Jedni piszą tak, że czytelnik zarywa noc dla ich dzieła, inni wyłącznie dla najwierniejszego klubu czytelnika, to jest sekcji „Znajomi i Rodzina”. Coraz mniej zaś pisze do szuflady, bo to się po prostu już nie opłaca, wszak dotarcie do odbiorcy nigdy wcześniej nie było prostsze. Jeśli nie duże wydawnictwo, to platforma z ebookami. Albo self-publishing.
I bardzo dobrze, przecież człowieka od zawsze napędzała opowieść. Najpierw snuta przy ognisku, potem zapisana gęsim piórem, dziś wklepywana na laptopie. Zmieniają się narzędzia, ale nie zmienia się potrzeba opowiadania historii. Nie każda książka musi być wybitna, tak jak nie każdy biegacz wygrywa maraton.
Pisać, podobnie jak śpiewać w kultowej piosence wykonywanej przez Jerzego Stuhra, może każdy. Tyle że ostatnio słyszę, że z tą powszechną dostępnością do pisania trochę przesadziliśmy. Że autorów zrobiło się za dużo, a rynek pęka w szwach od zalewu premier. I że, krótko mówiąc, niemała część z nas powinna po prostu zamilknąć i usunąć się w cień, a tak naprawdę zająć się zupełnie czym innym, bo świat literacki ledwo dyszy.
Doprawdy? Sprawdźmy więc, gdzie leży problem.
Zbyt dużo jogurtów? Wina krowy!
Taki właśnie wniosek postawił kilka dni temu Krzysztof Varga na łamach „Newsweeka” w felietonie zatytułowanym „Polscy pisarze i pisarki – nie piszcie. Jest was za dużo”. Że rynek nie jest z gumy, a skoro książek przybywa szybciej niż czytelników, to może zamiast zachęcać kolejnych ludzi do pisania, należałoby ich raczej delikatnie od tego pomysłu odwodzić.
Przyznam, że przez chwilę nawet się z tym zgodziłam. Ba, nie mam nic do pióra i do przekorności Krzysztofa. Przeciwnie – uwielbiam jego polemiki, krotochwilne porównania i ironiczne poczucie humoru. Co więcej, Krzysztof tego zapewne nie pamięta, ale przeżyliśmy kilka wspólnych, ciekawych imprez wieki temu, w środowisku dziennikarzy muzycznych. To on pierwszy zachęcił mnie do pisania, kiedy wysłałam mu pierwsze wprawki powieściowe (swoją drogą, był wówczas naprawdę wyrozumiały).
Mimo to nie mogę zgodzić się z argumentami, które przytacza. Kiedy emocje po lekturze już opadły – a przyznam, że na początku dość mocno zawrzały, wszak jestem członkinią Unii Literackiej i krytyka naszej akcji promocyjnej zabolała mnie osobiście – zadałam sobie jedno bardzo proste pytanie.
Czytaj również: Ile waży koń trojański? Recenzujemy „Odyseję” Christophera Nolana
Otóż gdyby w popularnym dyskoncie nagle pojawiło się tysiąc rodzajów jogurtów, czy naprawdę przyszłoby nam do głowy powiedzieć mleczarzom, żeby przestali doić krowy, czy może raczej zastanowilibyśmy się, kto uznał, że właśnie tylu jogurtów potrzebujemy?
Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że z książkami jest dokładnie tak samo. Krzysztof Varga trafnie opisuje zjawisko psucia rynku literackiego na wielu polach. Nowych książek rzeczywiście ukazuje się dziś więcej, niż jesteśmy w stanie przeczytać. Większość autorów nigdy nie utrzyma się z pisania. Premiery gonią premiery, a książka często znika z wystawy księgarni, zanim zdąży znaleźć swoich czytelników. O ile w ogóle się tam pojawi, gdyż nie wiem, czy Państwo wiedzą, duża część powieści nawet nie opuszcza magazynów dystrybutora. Tak, tak. Dobrze widzicie.
Jednak z tych wszystkich obserwacji wcale nie wynika, że problemem są ludzie, którzy piszą. Wręcz przeciwnie. Postawię śmiałą tezę, że oto pan Varga wskazał niewłaściwego winowajcę.
Osiemdziesiąt dziennie
Z liczbami naprawdę trudno dyskutować. Według danych Biblioteki Narodowej w Polsce w samym 2025 r. ukazało się ponad 30 tys. tytułów książek. To oznacza średnio ponad 80 nowych tytułów każdego dnia. Każdego dnia. Osiemdziesiąt. Nie miesięcznie, nie tygodniowo – dziennie. To jest zalew literatury, która – tak, tutaj wielu ma rację – w części koło literatury nawet nie leżała. Z gustami jednak się nie dyskutuje, skupmy się zatem na wolumenie.
Nie znam człowieka, który byłby w stanie nadążyć za takim tempem. Nawet zawodowy recenzent, bibliotekarz czy dziennikarz kulturalny. Nic więc dziwnego, że czytelnik czuje się zagubiony, księgarz nie wie, co wyeksponować (o ile jeszcze jego księgarnia nie splajtowała), a książka coraz częściej znika z rynku, zanim zdąży znaleźć swojego odbiorcę.
Tylko czy naprawdę oznacza to, że problemem jest autor?
Właśnie tutaj, moim zdaniem, pan Varga, świadomie lub dla clickbaitu, popełnia błąd w założeniu. Książki nie pojawiają się w księgarniach dlatego, że ktoś usiadł przy biurku i napisał powieść. Gdyby tak było, moje pierwsze literackie wprawki miałyby okładkę i ISBN, a dzięki Bogu nie mają, bo to naprawdę była grafomania.
Otóż między autorem a czytelnikiem istnieje cały wielki ekosystem ludzi i firm, które podejmują konkretne decyzje biznesowe. To wydawca wybiera tytuły, układa plan wydawniczy, ustala daty premier, wysokość nakładu i budżet marketingowy. To dystrybutor decyduje, ile miejsca dana książka dostanie na rynku i jak długo będzie miała szansę o nie powalczyć.
Tutaj wracamy do nieszczęsnych jogurtów. Jeśli na półce jest ich tysiąc rodzajów (pomijam błąd logiczny, że to musiałaby być potężna lodówka), naprawdę trudno mieć pretensje do człowieka, który wstaje codziennie o piątej rano, żeby wydoić krowy. Znacznie rozsądniej zapytać, kto uznał, że sklep potrzebuje aż tylu smaków i dlaczego każdy z nich ma zniknąć z półki po dwóch tygodniach, niezależnie od tego, czy klient w ogóle zdążył go zauważyć.
Dokładnie tak zaczęliśmy traktować książki. Jak produkty z krótkim, maksymalnie trzymiesięcznym, terminem przydatności. Jedna premiera wypycha następną, ta kolejną, a po kilku tygodniach wszyscy zachowują się tak, jakby powieść sprzed kwartału była już literackim zsiadłym mlekiem.
Dojne krowy
Podobny sposób myślenia znalazłam również w tekście Zbigniewa Czerwińskiego, wieloletniego wydawcy, a dziś prezesa Copyright Polska. Tym razem nie chodziło o to, że pisarzy jest za dużo. Otóż punktem wyjścia jego felietonu było powstanie wydawnictwa Heca, założonego przez Zygmunta Miłoszewskiego. Czerwiński przekonywał, że jeśli najbardziej dochodowi autorzy zaczną wydawać książki sami, tradycyjne wydawnictwa stracą swoje najcenniejsze aktywa, czyli, jak sam to określił, dojne krowy, zapewniające stabilny cash flow.
Czytaj również: Co ten Uwe? Nie kłóćmy się o „Citizen Vigilante”, stać nas na więcej
Proszę mi wierzyć, że metafora jogurtów przyszła mi niezależnie od określenia pana Czerwińskiego. Swoją drogą, nie jest miło być nazwanym „dojną krową”, przy całym szacunku dla produktywności mlecznej krów, tym niemniej dla pisarza powinien być to komplement, wszak „dojna krowa”, zdaniem pana Czerwińskiego, to autor, który pisze bestsellery.
Nie wchodząc w meandry dobrze sprzedających się książek (to temat na kolejne felietony), jeszcze przed chwilą zastanawialiśmy się, czy mleczarzy nie jest przypadkiem za dużo. Teraz okazuje się, że największym zmartwieniem branży są dojne krowy. Nie wiem, czy to przypadek, ale najwyraźniej cała debata o rynku książki zaczyna, przynajmniej mnie, przypominać gospodarstwo rolne. I bardzo dobrze, przynajmniej jest obrazowo.
Literaci do pióra!
Wróćmy jednak do wspomnianego przez pana Czerwińskiego cash flow. Nie dlatego, że mnie oburzyło, wręcz przeciwnie, to zwykłe określenie w ekonomii. Książka jest produktem, wydawnictwo jest przedsiębiorstwem, a pieniądze są paliwem każdej firmy. Nie mam najmniejszego problemu z tym, że ktoś mówi o rynku językiem finansów, na koniec dnia również rynek książki, chociażby opierał się na nie wiadomo jak natchnionych pisarzach i poetach, rządzi się tymi samymi prawami co inne rynki.
Zastanowiło mnie coś zupełnie innego. Dlaczego w tej samej dyskusji zupełnie naturalne wydaje się martwienie o przepływy finansowe wydawnictw, a już znacznie mniej naturalne jest pytanie o przepływy finansowe autora?
Jak Państwo myślą, czy Zygmunt Miłoszewski założył Hecę dlatego, że od dziecka marzył o prowadzeniu magazynu, negocjowaniu cen papieru i organizowaniu transportu książek? Otóż śmiem wątpić. Pisarze zazwyczaj po prostu – eureka – chcą pisać! Tak jak lekarz leczyć czy stolarz robić meble. Jeśli zaczynają zakładać własne wydawnictwa, to nie dlatego, że nagle odkryli w sobie żyłkę przedsiębiorcy. Robią to dlatego, że uznali, iż dotychczasowy model przestał być dla nich opłacalny.
Czytaj także: Kto jest artystą w epoce streamów erotycznych? Ustawa otwiera trudną debatę
Tu dochodzimy do sedna całej sprawy. W ostatnich tygodniach przeczytałam dziesiątki komentarzy o tym, że rynek książki się zmienia. Że czytelnik się zmienia. Że zmieniają się kanały sprzedaży. A jakoś zaskakująco rzadko pada pytanie, czy przypadkiem nie powinien zmienić się również model, według którego autor, człowiek, bez którego ta książka nigdy by nie powstała, dostaje najmniejszy kawałek tortu.
Przez całe lata przyzwyczailiśmy się do sytuacji, w której wszyscy uczestnicy rynku mogą walczyć o większy zysk – wydawcy, dystrybutorzy, sieci księgarskie – z wyjątkiem autora. Kiedy robi to autor, nagle słyszy, że zagraża całemu systemowi i często „rzuca się bez powodu”.
A przecież podobne, jeśli nie takie samo, zjawisko obserwuję nie tylko w świecie książek. Muzycy zakładają własne wytwórnie, dziennikarze odchodzą z redakcji i tworzą własne kanały na YouTubie, czy wreszcie filmowcy produkują filmy poza wielkimi studiami. Internet sprawił, że twórca coraz częściej może dotrzeć do odbiorcy bez całej armii pośredników. Jedni robią to lepiej, inni gorzej. Jedni odniosą sukces, inni boleśnie zderzą się z rzeczywistością. Ale sam fakt, że próbują, jest czymś zupełnie naturalnym.
Dlaczego więc, gdy podobny ruch wykonuje pisarz, natychmiast zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem nie zagraża całemu rynkowi?
Przecież rynek nie jest eksponatem muzealnym, którego pod żadnym pozorem nie wolno dotknąć. Rynek ma służyć ludziom. Autorom, wydawcom, księgarzom, dystrybutorom, a przede wszystkim czytelnikom. Jeśli jedna ze stron zaczyna szukać nowego modelu funkcjonowania, być może nie dlatego, że chce coś zburzyć, tylko najzwyczajniej w świecie stary model przestał odpowiadać rzeczywistości.
Owa rzeczywistość zmieniła się bardziej, niż chcemy przyznać. Dziś autor nie siedzi już samotnie w wieży z kości słoniowej, czekając, aż wydawca łaskawie pokaże światu jego książkę. Prowadzi media społecznościowe, spotyka się z czytelnikami, nagrywa podcasty i buduje własną markę, mimo że tak naprawdę średnio ma na to czas.
Przez lata mówiono pisarzom: „Bądźcie przedsiębiorczy, wyjdźcie do ludzi, nauczcie się promocji”. Tylko dlaczego, kiedy część z nich potraktowała tę radę serio, nagle rynek zaczął trząść portkami?
Gdzie jest ustawa?
Co ciekawe, kryzys na rynku książki widoczny jest nie tylko dla „owych roszczeniowych, rozgoryczonych pisarzy”. Przecież od lat niemal wszyscy jego uczestnicy mówią jednym głosem: obecny model po prostu przestał działać. Nieprzypadkowo Ministerstwo Kultury rozpoczęło prace nad ustawą o ochronie rynku książki. W założeniach projektu znalazły się trzy rozwiązania, które jeszcze kilka lat temu brzmiałyby jak herezja: wprowadzenie jednakowej ceny nowej książki przez pierwszych dwanaście miesięcy od premiery, ograniczenie maksymalnych rabatów dystrybucyjnych oraz obowiązek przekazywania wydawcom rzeczywistych danych sprzedażowych.
To zresztą znamienne. Państwo nie proponuje ustawy dlatego, że Polacy nagle zaczęli za dużo pisać, ale dlatego, że dostrzega problem w samym mechanizmie rynku, takim, w którym książka od pierwszego dnia staje się przedmiotem wojny rabatowej, mali księgarze przegrywają z wielkimi sieciami, a wydawcy i autorzy coraz bardziej uzależniają swoje być albo nie być od wyniku pierwszych tygodni sprzedaży.
Czytaj także: Kochana, co by tu jeszcze zniszczyć na rynku książki? Czyli o flircie pisarzy z AI
Tyle że rynek nie żyje w rytmie legislacyjnych kalendarzy. Już w maju Polska Izba Książki apelowała o jak najszybszą publikację projektu ustawy, podkreślając, że środowisko czeka na konkretne rozwiązania od wielu miesięcy. Autorzy, wydawcy i księgarze nie mogą po prostu nacisnąć przycisku „pauza” i cierpliwie poczekać, aż zakończą się konsultacje międzyresortowe. Muszą podejmować decyzje tu i teraz. Jedni ograniczają liczbę wydawanych tytułów, inni szukają nowych modeli sprzedaży, jeszcze inni, jak Zygmunt Miłoszewski, postanawiają zbudować własny.
Ustawy jednak jak nie było, tak nie ma.
Właśnie dlatego z pewnym zdziwieniem obserwuję, że gdy rynek sam próbuje znaleźć odpowiedź na własne problemy, najłatwiej przychodzi nam wskazać palcem autora. Tego, który w całym tym łańcuchu ma najmniejszy wpływ na reguły gry, a jednocześnie bez którego cała ta dyskusja nie miałaby najmniejszego sensu.
Żeby nie było, że traktuję wydawców i dystrybutorów jak zło wcielone. Każdy z tych elementów dokłada swoją cegiełkę do systemu, który przez lata ewoluował w jednym kierunku: szybciej, więcej i częściej. Wydawnictwa wydają więcej, bo tego oczekuje handel. Handel oczekuje nowości, bo nowość najlepiej się sprzedaje. Czytelnik, bombardowany premierami, ma wrażenie, że jeśli nie kupi książki dziś, za tydzień nikt już o niej nie będzie pamiętał.
Niestety, tak to właśnie wygląda. Rynek nauczył czytelników, że książka to produkt sezonowy. Coś jak kolekcja ubrań, świąteczna czekolada czy też ów nieszczęsny jogurt.
Nie piszcie? Właśnie odwrotnie!
Nie mam pojęcia, ilu powinno być pisarzy. Być może pan Krzysztof Varga jest posiadaczem tej wiedzy tajemnej, przy ilu osobnikach uprawiających ten zawód (hobby?…) rynek w ogóle się spina. Może powinno być ich stu? A może tysiąc? A może trzeba podzielić nas w tabelce w Excelu na pisarzy literatury wagonowej, pięknej, kryminałów i czego tam jeszcze? Tak dla przejrzystości, żeby była jasność.
Tu rodzi się kolejny dylemat. Kto w ogóle w takich statystykach powinien nosić ów zaszczytny tytuł pisarza? Czy ten, który wydał sześć powieści, czy ten, który jedną, ale świetnie się sprzedającą, czy wreszcie ten nigdy nieodkryty autor arcydzieł, który gdzieś tam publikuje w nakładzie stu egzemplarzy i świat nie dowie się o jego geniuszu?
To nieistotne. Skoro śpiewać każdy może, to, per analogiam, pisać również. Nie każdy napisze wybitną powieść, ba, nie każdy zarobi chociaż parę złotych na swoim dziele. Ale każdy ma prawo próbować. Nie chciałabym obudzić się w świecie reglamentującym potrzebę uzewnętrzniania swoich myśli, dlatego pozostanę przy niezwykle odważnej postawie i zignoruję poradę pana Krzysztofa.
Kolegom i koleżankom po fachu – tym obecnym i przyszłym – radzę dokładnie tak samo.


