Reklama
Nauka

Wszyscy rozliczają Wiecha. A kto rozliczy tych, którzy przepuścili jego doktorat?

Trzy pozytywne recenzje, system antyplagiatowy i dopuszczenie do obrony nie wystarczyły, by Jakub Wiech został doktorem. I może dobrze się stało, bo jego przypadek odsłonił znacznie większy problem: czy polski system przyznawania doktoratów rzeczywiście sprawdza, kto potrafi być naukowcem?

Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Opinia autorstwa: Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dzisiaj 16:47
16 min
W sprawie Jakuba Wiecha bardziej interesujący jest inny wątek – otóż do czego jest dzisiaj potrzebny doktorat i czego on dowodzi? (fot. PAP)
TYLKO NA

Powinniśmy być panu Jakubowi Wiechowi nawet wdzięczni. Nieudana obrona jego doktoratu wywołała wprawdzie internetową inbę całkiem imponujących rozmiarów. Mam jednak nadzieję, że na niej się nie skończy i zamiast po raz kolejny obserwować z popcornem w ręku przerzucanie się coraz bardziej absurdalnymi tekstami na portalu X, wykorzystamy tę okazję, żeby zastanowić się, po co nam dzisiaj doktoraty i czy system, który je produkuje, w ogóle nadąża za światem.

W dzieciństwie doktor kojarzył mi się z osobą, do której się przychodziło i która wsadzała szorstką, drewnianą szpatułkę do gardła i kazała mówić „aaaa”. Przez chwilę hamowało się odruch wymiotny, potem szybkie badanie stetoskopem i na koniec: „Polopiryna S, witamina C i leżeć”.

Później jednak człowiek zmądrzał i dowiedział się, że „doktor” to nie jest synonim słowa „lekarz”, tylko ktoś, kto po uzyskaniu tytułu magistra postanowił wspiąć się jeszcze o szczebel wyżej. Człowiek, który został na uczelni po studiach, na ogół za psie pieniądze, choć wszyscy jego znajomi zdążyli już znaleźć normalną pracę.

W tych zamierzchłych czasach doktor prowadził ćwiczenia ze studentami, przesiadywał w bibliotekach albo laboratoriach, publikował artykuły czytane głównie przez ludzi, którzy sami publikowali artykuły czytane przez niego, a kiedy wreszcie napisał doktorat, organizował obronę, na której siedziała rodzina, promotor, kilku pracowników wydziału i kolega zwabiony perspektywą darmowych paluszków.

Reklama
Reklama

Doktorat był początkiem kariery naukowej, a przynajmniej tak go rozumieliśmy przez całe lata. Potem jednak życie stało się nieco bardziej skomplikowane, przyszedł internet, a wraz z nim epoka eksperta. I okazało się, że słowo „doktor” bardzo dobrze wygląda również na okładce książki, pod artykułem, na konferencyjnym identyfikatorze, na LinkedInie, a już szczególnie wybitnie w telewizyjnym pasku pod nazwiskiem.

O tym wszystkim przypomniałam sobie podczas awantury wokół doktoratu Jakuba Wiecha i niniejszym postanowiłam się swoimi refleksjami na temat polskich doktorantów z Państwem podzielić. Zaznaczę również, że są to wyłącznie moje subiektywne spostrzeżenia, na co mogę sobie pozwolić, gdyż ten artykuł nie jest – nomen omen – naukowy.

Czytaj też: Czy opłaca się studiować? AI zmienia rynek pracy

O co chodzi z doktoratem Wiecha?

Tytułem wstępu, jeśli ktoś przespał całą aferę. Otóż Jakub Wiech, dziennikarz i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich komentatorów zajmujących się energetyką, przygotował na Uniwersytecie Warszawskim rozprawę pod tytułem „Wpływ instytucji i prawa Unii Europejskiej na bezpieczeństwo rynku gazu ziemnego w Polsce w latach 2004-2019”.

Praca dostała trzy pozytywne recenzje i została dopuszczona do publicznej obrony. Ta trwała około sześciu godzin i była, jak każda inna obrona pracy doktorskiej, publiczna. Padło około pięćdziesięciu pytań, w tym sporo od „przypadkowych przechodniów”. Wreszcie komisja zagłosowała: trzy głosy za, trzy przeciw, cztery wstrzymujące się.

Reklama
Reklama

Obrona się nie udała, natomiast twitterowy komentariat, a wraz z nim pół internetu, dostał darmowy doktorat z doktoratu.

Kilka dni przed obroną rozprawie zaczął się uważnie przyglądać Tomasz Swaczyna z Instytutu Analiz i Ekspertyz Gospodarczych. Na portalu X opublikował obszerną i, co warto zaznaczyć przy temperaturze późniejszej dyskusji, rzeczową analizę, w której wskazywał między innymi na problemy z metodologią, zapowiadanym w pracy autorskim modelem analitycznym, źródłami i bibliografią.

To właśnie jego wpisy uruchomiły lawinę komentarzy. Wkrótce doktorat analizowały już dziesiątki kont, nie zawsze traktujących temat równie poważnie, a nierzadko uderzających ad personam w doktoranta. Publikowano potencjalne zapożyczenia, sprawdzano przypisy i źródła, dyskutowano o metodologii, a wreszcie także o kompetencjach samej komisji.

Jednak prawdziwa bomba wybuchła, kiedy do dyskusji włączył się Ośrodek Studiów Wschodnich. Poinformował, że w rozprawie znalazł fragmenty swoich analiz przejęte bez zmian i bez wskazania źródła, stanowiące według OSW łącznie 2,5 procent pracy. Ośrodek wysłał w tej sprawie pismo do Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Nie zamierzam rozstrzygać, czy Jakub Wiech jest dobrym ekspertem od energetyki. To zresztą w tej historii najmniej interesujące. Można być świetnym ekspertem i nie być naukowcem. Można być świetnym naukowcem i nie umieć wyjaśnić własnej specjalności człowiekowi spotkanemu w windzie. W tej sprawie bardziej interesujący jest inny wątek – otóż do czego jest dzisiaj potrzebny doktorat i czego on dowodzi?

Reklama
Reklama

W ciągu ostatnich kilku dekad doktorat zrobił w Polsce bardzo ciekawą podróż. Dlatego, żeby zrozumieć, skąd wziął się dzisiejszy doktor-ekspert, trzeba cofnąć się do początku wieku. Startujemy.

Doktorantów ci u nas dostatek

W roku akademickim 2004/2005 w Polsce było około 33 tysięcy doktorantów. Dziesięć lat później już ponad 43 tysiące. To był szczyt, a doktorantów przybywało szybciej, niż tworzyło się miejsc w polskiej nauce. W pewnym momencie system zaczął przypominać bardzo długi peron, na który wpuszczano coraz więcej pasażerów, chociaż pociąg odjeżdżał mniej więcej tej samej długości.

Stąd też na początku 2016 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport na podstawie kontroli na uczelniach wyższych, który okazał się dość brutalny dla polskiej nauki.

Oto bowiem NIK opisała system, który stał się masowy, ale niespecjalnie skuteczny. Stopień doktora zdobywało około 40 procent kończących studia doktoranckie, a w badanej przez NIK grupie z nauk humanistycznych i społecznych zaledwie 27 procent. W tym samym czasie ubywało etatów asystenckich, ich obowiązki dydaktyczne przejmowali doktoranci, a wielu z nich, pozbawionych stypendiów, musiało dodatkowo pracować poza uczelnią.

Można więc powiedzieć, używając terminologii cokolwiek brutalnej, że uczelnie całkiem nieźle nauczyły się produkować doktorantów, ale z produkcją doktorów było już znacznie gorzej.

Reklama
Reklama

System należało więc uzdrowić, a do tego miała służyć, uchwalona w 2018 roku, reforma Jarosława Gowina, nazwana „Konstytucją dla Nauki”. Od roku akademickiego 2019/20 stare studia doktoranckie zaczęły zastępować szkoły doktorskie, do których dostęp miały mieć jednostki o odpowiednim poziomie naukowym. Doktorant przestał być, przynajmniej w założeniu, nieco starszym studentem i miał stać się młodym badaczem. Miał mieć również, co ważne, zagwarantowane stypendium naukowe. Same szkoły doktorskie poddano zewnętrznej ewaluacji jakości i dziś w bazie RAD-on jest ich niespełna dwieście.

Jednocześnie jednak reforma zrobiła coś jeszcze. Wyraźnie rozdzieliła bycie doktorantem od zdobywania stopnia doktora. Do tego samego „dr” można dojść przez szkołę doktorską albo przygotować rozprawę w trybie eksternistycznym, bez bycia doktorantem szkoły doktorskiej.

Zatem z jednej strony system miał stać się bardziej elitarny i pilniej strzec jakości naukowej, z drugiej zaś jeszcze szerzej otworzył doktorat na ludzi, których zawodowa przyszłość wcale nie musi znajdować się na uczelni.

Czy reforma zadziałała? Cóż. Założenia były szczytne, ale też w momencie, gdy uchwalano Konstytucję dla Nauki, generatywna sztuczna inteligencja kojarzyła się przeciętnemu człowiekowi raczej z filmami science fiction niż z narzędziem, które w przeciągu zaledwie kilku lat będzie w stanie napisać całkiem przyzwoity rozdział pracy doktorskiej.

Reklama
Reklama

Do problemu wszechobecnej sztucznej inteligencji jeszcze wrócę. Zatrzymajmy się jeszcze na skutkach reformy.

Ta na pewno miała jeden wymierny skutek. Otóż doktorantów jest dziś znacznie mniej niż w rekordowym 2014 roku. Tyle że równocześnie wydarzyło się coś znacznie ciekawszego. Doktorat przestał być przepustką przede wszystkim do świata nauki, a zaczął być również przepustką do świata ekspertów.

Nie stało się to przypadkiem, bowiem już w 2017 roku ruszył program doktoratów wdrożeniowych, który miał połączyć naukę z gospodarką. Człowiek mógł pracować w przedsiębiorstwie, prowadzić badania nad realnym problemem swojej firmy i na tej podstawie zdobyć stopień naukowy. Sama Konstytucja dla Nauki mówiła później o kształceniu kompetencji, które doktor będzie mógł wykorzystywać w różnych miejscach pracy. Do tego doszedł tryb eksternistyczny, pozwalający zdobyć stopień bez zostawania doktorantem szkoły doktorskiej.

Rok Polskiej Nauki 2027. Czy Polska potrafi dziś zatrzymać drugą Skłodowską-Curie?

Nie ma w tym oczywiście nic złego. Nie widzę powodu, dla którego doktor chemii miałby do końca życia siedzieć na uniwersytecie, zamiast opracowywać nowy lek, a doktor informatyki pisać granty zamiast budować modele sztucznej inteligencji. Tyle że w całej chwalebności reformy rynek odkrył przy okazji jeszcze jedną właściwość doktoratu i był nią szeroko pojęty prestiż. Okazało się, że dwie literki „dr” dobrze wyglądają przed nazwiskiem prawnika, ekonomisty, konsultanta, analityka czy też człowieka występującego w telewizji.

Reklama
Reklama

Pojawiła się więc pokusa, której stary akademicki model nie znał w tej skali. Otóż doktorat miał być nie tyle początkiem drogi naukowej, lecz jej produktem końcowym. Dwie litery do postawienia przed nazwiskiem i tyle wystarczy.

Naukowy, nie naukawy!

W tym miejscu wracam do pytania z początku tekstu: czego właściwie dowodzi lub czego MA dowodzić doktorat?

Odpowiedź, przynajmniej w teorii, powinna być zaskakująco prosta. Sama ustawa mówi, że rozprawa doktorska ma pokazać nie tylko wiedzę kandydata, ale przede wszystkim jego „umiejętność samodzielnego prowadzenia pracy naukowej”. Ma też zawierać oryginalne rozwiązanie problemu naukowego. Proste? Cóż, tylko w teorii.

Z własnego doświadczenia pamiętam, jak świętej pamięci profesor Krzysztof Michałek, mój promotor, wbijał nam, ówczesnym doktorantom, do głowy, że doktorat nie może być po prostu bardzo długim referatem na interesujący nas temat. Wiedzę można przecież zebrać, przeczytać sto książek zamiast dziesięciu, nauczyć się przypisów i napisać kilkaset stron tekstu, z którego wynika głównie to, że autor przeczytał sto książek napisanych wcześniej przez innych.

Doktorat to przede wszystkim postawienie własnego pytania badawczego, znalezienie sposobu, żeby na nie odpowiedzieć, przeprowadzenie badań i dojście do wniosku, którego nie przepisaliśmy wcześniej z cudzej książki. Profesor Michałek używał przy tym dwóch słów, które wbijał nam do głowy na każdym seminarium doktorskim. „Odkrywczość” i „naukowość” – dwa święte graale najniższego stopnia naukowego.

Reklama
Reklama

Odkrywczość była z założenia prosta. Doktorat miał wnosić do nauki coś, czego wcześniej w niej nie było, choćby niewielkiego. Z naukowością było ciekawiej, bo profesor uparcie przeciwstawiał ją „naukawości”. Owa „naukawość” polegała na używaniu trudnych słów, budowaniu wielopiętrowych zdań i sprawianiu wrażenia, że skoro czytelnik niczego nie zrozumiał, to autor musi być piekielnie mądry.

Naukowość natomiast była czymś dokładnie odwrotnym: umiejętnością mówienia i pisania prostymi słowami o trudnych rzeczach, na których naprawdę się znało.

Nie chodziło więc o napisanie kilkuset stron tekstu, którego nikt poza promotorem nie będzie miał ochoty przeczytać. Chodziło o odkrycie czegoś nowego, zrozumienie tego, co się odkryło, i umiejętność wyjaśnienia tego innym. Innymi słowy, doktorat miał dowodzić nie tego, że człowiek potrafi brzmieć jak naukowiec, tylko tego, że potrafi nim być w sposób nienapuszony.

Tyle że w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku dość łatwo było sobie wyobrazić, co oznaczają słowa „odkrywczy” i „naukowy”. Dwie dekady później nawet odpowiedź na proste pytanie, kto jest autorem tekstu, przestała być już oczywista.

Doktorat pisze się sam

Oto bowiem gdzieś od momentu końca pandemii na białym koniu wjeżdża powszechna i dostępna dla wszystkich sztuczna inteligencja. Narzędzie wręcz stworzone do produkowania „naukawości”.

Reklama
Reklama

Wystarczy odpowiednio poprosić, a w kilkanaście sekund dostaniemy kilka stron tekstu brzmiącego tak, jakby autor od dzieciństwa marzył o publikowaniu w czasopismach z listy filadelfijskiej. Będą więc trudne słowa, zdania wielokrotnie złożone, metodologia, paradygmaty i interdyscyplinarne perspektywy. Czasem nawet przypisy do innych prac, niekoniecznie istniejących.

Byłoby jednak głupotą sprowadzać wpływ sztucznej inteligencji na naukę do pytania, czy ChatGPT może napisać za kogoś doktorat. Generatywna AI może być dla badacza znakomitym narzędziem. Potrafi pomóc przeszukiwać i porządkować literaturę, streszczać teksty, tłumaczyć, poprawiać język czy wychwytywać błędy w rozumowaniu. Część czynności, na które doktorant dwadzieścia lat temu przeznaczał godziny albo dni, dziś można wykonać w kilka minut. Czyli w teorii może zrobić kilka razy więcej niż jego odpowiednik w przeszłości, oczywiście z korzyścią dla światowej nauki.

I bardzo dobrze. Nikt przecież nie wymaga od współczesnego naukowca, żeby dla udowodnienia samodzielności mnożył i dzielił pod kreską na kartce papieru, chodził do biblioteki z fiszkami albo przepisywał cytaty ołówkiem do zeszytu, co akurat ja bardzo lubię, ale to po prostu rodzaj mojego nieszkodliwego guilty pleasure.

Reklama
Reklama

Czytaj również: Poziom, profil, forma studiów – co naprawdę oznacza opis kierunku

Problem pojawia się gdzie indziej. Przypomnijmy jeszcze raz: zgodnie z ustawą rozprawa doktorska ma wykazać „umiejętność samodzielnego prowadzenia pracy naukowej”, a jej przedmiotem ma być „oryginalne rozwiązanie problemu naukowego”. Tylko co w 2026 roku oznacza słowo „samodzielnego”?

Jeżeli bowiem maszyna pomoże znaleźć literaturę, streści publikacje, zaproponuje hipotezy, podpowie metodę, napisze kod do analizy danych, zinterpretuje wyniki, zaproponuje strukturę rozdziału, a na końcu pomoże go napisać, to jak oddzielić pracę maszyny od autentycznego wkładu człowieka?

Nie mam prostej odpowiedzi i śmiem twierdzić, że polska nauka również jeszcze jej nie ma.

Jedno natomiast się nie zmieniło. Doktorat nadal ma dowodzić, że jego autor potrafi samodzielnie prowadzić badania, odróżnić dobre źródło od złego, zrozumieć własne wyniki i wziąć odpowiedzialność za każde zdanie, pod którym stawia nazwisko. Sztuczna inteligencja może w tym pomóc, ale stopnia doktora, przynajmniej na razie, dostać nie może.

Kto pilnuje pilnujących?

Wróćmy jeszcze do obrony doktoratu Jakuba Wiecha. Nie dlatego, że pojawiły się jakiekolwiek zarzuty, że jego rozprawę napisała sztuczna inteligencja, wręcz przeciwnie. Jego przypadek stawia za to znacznie szersze pytanie, to jest: kto właściwie odpowiada za jakość doktoratu?

Reklama
Reklama

Sam Jakub Wiech po nieudanej obronie zwracał uwagę na trzy rzeczy: jego rozprawa miała trzy pozytywne recenzje, została dopuszczona do obrony i przeszła badanie Jednolitym Systemem Antyplagiatowym (JSA).

Wszystkie trzy stwierdzenia są prawdziwe, tyle że kilka dni później wspomniany już wcześniej Ośrodek Studiów Wschodnich poinformował o znalezieniu w pracy fragmentów swoich analiz wykorzystanych bez wskazania źródła. Wiech przyznał później, że zabrakło właściwego oznaczenia cytowania, choć zaprzeczył, by było to działanie celowe.

W tym tkwi sedno problemu (niejedynego zresztą). Bo JSA nie wydaje pracom naukowym świadectw moralności i nie mówi dosłownie, że coś jest plagiatem, a coś nim nie jest. Samo Ministerstwo Nauki już kilka lat temu przypominało, że JSA jest wyłącznie narzędziem wspierającym ocenę pracy, a jego wyników nie można traktować jako automatycznej decyzji o dopuszczeniu jej do obrony.

Program może znaleźć identyczny ciąg słów, ale nie oceni, czy autor uczciwie wykorzystał cudzą myśl, czy przypis rzeczywiście prowadzi do właściwego źródła, czy metodologia ma sens i czy oryginalne rozwiązanie problemu naukowego naprawdę jest oryginalne. Od tego wszystkiego są ludzie: promotor, recenzenci i wreszcie organ odpowiedzialny za dopuszczenie pracy doktorskiej do obrony.

Reklama
Reklama

Dlatego cała wielka historia doktoratu Jakuba Wiecha przestaje być historią wyłącznie Jakuba Wiecha. Oto bowiem jeśli praca otrzymuje trzy pozytywne recenzje, przechodzi procedurę antyplagiatową i zostaje dopuszczona do obrony, a później zewnętrzna instytucja znajduje w niej nieoznaczone fragmenty swoich własnych analiz, to co robili wszyscy pozostali?

Po pierwsze człowiek. Póki co

Na koniec wrócę do postawionego pytania. Doktorat nie powinien więc dowodzić, że człowiek jest ekspertem, gdyż ekspertem można zostać również bez doktoratu. Nie powinien również jedynie dowodzić, że człowiek dużo wie. W świecie, w którym nastolatek ma całą wiedzę ludzkości w zasięgu schowanego w kieszeni smartfona, udowadnianie własnej wiedzy nie ma wartości samej w sobie.

Czego zatem powinna dowodzić porządna dysertacja? Sądzę, że czegoś znacznie skromniejszego i zarazem trudniejszego: że jej autor potrafi postawić własne pytanie, znaleźć uczciwy sposób odpowiedzi, odróżnić własną myśl od cudzej i wziąć odpowiedzialność za wynik. Czyli dokładnie tego, czego wymagał od doktoratu profesor Michałek dwadzieścia lat temu: naukowości i odkrywczości.

Reforma goniła reformę, zniknęły dawne studia doktoranckie, powstały szkoły doktorskie, sztuczna inteligencja rozpanoszyła się w każdej dziedzinie życia, mamy rzekomo świetne systemy antyplagiatowe, ale na koniec dnia najważniejszy powinien być człowiek, który pracę przeczyta i powie, czy autor doktoratu potrafi być naukowcem.

Reklama
Reklama

Jeśli tego człowieka zabraknie, mili państwo, ostatni naprawdę może zgasić światło.

Może Cię zainteresuje: 

Źródło: Zero.pl
Dagmara Leszkowicz-Zaluska
Dagmara Leszkowicz-ZaluskaDziennikarka i pisarka. Wieloletnia korespondentka agencji informacyjnej Reuters, pracowała również w think-tanku Polityka Insight oraz prowadziła anglojęzyczne serwisy Polskiej Agencji Prasowej - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama