Reklama
Kraj

Barbara Nowacka i ten sam błąd co Czarnek. Szkoła nie potrzebuje politycznych wojowników

Szkoła nie jest własnością żadnej partii, a minister edukacji nie powinien traktować swojego urzędu jak frontu wojny światopoglądowej. Problem w tym, że kolejne ekipy rządzące, choć różnią się hasłami i wartościami, zaskakująco często myślą o edukacji dokładnie w ten sam sposób.

Łukasz Wolański
Opinia autorstwa: Łukasz Wolański
Dzisiaj 11:55
10 min
Łukasz Wolański w rubryce „Z dziennika nauczyciela" komentuje słowa Barbary Nowackiej wygłoszone na Campusie Polska. (fot. PAP)
TYLKO NA

Barbara Nowacka powiedziała ostatnio na Campusie Polska: „Gdybyśmy tego nie zrobiły, no to sorry, zostałyby cały czas te konserwatywne dziady. No to, no, ktoś musi odwalić tę brudną robotę”. Można potraktować te słowa jako konferencyjną złośliwość. Problem w tym, że dobrze oddają pewien sposób myślenia o Ministerstwie Edukacji: nie tylko jako o instytucji zarządzającej szkołą, lecz także jako o narzędziu walki z politycznymi i światopoglądowymi przeciwnikami.

Folwark zwierzęcy

George Orwell opisał podobny mechanizm dawno temu. W „Folwarku zwierzęcym” nie wystarczyło przepędzić pijanego Jonesa. Problem zaczął się wtedy, gdy jego następcy stopniowo przejęli obyczaje tych, przeciwko którym wcześniej występowali. W polskiej edukacji również zmieniają się ministrowie, ideologie i hasła. Zaskakująco trwałe pozostaje natomiast przekonanie, że przejęcie MEN daje prawo do urządzenia szkoły według wartości własnego obozu.

Przemysław Czarnek przedstawiał swoje działania jako obronę szkoły przed ideologiczną ofensywą lewicy. Barbara Nowacka mówi o wykonywaniu „brudnej roboty” po „konserwatywnych dziadach”. Język i kierunek zmian są inne, ale sposób pojmowania urzędu pozostaje podobny: minister edukacji ma być wojownikiem własnego obozu.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: We wtorek nowy rok szkolny. Akcja Uczniowska domaga się dymisji Nowackiej

Minister edukacji oczywiście jest politykiem. Jest członkiem rządu, realizuje program większości i ponosi odpowiedzialność polityczną. Jeżeli jednak istnieje resort, w którym polityk powinien możliwie mocno wyciszyć swoją partyjną tożsamość, jest nim właśnie edukacja.

Szkoła nie obsługuje elektoratu rządu

Do tej samej klasy chodzą dzieci wyborców Platformy Obywatelskiej, PiS, Lewicy, Konfederacji, PSL, Polski 2050 i ludzi, którzy od lat nie głosują na nikogo. Nauczyciel nie może wejść do klasy i prowadzić lekcji tak, jakby przemawiał z partyjnej mównicy. Dyrektor nie może zarządzać szkołą jak lokalnym sztabem politycznym. Dlaczego więc minister miałby uważać, że jego polityczna wyrazistość jest atutem?

Katarzyna Hall, była minister edukacji w rządzie Donalda Tuska, powiedziała niedawno, że jeśli minister edukacji od początku reprezentuje „wyraziste, wręcz radykalne nastawienie światopoglądowe”, pojawia się problem w odbiorze jego działań. Co istotne, postawiła obok siebie Przemysława Czarnka i Barbarę Nowacką. Dodała też rzecz podstawową: szkoła wymaga wyważenia.

To ważna i trafna uwaga również dlatego, że nie pochodzi od politycznej przeciwniczki obecnego rządu. Hall sama kierowała resortem w pierwszym gabinecie Donalda Tuska i wywodzi się z tego samego szeroko rozumianego obozu politycznego. Trudno więc zbyć jej słowa jako zwykłą partyjną zaczepkę.

Reklama
Reklama

Niestety, minister jest politykiem

Być może problem zaczyna się jeszcze wcześniej. Ministrowie w Polsce są zwykle zawodowymi politykami. Niestety.

Nie dlatego, że polityk z definicji nie może być dobrym ministrem. Może. Problem polega na tym, że umiejętności potrzebne do odnoszenia sukcesów w polityce są inne niż te, które są potrzebne do kierowania systemem edukacji. Polityk musi umieć budować pozycję w partii, występować w mediach, negocjować w koalicji, reagować na kryzysy, mobilizować elektorat i wygrywać spory.

Przeczytaj także: Stanowski odpowiedział na słowa Tuska. „Co zrobiliście przez pół roku?”

Minister edukacji nie musi być najlepszym ekspertem w każdej dziedzinie. Powinien jednak rozumieć system na tyle, by łączyć wiedzę prawników, nauczycieli, dyrektorów, samorządowców, psychologów i specjalistów od podstaw programowych w jedną spójną politykę. Samo bycie kiedyś uczniem nie wystarczy. Bycie rodzicem ucznia także nie. Nawet doświadczenie nauczycielskie czy dyrektorskie nie daje automatycznie kompetencji do kierowania całym systemem.

Minister może otoczyć się dziesiątkami ekspertów, ale sama ich obecność nie stworzy polityki edukacyjnej. Można mieć świetnego specjalistę od podstaw programowych, dobrego prawnika, psychologa, dyrektora, samorządowca i ekonomistę. Jeżeli jednak osoba na szczycie nie potrafi połączyć ich wiedzy w spójną całość, powstaje nie reforma, lecz patchwork. Dziesięć mądrych pomysłów nie musi tworzyć jednej mądrej polityki.

Reklama
Reklama

Szkoła nie potrzebuje wojowników

Problem z polityczną tożsamością ministra nie jest kwestią estetyki. Ma bardzo praktyczne skutki. Gdy minister definiuje swoją rolę jako walkę z poprzednikami, każda decyzja łatwo staje się symbolem. Nie zmieniamy źle napisanego przepisu, „naprawiamy to, co zrobił Czarnek”. Nie dyskutujemy o organizacji lekcji religii, „odsuwamy Kościół od szkoły”. Nie projektujemy edukacji zdrowotnej, „bronimy nowoczesnej szkoły przed konserwatystami”.

Może Cię zainteresować: GIS ostrzega przed pesto. Możliwa obecność śmiertelnej toksyny

Po drugiej stronie działa dokładnie ten sam mechanizm. Przemysław Czarnek także chętnie przedstawiał własne decyzje jako obronę szkoły przed ideologicznymi przeciwnikami. Efekt jest zawsze podobny: zagadnienie edukacyjne zostaje zamienione w marker politycznej tożsamości. A gdy to się stanie, kompromis zaczyna wyglądać jak zdrada.

Im bardziej upolityczniona zostaje decyzja edukacyjna, tym mniejsza jest jej szansa na przetrwanie, nawet jeśli merytorycznie była słuszna. Jeżeli reforma staje się symbolem zwycięstwa jednego obozu, po zmianie władzy jej odrzucenie łatwo zamienić w symboliczne zwycięstwo obozu przeciwnego. Nowa ekipa nie pyta już wtedy przede wszystkim, czy dane rozwiązanie działa. Pyta, czyje nazwisko jest z nim kojarzone i komu jego pozostawienie pozwoliłoby przypisać sukces.

W ten sposób do kosza mogą trafić również dobre rozwiązania tylko dlatego, że poprzednicy nadali im partyjne barwy. A zmiana władzy, wcześniej czy później, zawsze nadchodzi. Apolityczność reformy nie jest więc wyłącznie kwestią dobrego tonu. Jest jednym z warunków jej trwałości.

Reklama
Reklama

Polityczne oznakowanie reformy może jednak zaszkodzić jej znacznie wcześniej, jeszcze zanim władzę przejmie inny obóz. Jeżeli nowe rozwiązanie od początku przedstawia się jako narzędzie walki z konkretną grupą, jego przeciwnicy dostają gotową opowieść mobilizującą opór. Zamiast rozmowy o treści reformy rozpoczyna się plebiscyt: jesteś z nami czy przeciwko nam? Widać to było przy edukacji zdrowotnej. Zanim przedmiot zdążył się zakorzenić w szkołach, został wciągnięty w spór światopoglądowy i dla części społeczeństwa stał się symbolem politycznego projektu obecnej władzy. Upolitycznienie nie tylko zagroziło jego trwałości po przyszłej zmianie rządu. Pomogło osłabić reformę już na starcie.

Czytaj również: Zabójstwo w Kędzierzynie-Koźlu. Makabryczne odkrycie w lesie

Zemsta nieboszczki drugiej godziny religii

Dobrze widać ten mechanizm na przykładzie religii i edukacji zdrowotnej. Druga godzina religii w tygodniu naprawdę nie była jednym z największych problemów polskiej szkoły. Powiedzmy wprost: to była zupełnie nieistotna, w skali szkoły, marginalna kwestia. Można było ją ograniczyć. Można było inaczej ułożyć zasady organizacji zajęć. Można było dyskutować o finansowaniu. Resort nadał jednak tej zmianie ogromne znaczenie polityczne. Jednym z argumentów było przeciążenie uczniów: skoro dzieci mają za dużo lekcji, trzeba im jedną godzinę odebrać. Całość przeprowadzono do tego w sposób, który do dziś budzi poważne wątpliwości prawne.

Reklama
Reklama

Niedługo później pojawiła się edukacja zdrowotna. I wtedy nieboszczka druga godzina religii zemściła się zza grobu. Jeżeli resort uczynił przeciążenie uczniów jednym z głównych argumentów za ograniczeniem religii, sam stworzył miarę, według której później musiała zostać oceniona każda kolejna godzina dokładana do planu.

Sprawdź także: Historia pewnego kubka. Tak niemieccy „bohaterowie” wracają do Polski

Problemy edukacji zdrowotnej nie wynikały oczywiście wyłącznie ze sporu o religię. Były kontrowersje dotyczące treści, fatalna komunikacja, konflikt z Kościołem i organizacjami konserwatywnymi, a później możliwość rezygnacji z przedmiotu. Polityczna wojna o religię pomogła jednak stworzyć narrację, którą przeciwnicy edukacji zdrowotnej wykorzystali przeciwko ministerstwu. To jest właśnie cena politykierstwa. Dzisiaj pomaga wygrać komunikacyjny spór. Jutro ogranicza pole manewru we własnej reformie, a czasem podcina ją jeszcze przed startem.

Co właściwie daje ministrowi wojna światopoglądowa?

Można powiedzieć, że polityka taka właśnie jest. Minister reprezentuje swój obóz, a wyborcy oczekują zmian. To prawda. Edukacja jest jednak wyjątkowo kiepskim miejscem do prowadzenia permanentnej wojny kulturowej.

Po pierwsze, większość ludzi nie wybiera szkoły według afiliacji partyjnej.

Po drugie, skutki decyzji edukacyjnych trwają znacznie dłużej niż kadencja parlamentu. Podstawa programowa wprowadzona dzisiaj będzie obowiązywała wtedy, gdy obecnej minister może już dawno nie być w rządzie. Uczniowie objęci reformą będą zdawali egzaminy wiele lat później. Część z nich nie będzie nawet pamiętała, kim byli politycy, którzy tę reformę wprowadzali.

Reklama
Reklama

Po trzecie, ostentacyjna polityczność ministra prawdopodobnie przynosi niewielki zysk nawet samemu ugrupowaniu. Twardy elektorat głosujący przede wszystkim z powodów światopoglądowych raczej nie zmieni preferencji dlatego, że minister edukacji ograniczy liczbę godzin religii albo wprowadzi określony zapis do podstawy programowej. Można więc wygrać kilka oklasków na partyjnym spotkaniu, a jednocześnie stracić zaufanie ludzi, którzy na co dzień mają wprowadzać reformę w życie. A jej realny sukces nie zależy przecież od ustaw, lecz od ludzi „na dole”.

Najmniej istotna część ministra

Dla przeciętnego ucznia najmniej interesującą cechą ministra edukacji jest to, na kogo ten minister głosuje. Dla nauczyciela również. Dla rodzica także.

Polecamy również: Rządowa strona już działa. Można sprawdzić, czy z MyDr wyciekły nasze dane

Wszyscy chcą raczej wiedzieć, czy szkoła działa rozsądnie, czy nauczyciele są przygotowani, czy program ma sens i czy kolejne reformy przetrwają dłużej niż jedną kadencję. Idealny minister edukacji, skoro już z konieczności musi być politykiem, powinien więc traktować własną partyjną tożsamość jako coś, co przy wejściu do resortu należy wyciszyć.

Minister edukacji może należeć do partii. Nie powinien jednak zarządzać szkołą tak, jakby szkoła należała do tej partii. Politycy zmieniają się co kilka lat. Szkoła zostaje.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny