Szereg niepokojących wydarzeń
Choć mamy dopiero luty, to w tym roku odnotowaliśmy już przynajmniej kilka istotnych incydentów na terytorium Polski. Przypomnijmy te, o których dowiedzieliśmy się publicznie. 17 stycznia 2026 r. nad terytorium Polski wleciało z Białorusi kilkadziesiąt balonów, a w centrum Białegostoku oraz pod Sokółką policja odnalazła konstrukcje z tysiącami paczek nielegalnych papierosów.
Z kolei 28 stycznia 2026 r., na terenie jednostki wojskowej w Przasnyszu, spadł niewielki dron. Wstępne oględziny wykazały, że był to "dron-zabawka", pozbawiony karty pamięci oraz karty SIM. Co jednak niepokojące, nie mówimy o przypadkowym batalionie czołgów czy piechoty zmechanizowanej, a 2 Ośrodku Radioelektronicznym, czyli wyspecjalizowanej jednostce, która ma odpowiadać za rozpoznanie radioelektroniczne czy walkę radioelektroniczną.
W nocy z 28 na 29 stycznia nasze systemy radiolokacyjne odnotowały wlot obiektów nadlatujących z kierunku Białorusi. Ruch obiektów był monitorowany przez wojsko, które nie stwierdziło bezpośredniego zagrożenia militarnego.

Drony są poważnym zagrożeniem, na które nie mamy jeszcze odpowiedniej recepty. Na zdjęciu żołnierz JW Gryf w trakcie działań Operacji Horyzont.
Na kolejne incydenty nie musieliśmy czekać długo, bo już w nocy z 30 na 31 stycznia, miała miejsce kolejna seria naruszeń przestrzeni powietrznej przez obiekty z kierunku białoruskiego. Według Dowództwa Operacyjnego mogły to być balony meteorologiczne. Następnej nocy nasze systemy zarejestrowały wloty balonów, które uznano za próbę sprawdzenia reakcji polskich systemów obronnych.
Z kolei w nocy z 1 na 2 lutego, nasze radary wykryły obiekty o charakterze balonów wlatujące znad Białorusi. W nocy z 3 na 4 lutego ponownie nasze systemy wykryły kolejne balony, które naruszyły polską przestrzeń powietrzną.
Kolejny poważny incydent miał miejsce 6 lutego, gdy na terenie 1. batalionu Kawalerii Powietrznej w Leźnicy Wielkiej (województwo łódzkie) spadł niewielki dron. Obiekt uderzył w ziemię zaledwie 70 m od magazynu uzbrojenia. Żandarmeria Wojskowa zatrzymała 22-letniego operatora maszyny. Według wstępnych ustaleń był to dron-zabawka bez nośników danych, a ministerstwo uspokajało, że maszyna nie miała cech szpiegowskich.

Każdego dnia w Operację Horyzont oraz służbę na wschodniej granicy zaangażowane są tysiące żołnierzy.
W nocy z 8 na 9 lutego oraz z 15 na 16 lutego wykryto kolejne balony ze Wschodu, a 16 lutego na terenie 2 batalionu zmechanizowanego w Morągu znaleziono niewielki bezzałogowy statek powietrzny. Choć dron nie posiadał elementów rejestrujących i nie wyrządził szkód, to trudno zignorować tak dużą liczbę podejrzanych zdarzeń.
Dlaczego wymieniam kolejne incydenty? Ich natężenie (a przecież mówimy tylko o tych naruszeniach, które wykryto i o nich poinformowano) sugeruje, że nie mamy tutaj do czynienia z przypadkowymi droniarzami i balonami do pomiaru pogody. Nie można wykluczyć, że któreś z wymienionych naruszeń nie było zainicjowane przez białoruskie lub rosyjskie służby, ale potrzeba dużych pokładów naiwności, aby sądzić, że większość z nich nie jest elementem szerszej operacji.
Piąty rok wojny hybrydowej
Spójrzmy jednak na całą sytuację z szerszej perspektywy. Na dobrą sprawę z działaniami pod progiem wojny mamy już styczność na stałe od 2021 r. Gdybyśmy chcieli podzielić je na różne fazy, dziś mielibyśmy już przynajmniej szóstą. Pierwsza rozpoczęła się wraz z operacją „Ghostwriter”. Jej celem była m.in. destabilizacja opinii publicznej. Za operacją stać miała grupa UNC1151, powiązana z białoruskimi i rosyjskimi strukturami państwowymi. W 2021 r. dokonała ona uderzenia w polską przestrzeń informacyjną. Bodaj najbardziej medialnym efektem było ujawnienie korespondencji ministra Michała Dworczyka z jego prywatnej skrzynki pocztowej.

Działania pod progiem wojny charakteryzują się dużą asymetrią kosztów. Atakujący, angażując relatywnie niewielkie środki, może wyrządzić poważne szkody.
Jesienią 2021 r. rozpoczęła się kolejna faza. Operacja „Śluza”, prowadzona przez białoruskie służby pod nadzorem Kremla, polegała na instrumentalnym wykorzystaniu cudzoziemców do wywołania kryzysu humanitarnego i politycznego. Działania te charakteryzowały się wysokim stopniem koordynacji: od organizacji lotów z Bliskiego Wschodu do Mińska, przez transport pod granicę, aż po instruktaż i siłowe wypychanie migrantów na terytorium Polski. Jednym z osiągniętych (i pożądanych) skutków było zaangażowanie Wojska Polskiego. Wiąże się to z dużymi kosztami (liczonymi już w miliardach złotych) oraz stratach wynikających z rozregulowania kalendarza szkoleń (co bezpośrednio wpływa na gotowość bojową). Mimo upływu ponad czterech lat operacja trwa nadal i każdego dnia zaangażowane w nią są tysiące żołnierzy. Można postawić tezę, że do głównych celów operacji należało: zaangażowanie sił zbrojnych i policji na wschodzie kraju, odwrócenie uwagi od sytuacji na Ukrainie (koncentracja rosyjskich wojsk przed wojną) czy polaryzacja opinii publicznej w Polsce.
Wraz z początkiem pełnoskalowej wojny na Ukrainie, rozpoczęła się kolejna, III faza. Ta cechowała się incydentami związanymi z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie rakiety. Jednym z najpoważniejszych incydentów było wtedy zdarzenie z 16 grudnia 2022 r., gdy rosyjska rakieta manewrująca Ch-55, nieniepokojona przez nikogo przeleciała pół Polski, lądując w Zamościu pod Bydgoszczą. Mówimy o broni, która jest zdolna do przenoszenia głowicy jądrowej. Szczątki odnaleziono w kwietniu 2023 r. Część analityków sugeruje, że Rosjanie mogli celowo „zgubić” rakietę, a następnie kanałami komunikacji z NATO sygnalizować błąd, by uniknąć natychmiastowej eskalacji. Celem było rozpoznanie reakcji Sił Zbrojnych RP.
Za kolejny etap (czwartą już fazą wojny hybrydowej) można uznać wydarzenia z 2023 r., gdy polskie służby zatrzymały łącznie 16 osób (głównie obywateli Ukrainy i Białorusi), które monitorowały transporty uzbrojenia dla Ukrainy. Grupa instalowała kamery i nadajniki GPS przy torach kolejowych oraz w pobliżu lotniska w Jasionce. Jak ustalili śledczy — celem miały być bezpośrednie akcje dywersji, takie jak wykolejenia pociągów czy uszkodzenia transportów. Nie jest to zresztą scenariusz tak nieprawdopodobny, ponieważ w 2023 r. mieliśmy aż 775 nieuprawnionych użyć sygnału „Radio-Stop”, co doprowadziło do opóźnienia 665 pociągów pasażerskich o łącznym czasie ponad 107 godzin.
Rok 2024 przyniósł jeszcze poważniejsze akty agresji oraz zmianę modus operandi zagranicznych służb. Zamiast budować siatki agenturalne, postawili na szybką rekrutację sabotażystów. To podejście, określane jako instrumentalizacja „przypadkowych” osób, miało na celu utrudnienie atrybucji ataków i stworzenie wrażenia wewnętrznego chaosu. Chyba najbardziej medialnym incydentem był pożar Centrum Handlowego Marywilska 44 w Warszawie, do którego doszło 12 maja 2024 r. Jak wykazało śledztwo, był to akt podpalenia zlecony przez wywiad Federacji Rosyjskiej. Centrum handlowe Marywilska 44 było jednak jednym z wielu celów dla podpalaczy w 2024 r. Od początku kwietnia do końca maja 2024 r. spłonął także market budowlany w Warszawie, składy materiałów budowlanych w Radomiu i Warszawie czy skład palet i restauracja w Markach i Gdyni. Trudno uwierzyć, że taka seria podpaleń nie była elementem szerszej strategii.

Żołnierze JW Gryf w trakcie patrolowania torów.
Ostatni rok przyniósł kolejne akty sabotażu. Tym razem nie było to podpalenia, a działania eksplozję w Mice oraz sabotaż w Gołębiu czy podejrzane wykolejenie w Wólce Okopskiej w listopadzie 2025 r. Początek 2026 r. przyniósł z kolei omówioną już serię naruszeń przestrzeni powietrznej Polski oraz wizyty dronów-zabawek nad bazami wojskowymi. Czy wszystkie te incydenty mają związek ze wschodnimi służbami? Trudno całkowicie wykluczyć zbieg okoliczności i udział osób trzecich, ale faktem pozostaje, że dziś Polska jest celem ataków rosyjskich i białoruskich służb (co dowodzi m.in. bardzo wysoka liczba cyberataków).
Gardę trzymać trzeba, ale czasem także warto zadać cios
Warto spojrzeć na te działania z naszej oraz wschodniej perspektywy. Rekordowe zbrojenia, aktywniejsze obrona przestrzeni powietrznej (czego przykładem mogą być zestrzelenia rosyjskich dronów przez polskie i holenderskie myśliwce z 2025 r.) czy budowa płotu na granicy z Białorusią, to działania, które zasługują na pochwałę. Warto zwrócić uwagę na fakt, że każdego dnia tysiące żołnierzy zaangażowanych jest w Operację Horyzont (ochrona linii kolejowych i dworców) czy działania na wschodniej granicy. Jasne – taka odpowiedź na zagrożenia może utwierdzać obywateli w przeświadczeniu, że armia jest i czuwa, ale czy jest ono rozwiązaniem naszych bolączek?

Masowe zbrojenia są polską odpowiedzią na rosyjską agresję na Ukrainie. Armatohaubice są jednak bezużyteczne w realniach działań pod progiem wojny.
Jak wygląda to z perspektywy Rosjan i Białorusinów? Ci osiągają swoje cele. Polska angażuje duże środki finansowe oraz ludzkie, aby bronić infrastruktury krytycznej oraz granicy z Białorusią. Niestety na tej sytuacji cierpią same Siły Zbrojne, ponieważ nie da się jednocześnie szkolić na poligonie i patrolować dworców kolejowych czy bagna na Podlasiu. Perspektywa Kremla jest dziś jasna – asymetria kosztów jest porażająca. Niewielkie wydatki (na zrekrutowanie dywersantów czy organizację migracji na granicę) skutkują ponoszeniem przez Polskę znacznie większych kosztów. Przykładem mogą być sabotaże na kolei, których koszt (dla zlecających) można liczyć w tysiącach zł, w czasie gdy poniesione straty są szacowane w milionach zł. Jeden dron-wabik to koszt kilku-kilkunastu tysięcy dol., zaś do jego zestrzelenia potrzebne były pociski warte setki tysięcy dol.

Tarcza Wschód to projekt, który ma zniechęcić Rosjan do konwencjonalnej wojny z Polską. Co jednak robimy, aby zniechęcić do działań pod progiem wojny?
Jasne – powinniśmy przygotowywać się do tego, aby być w stanie odeprzeć takie ataki jak najmniejszym kosztem (co wydaje się być zauważone przez obecne kierownictwo MON). Należy jednak podkreślić - nie da się ochronić wszystkich ważnych obiektów i nie wydać na to fortuny. Wniosek z ostatnich kilku lat jest niestety bardzo nieprzyjemny – Operacja Horyzont, jako szczytowa możliwość odpowiedzi na incydenty, jest jednym z symboli imposybilizmu naszego państwa.
Dopóki nie sprawimy, aby potencjalny przeciwnik musiał liczyć się z poważnymi kosztami swoich działań na terenie Polski, dopóty będzie on poszukiwał kolejnych okazji do wbicia nam szpilki w najbardziej wrażliwy punkt. Musimy zrozumieć, że jedyną drogą do prawdziwej deeskalacji jest pokazanie przeciwnikowi, że skończył się czas jednostronnego bicia. Potrzebujemy mechanizmu aktywnego odstraszania – tak, aby koszt wysłania balonu czy drona był dla Mińska i Moskwy nieproporcjonalnie wyższy niż dotychczasowe „zero”.
Jak tego dokonać, aby działania te nie stały się czynnikiem eskalującym, a doprowadziły do deeskalacji? To już pytanie do ekspertów i wojskowych. Być może konieczne będzie zostawienie niedopalonego papierosa na terenie rosyjskiej rafinerii, a może wysadzenie torów na kluczowej magistrali w okolicy Mińska? Jedno nie ulega dziś wątpliwości – obecna taktyka wiecznego trzymania gardy, nie jest skuteczna. Pora także zadać cios.

