie da się opowiedzieć tej historii inaczej, bo właśnie sposób jej opowiedzenia stanowi o jej wielkości.
Tokarczuk i inni nobliści
Dla mnie takim cudem jest proza noblistki z 2022 roku, Annie Ernaux. Jej „Lata” i „Bliscy” uważam za arcydzieła. Ernaux nie potrzebuje skomplikowanych fabuł, językowych fajerwerków ani setek stron, żeby opowiedzieć o sprawach fundamentalnych. Jej proza jest oszczędna, niemal ascetyczna, a jednak potrafi uderzyć z siłą, której próżno szukać w niejednej opasłej powieści. Forma nie służy tu popisowi. Jest tak precyzyjnie dopasowana do treści, że przestajemy ją zauważać.
Podobnie mam z kolejnym noblistą, Orhanem Pamukiem, którego kocham miłością bezwzględną, a więc taką, która pozwala wybaczyć pisarzowi nawet słabsze książki. Kiedy w 2006 roku dostał Nobla, byłam zachwycona. Choć najczęściej przywoływano wówczas jego „Śnieg” czy „Nazywam się Czerwień”, ja do dziś uważam, że „Stambuł” i „Muzeum niewinności” to literackie perły. Pamuk nie potrzebował Nobla, żebym uznała go za wielkiego pisarza. To raczej Nobel potwierdził coś, co wiedziałam już wcześniej. Ale nie popadajmy w samozachwyt, że odkryłam wielką literaturę, zanim dostrzegła ją Akademia Szwedzka, acz muszę przyznać, że miło znaleźć się w tak doborowym towarzystwie.
Podobnie zresztą było z naszą rodzimą noblistką, Olgą Tokarczuk, choć tutaj moje uczucia są mniej bezwarunkowe. „Prawiek i inne czasy” przeczytałam na początku studiów i pamiętam swoje zdumienie, bo miałam wrażenie, że nikt wcześniej w Polsce tak nie pisał. Później z wielką uwagą przeczytałam „Księgi Jakubowe”, które uważam za znakomitą powieść.
Dziś Tokarczuk jest w Polsce postacią, o której trudno rozmawiać bez natychmiastowego ujawnienia własnych sympatii światopoglądowych. Jedni widzą w niej literacką zbawczynię narodu, inni grafomankę. Ja mam tę przewagę, że zaczęłam ją czytać na długo przed tym, zanim posiadanie opinii o Tokarczuk stało się deklaracją polityczną. A jednak „Bieguni”, jedna z jej najgłośniejszych powieści, pozostają dla mnie zagadką. Nie potrafię zrozumieć ani jej fenomenu, ani zachwytów, jakie wzbudza. I proszę bardzo, można podziwiać pisarkę, a jednocześnie zupełnie nie dogadywać się z jedną z jej najważniejszych książek.
Cztery pory roku
W przypadku Carson im dłużej myślę o jej twórczości, tym bardziej zastanawia mnie nie tyle sam eksperyment formalny, ile sposób, w jaki traktuje ona literacką tradycję. Nie jak muzealny eksponat, którego nie wolno dotykać, lecz jak materiał, z którym można rozmawiać, spierać się, a nawet go przekształcać.
Czytając „Antigonick”, przypomniałam sobie „Cztery pory roku” Vivaldiego w wersji genialnego współczesnego kompozytora Maxa Richtera. Przyznam się do kolejnej herezji, że wolę je od oryginału. Richter rozbiera Vivaldiego na części, przestawia motywy, buduje z nich nową muzykę. Nie niszczy pierwowzoru, ale sprawia, że słyszymy go inaczej.
Carson robi coś podobnego z Sofoklesem. Nie próbuje zastąpić „Antygony” własną wersją, lecz pokazuje, że wielkie dzieło nie kończy swojego życia w chwili, gdy autor postawi ostatnią kropkę. Przez kolejne stulecia obrasta interpretacjami, zmienia znaczenia, wchodzi w spory z następnymi pokoleniami. Każda epoka czyta je inaczej, bo każda przynosi do lektury własne doświadczenia, lęki i pytania.
Właśnie w tym dostrzegam wartość literackiego eksperymentu Carson. Nawet jeśli nie jest to literatura, po którą sama sięgnęłabym z własnej inicjatywy, potrafię docenić próbę wydobycia z dobrze znanej historii czegoś, czego wcześniej w niej nie dostrzegaliśmy.
Wielka literatura nie musi być literaturą, którą kochamy. Nie musi nawet sprawiać nam przyjemności. Czasem powinna nas niepokoić, irytować i zmuszać do wysiłku intelektualnego. Powinna stawiać pytania, na które nie znamy odpowiedzi, i pokazywać świat z perspektywy ludzi, których nie rozumiemy albo nie chcemy rozumieć.
Zwłaszcza dzisiaj, kiedy rzeczywistość coraz częściej domaga się od nas natychmiastowych ocen i opowiedzenia się po jednej ze stron. Tymczasem literatura daje nam luksus, na który w codziennym życiu coraz rzadziej możemy sobie pozwolić, to jest możliwość zawieszenia sądu. Przyjrzenia się czemuś bez konieczności natychmiastowego rozstrzygania, kto ma rację.
Jeszcze kilka dni temu Anne Carson była dla mnie zupełnie nieznaną autorką. Dziś, za jej sprawą, wróciłam do Sofoklesa, przypomniałam sobie Richtera i zaczęłam na nowo zastanawiać się nad tym, czym właściwie jest literacka wielkość. To całkiem niezły rezultat jak na kilka godzin znajomości.
Akademia Szwedzka nie ma obowiązku nagradzać pisarzy, których kocham, a ja nie mam obowiązku kochać pisarzy, których nagradza Akademia Szwedzka. Wielka literatura nie musi nam się podobać, wystarczy, że nie pozwala nam pozostać obojętnymi.


