Jest w tej historii coś z Oscara dla Leonardo DiCaprio za film „Zjawa”. Kiedy po latach nominacji, wielu znakomitych rolach i kolejnych nadziejach publiczności, że „to właśnie teraz”, aktor w 2016 r. wreszcie dostał statuetkę, można było odnieść wrażenie, że Akademia po prostu nie mogła już dłużej go pomijać. DiCaprio od dawna był przecież nie tylko gwiazdą pierwszej wielkości, ale też aktorem, który swojej klasy nie musiał nikomu udowadniać.
Kusi, żeby podobnie spojrzeć na literacką nagrodę dla Twardocha. Nie mówimy przecież o pisarzu, którego jury właśnie wyciągnęło z literackiej czeluści. Twardoch był do Nike nominowany już cztery razy, w 2013 r. otrzymał nagrodę czytelników za „Morfinę” i od lat jest w głównym nurcie polskiej literatury. Sprzedaje książki w dużych nakładach, jest tłumaczony, ekranizowany, czytany i rozpoznawany także przez tych, którzy z nazwiskami współczesnych polskich pisarzy miewają kłopot.
Twardoch z Nagrodą Nike. „To jest język brutalny, fizyczny, zabrudzony błotem i krwią”
Literacka empatia
A może właśnie dlatego czekał tak długo? Wszak Nike w ostatnich latach wcale nie szukała najbardziej oczywistych nazwisk z witryn księgarń. Rok temu wygrała Eliza Kącka, wcześniej poetka Urszula Kozioł, Zyta Rudzka, poeta Jerzy Jarniewicz, Zbigniew Rokita i Radek Rak. Była poezja, esej, reportaż, proza eksperymentująca z formą. Jury na ogół chętnie wybierało autorów i książki, których trudno byłoby nazwać najbardziej oczywistymi wyborami szerokiej publiczności.
A tu nagle Twardoch, pisarz, któremu popularności i poczytności raczej nigdy nie brakowało. I jednocześnie autor, który zawsze stał trochę z boku, zachowując się tak, jakby w głównym nurcie znalazł się przypadkiem i niespecjalnie zamierzał się do niego dostosowywać. To zresztą ciekawy przypadek pisarza, który stał się częścią literackiego establishmentu, konsekwentnie pisząc pod włos, także czytelnikowi.
Tołstoj, Proust, Joyce. Żaden nie dostał Nobla. Kto więc wybiera „najlepszych” pisarzy?
Twardoch jest mocno przywiązany do miejsca, z którego pochodzi, ale trudno jego Śląsk nazwać pocztówkową „małą ojczyzną”. Tożsamość jest u niego poplątana, nieoczywista, czasem uwierająca. Podobnie jest z opisywaną przez niego historią. Nie dostajemy wygodnego podziału na dobrych i złych, naszych i obcych, ofiary i oprawców. A już na pewno nie dostajemy bohaterów, których łatwo pokochać. Wręcz przeciwnie.
Ludzie Twardocha bywają brutalni, egoistyczni, tchórzliwi, narcystyczni. To antybohaterowie, którzy robią rzeczy podłe, podejmują fatalne decyzje, krzywdzą innych i siebie. Czasami ma się ochotę nimi potrząsnąć, czasami od nich uciec. Tyle że Twardoch nie bardzo pozwala uciec.
Przyznam, że rzadko płaczę przy książkach, pewnie dlatego, że rzadko czytam literaturę, przy której się płacze. Tymczasem przy „Królestwie” ryczałam jak bóbr, i to na dodatek w tramwaju. Łzy kapały mi na otwartą książkę, a ja próbowałam czytać dalej, zastanawiając się, w jaki to przedziwny sposób autor doprowadził do tego, że rozklejam się nad losem bohaterów, których wcześniej nawet nie polubiłam.
No właśnie. Twardoch na ogół nie kreuje postaci stworzonych do kochania, milusich książąt na białym koniu czy też niewiast tyleż dobrych, co nieszczęśliwych. Wprost przeciwnie. W swoich książkach przypomina o czymś, o czym zwykliśmy zapominać: literacka empatia nie jest tym samym co sympatia. Nie musimy bohatera lubić, żeby wejść mu do głowy. Nie musimy go też rozgrzeszać, żeby próbować go zrozumieć.
„Kropla, która przelała czarę”. Dyrektorka Narodowego Instytutu Muzeów rezygnuje
Powieść bez tezy
„Nulla” jeszcze nie czytałam, toteż nie będę udawać jurorki Nike i rozstrzygać, czy to najlepsza polska książka ostatniego roku. Nie wiem też, czy analogię ze wspomnianą „Zjawą” można pociągnąć dalej niż do samego czekania na statuetkę.
Za to bardzo twardochowo zabrzmiały dla mnie słowa samego autora podczas gali. Mówił, że jego powieść „nie ma tezy” i „nie walczy o coś”. Ma mówić prawdę, bo, jak sam powiedział, odbierając statuetkę, od tego jest literatura.
„Gangsterskie państwo” w okupowanej Polsce. Odkryto pamiętnik niemieckiego urzędnika
To zdanie pasuje nie tylko do „Nulla”, ponieważ Twardoch od dawna odmawia czytelnikowi wygodnej instrukcji obsługi własnych książek. Nie podpowiada dostatecznie wyraźnie, kogo kochać, kogo potępiać i po której stronie stanąć, nawet kiedy pisze o wojnie. Może dlatego jego bohaterowie potrafią człowieka doprowadzić do łez, choć z wieloma z nich nie chciałoby się nawet usiąść przy jednym stole.
Tymczasem teraz ten sam pisarz został jednocześnie wybrany przez jury i czytelników najważniejszej polskiej nagrody literackiej. Oto autor, który od lat stoi nieco na uboczu, nawet nie próbując się umizgiwać do literackiego salonu, nagle okazuje się człowiekiem środka. Co zabawne, wcale nie musiał w tym celu przesuwać się do centrum. To raczej centrum przesunęło się w jego stronę. Nie przyszedł Mahomet do góry, góra przyszła do Mahometa. Ot, cała filozofia.
Dlatego tegoroczna Nike jest ciekawa nie dlatego, że prestiżowa nagroda potwierdziła rangę Szczepana Twardocha. Tej od dawna nie trzeba było potwierdzać. Zaryzykuję więc tezę, że to nie Twardoch potrzebował Nike.
To Nike potrzebowała Twardocha.
Może Cię zainteresować:


