Reklama
Świat

Walka o Europę właśnie się zaczęła. Polska nadal patrzy w złą stronę

Najważniejsze pytanie dla Polski nie brzmi dziś, kto wygra kolejne wybory. Brzmi: czy potrafimy wykorzystać moment historyczny, który może zdecydować o naszej pozycji na kontynencie na następne pół wieku. W świecie słabnących mocarstw rośnie znaczenie państw średniej wielkości. Polska może znaleźć się wśród nich albo bezpowrotnie stracić tę szansę.

Dariusz Kacprzak
Opinia autorstwa: Dariusz Kacprzak
Dzisiaj 18:20
29 min
Polska stoi dziś przed decyzją, która może zaważyć na jej pozycji w Europie na najbliższe pół wieku — pisze Dariusz Kacprzak. (fot. tło: Shutterstock; flaga Polski: Radek Pietruszka/PAP)

Są takie momenty w historii, kiedy świat zmienia się szybciej, niż jesteśmy w stanie to dostrzec. Niestety, polska klasa polityczna nie zwróciła uwagi na to, że usiadła do stołu, a na stole leżą karty do rozgrywki o wzrost znaczenia naszego kraju na arenie międzynarodowej. Większość polityków nadal zajmuje się bieżącymi sporami, media żyją kolejną aferą czy konferencją prasową. Partie polityczne analizują słupki poparcia i zastanawiają się, jak wygrać następne wybory. Tymczasem prawdziwa historia dzieje się obok nas i niewiele wskazuje na to, aby polska klasa polityczna zdawała sobie sprawę ze skali zmian, które właśnie zachodzą.

Można odnieść wrażenie, że Polska po raz kolejny znalazła się w punkcie zwrotnym swojej historii, ale zamiast próbować ten moment wykorzystać, zajmuje się nieustannym sporem o sprawy, które za kilkanaście lat nie będą miały żadnego znaczenia. Jeżeli za sto lat historycy będą analizowali przyczyny sukcesu lub porażki Polski w XXI wieku, nie będą poświęcali wielu stron sporom pomiędzy kolejnymi rządami ani zastanawiali się, która partia wygrała wybory parlamentarne w 2027 czy 2031 roku. Zadadzą natomiast jedno zasadnicze pytanie: czy polskie elity potrafiły dostrzec, że świat wszedł w okres największej przebudowy geopolitycznej od zakończenia zimnej wojny i czy liderzy mieli odwagę zbudować strategię, która pozwoliłaby Polsce wykorzystać tę historyczną szansę. Kolejny raz muszę napisać: „niestety”! Moja odpowiedź nasiąknięta jest pesymizmem.

Sprawdź również: Czołgi wycofane z pierwszej linii walk. Ekspert ds. dronów: Atakowany jest każdy pojazd

Od ponad trzydziestu lat kolejne rządy, niezależnie od politycznych barw, prowadzą politykę podporządkowaną logice wyborczej – liczy się tylko teraźniejszość. Nie potrafimy uczyć się od innych. Nie dostrzegamy, że państwa osiągające trwałą przewagę geopolityczną podporządkowują bieżącą politykę wieloletniej strategii. W Polsce zmieniają się rządy, ministrowie, programy i priorytety. Raz stawiamy na jeden sektor gospodarki, za chwilę na inny. Raz budujemy jedną wizję rozwoju, po wyborach ją porzucamy i zaczynamy wszystko od początku.

Reklama
Reklama

Każda kolejna ekipa sprawia wrażenie, jakby państwo zaczynało istnieć dopiero w dniu jej zaprzysiężenia. A jeśli nawet tak nie myśli, to robi wszystko, by to, co stworzyli poprzednicy, zakopać głęboko, minimum dziesięć metrów pod ziemią. Chcemy przykładu? CPK – Centralny Port Komunikacyjny. A nie... już Port Polska, tylko w mniejszym wydaniu. Za chwilę ten sam problem dotknie przemysłu kosmicznego – już obśmiewanego politycznie w kontekście wypowiedzi premiera Tuska o budowie polskiego statku kosmicznego.

Nie widzimy horyzontu. Widzimy tylko 10 metrów wokół nas.

Państwa nie buduje się od nowa co cztery lata. Państwo buduje się przez pokolenia. Największym błędem polskiej polityki po 1989 roku nie były nieudane reformy, błędne decyzje gospodarcze czy konflikty na szczytach władzy, jak choćby: Wałęsa–Kaczyńscy, Kwaśniewski–Miller, Nawrocki–Tusk. Największym błędem było to, że żaden rząd nie postawił sobie za strategiczny cel uczynienia Polski jednym z państw współzarządzających Europą.

Osiedliśmy na laurach, uznając, że samo wstąpienie do UE i NATO wprowadza nas na salony Europy. Rywalizowaliśmy o to, kto będzie sprawował władzę w Warszawie, ale nigdy nie rozpoczęliśmy poważnej debaty o tym, jak sprawić, aby za dwadzieścia lub trzydzieści lat Warszawa stała się jednym z najważniejszych ośrodków politycznych, gospodarczych i technologicznych naszego kontynentu.

Reklama
Reklama

To właśnie dlatego Polska znalazła się dziś w miejscu, w którym możemy stwierdzić, iż posiada ogromny potencjał, ale nie potrafi zamienić go w trwałą siłę i trwałą przewagę konkurencyjną. Tak, państwa konkurują względem siebie na wielu płaszczyznach i na wielu poziomach. Przestańmy wierzyć, że możemy na stałe „przyjaźnić się” z innymi krajami – ta przyjaźń kończy się zawsze wtedy, gdy zaczynamy mieć rozbieżne interesy. I wcale bym się na to nie obrażał, lecz szukał metod i narzędzi, by te wojny wygrywać. Przypomnę tylko, że, jak uczy historia, z silnymi chcą się „przyjaźnić” wszyscy, a nawet jak nie wszyscy, to wielu.

Kto będzie współdecydował o Europie przez następne pół wieku

Przez dziesięciolecia wydawało się, że świat będzie na zawsze zarządzany przez kilka wielkich mocarstw. Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny oraz największe państwa Europy Zachodniej wyznaczały kierunki rozwoju polityki międzynarodowej, światowej gospodarki i bezpieczeństwa. Do tego doszły Indie i Japonia. Wiele wskazuje jednak na to, że ten model zaczyna się wyczerpywać. Kończy się powoli świat wielkich mocarstw.

Polecamy także: Wizyta szefa CIA w Moskwie. Putin odwoła plan mobilizacji czy będzie eskalował?

Nie oznacza to, że Stany Zjednoczone czy Chiny przestaną być potęgami. Oznacza natomiast, że ich zdolność do narzucania swojej woli całemu światu będzie coraz bardziej ograniczana przez własne problemy oraz przez rosnącą rywalizację pomiędzy nimi. Oczywiście nie może nam również umknąć problem coraz większego braku przewidywalności zachowań rządzących tymi mocarstwami.

Reklama
Reklama

Rosja wyczerpuje swój potencjał wojną przeciwko Ukrainie, ponosząc ogromne koszty militarne, gospodarcze i demograficzne. Chiny wchodzą w okres kryzysu demograficznego i spowolnienia gospodarczego, które będą wymagały coraz większej koncentracji na sprawach wewnętrznych, ale przy tym bez rezygnacji z chęci dominacji na arenie międzynarodowej, czy to politycznie, czy poprzez uzależnienie innych gospodarek od surowców ziem rzadkich, handel tanimi towarami, konkurencję cenową w dostarczaniu komponentów i tańszych samochodów, nie wspominając o zależności od dostaw produktów farmaceutycznych. Kryzys gospodarczy, zadłużenie, izolacja geopolityczna i ryzyko konfliktu z Tajwanem nie będą jednak pomocne Chinom.

Czytaj również: Defilada robotów, czyli jak drony zdominowały ulice Kijowa

Stany Zjednoczone poświęcają coraz więcej energii rywalizacji z Pekinem, próbom stabilizacji lub, jak kto woli, destabilizacji rynków wymiany handlowej, technologicznej i surowcowej oraz mierzą się z narastającą polaryzacją własnego społeczeństwa. Polityka Donalda Trumpa wprowadza destabilizację na mapie świata – wiele krajów przestaje wierzyć w centralną rolę Stanów jako gwaranta bezpieczeństwa, ale też budowy biznesu. A gdy mowa o biznesie, to przykład Niemiec pokazuje, jak traci się przynajmniej część przewagi wynikającej z taniej energii i eksportowego modelu gospodarki. Swoje zasługi ma w tym polityka Unii Europejskiej, z, jakby nie patrzeć, jej szefową pochodzącą z tego kraju na czele.

Reklama
Reklama

Francja, Wielka Brytania i Włochy coraz częściej zajmują się własnymi kryzysami niż budowaniem nowego ładu międzynarodowego. Na szczególną uwagę zasługuje Wielka Brytania, która z bardzo istotnego kraju kreującego politykę międzynarodową stała się po Brexicie krajem zmieniających się premierów nieradzących sobie z sytuacją wewnętrzną, zaś Brytyjczykom została tylko nadzieja, że James Bond pozostaje w formie.

Warto przeczytać: Polska się zbroi. Kolejne K2 „dopłynęły” z Korei

Oczywiście nie jest to jeszcze koniec świata wielkich mocarstw. Jest to raczej początek świata, w którym względne znaczenie państw średniej wielkości może rosnąć szybciej niż kiedykolwiek od zakończenia zimnej wojny. Historia wielokrotnie pokazywała, że kiedy najwięksi muszą skoncentrować się na rozwiązywaniu własnych problemów, powstaje przestrzeń dla tych państw, które potrafią szybciej podejmować decyzje, prowadzić bardziej elastyczną politykę i konsekwentnie budować własną przewagę. Moim zdaniem właśnie wchodzimy w taki moment.

Nie będzie to świat, w którym znikną supermocarstwa. Będzie to świat, w którym coraz większe znaczenie zyskają państwa średniej wielkości, zdolne do samodzielnego działania, posiadające własny przemysł, własne technologie, własny kapitał, własną i skuteczną dyplomację oraz, co najważniejsze w tym wszystkim, własną strategię. Strategia staje się słowem kluczem – to właśnie tutaj zaczyna się największa szansa Polski od kilkuset lat.

Nadchodzi epoka państw średniej wielkości

W geopolityce nie zawsze wygrywa największy. Bardzo często wygrywa ten, kto znalazł się w odpowiednim czasie i miejscu, najlepiej wykorzystując moment historyczny. Tak było z Prusami, które przez dziesięciolecia budowały swoją siłę konsekwentnie i cierpliwie, mimo że początkowo nie należały do największych państw Europy. Tak było z Japonią, która po II wojnie światowej postawiła na przemysł, technologię i edukację. Tak było z Koreą Południową, która z państwa zniszczonego wojną stała się jednym z liderów światowej gospodarki.

Reklama
Reklama

Tak było również z Izraelem, który udowodnił, że o pozycji państwa nie decyduje liczba mieszkańców ani powierzchnia terytorium, lecz zdolność do tworzenia przewagi technologicznej, militarnej, intelektualnej i strefy międzynarodowych wpływów, budowanych choćby przez lata przez diaspory. Efekty polityki Izraela widoczne są gołym okiem i na nic zdają się protesty ludzi piętnujących używanie siły militarnej i polityki wpływów w rozwiązywaniu sporów oraz często pojawiające się krytyczne opinie, że Izrael dołącza do krajów destabilizujących stosunki międzynarodowe, a konsekwencje takiego działania mogą być zupełnie inne, niż sam Izrael przewiduje.

Polecamy również: MON pozyskuje kolejne Pioruny. To polska superbroń sprawdzona na Ukrainie

Coraz więcej wskazuje na to, że XXI wiek może należeć właśnie do takich państw. Nie będą one próbowały zastąpić Stanów Zjednoczonych ani Chin. Będą natomiast dążyły do tego, aby stać się niezbędnymi partnerami dla wszystkich wielkich graczy, organizując bezpieczeństwo własnych regionów, tworząc technologie, kontrolując przepływy kapitału oraz budując wpływy gospodarcze i polityczne. Jeszcze kilka lat temu można było wskazać trzy państwa, które miały szczególne predyspozycje, aby wejść do tej nowej ligi: Turcję, Izrael i Polskę.

Reklama
Reklama

To nie był przypadek, że jeszcze kilka lat temu analitycy zajmujący się geopolityką coraz częściej wskazywali właśnie Turcję, Izrael i Polskę jako państwa, które w XXI wieku mogą odegrać rolę znacznie większą, niż wynikałoby to z ich powierzchni czy liczby ludności. Każde z nich dysponowało innymi atutami, każde rozwijało się w odmiennym otoczeniu geopolitycznym, ale wszystkie miały jedną wspólną cechę – posiadały potencjał, aby stać się państwami organizującymi bezpieczeństwo i rozwój własnych regionów.

Turcja już dawno przyjęła model, w którym założyła, że nie może budować swojej pozycji wyłącznie jako członek NATO ani jako kandydat do Unii Europejskiej, co jest powszechnie znane analitykom spraw międzynarodowych. Prezydent Erdogan jasno zakomunikował, że przystąpienie jego kraju do UE przestało być priorytetem i to Unia będzie przegrana, jeśli nadal będzie odrzucać akcesję Turcji. Ankara uznała, że chce być samodzielnym ośrodkiem siły, którego znaczenie nie będzie zależało od decyzji podejmowanych w Waszyngtonie, Brukseli, Berlinie czy też Moskwie.

Dlatego od kilkunastu lat konsekwentnie inwestuje we własny przemysł obronny, rozwija krajowe technologie, eksportuje uzbrojenie, buduje własne koncerny przemysłowe i prowadzi politykę zagraniczną opartą na zasadzie maksymalizacji tureckich interesów. Turcja nie pyta, jakie miejsce wyznaczą jej inni przy stole. Turcja sama określa, jakie miejsce chce zająć. A gdy trzeba, potrafi nawet zestrzelić rosyjski samolot wojskowy. Bez kompleksów potrafi pogrozić palcem. Nie bez przyczyny też sam Bonaparte powiedział, że gdyby cały świat był jednym państwem, jego stolicą byłby Konstantynopol.

Reklama
Reklama

Nieprzypadkowo też tureckie drony latają dzisiaj nad polami bitew na kilku kontynentach, tureckie firmy uczestniczą w największych projektach infrastrukturalnych, a Ankara potrafi jednego dnia rozmawiać z Waszyngtonem, Moskwą, Kijowem i państwami arabskimi. Efektem takiej polityki jest podpisanie w sierpniu 2026 r. porozumienia mekkańskiego o wspólnej obronie pomiędzy Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem.

Tak działa i zachowuje się państwo, które chce być jednym z głównych rozgrywających swojego regionu.

Izrael obrał inną drogę, ale prowadzącą do tego samego celu.

Czytaj także: Sondaż: Większość Polaków nie ufa, że wojsko jest gotowe na atak wroga

Nigdy nie miał przewagi demograficznej ani surowcowej. Nie dysponował wielkim terytorium ani ogromnym rynkiem wewnętrznym. Zrozumiał jednak znacznie wcześniej niż większość świata, że w XXI wieku największym źródłem siły nie będą złoża ropy, liczba czołgów ani powierzchnia państwa, lecz zdolność do tworzenia wiedzy, technologii i innowacji. Dlatego Izrael od dziesięcioleci inwestuje w badania naukowe, uczelnie, sektor nowych technologii, cyberbezpieczeństwo, sztuczną inteligencję oraz przemysł obronny. W efekcie państwo liczące niespełna dziesięć milionów mieszkańców stało się jednym z najważniejszych centrów technologicznych świata, a jego wpływy polityczne i gospodarcze są wielokrotnie większe, niż wynikałoby to z jego wielkości.

Reklama
Reklama

Turcja zbudowała swoją pozycję poprzez geopolitykę. Izrael zbudował ją poprzez technologię. Oba państwa osiągnęły ten sam efekt. Stały się niezbędne.

Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że Polska również stanie się jednym z filarów tej nowej grupy. Dysponowaliśmy największą gospodarką Europy Środkowo-Wschodniej, dynamicznym wzrostem gospodarczym, dobrze wykształconym społeczeństwem, członkostwem w Unii Europejskiej i NATO oraz położeniem geograficznym, którego nie posiada żadne inne państwo naszego regionu. Zazwyczaj to właśnie położenie geograficzne Polski było źródłem problemów, ale nie tym razem. Norman Davies wielokrotnie podkreślał, że położenie Polski jest jednym z największych geopolitycznych atutów w Europie, ponieważ znajdujemy się na styku głównych szlaków komunikacyjnych, gospodarczych i politycznych kontynentu. Pod jednym warunkiem. Musimy prowadzić politykę państwa, a nie politykę kolejnych kadencji. Potencjał nigdy nie zamienia się automatycznie w siłę. Siłę tworzy strategia. I właśnie strategii nadal brakuje naszemu krajowi.

Sprawdź również: „Tarcza Wschód”, czyli polska linia umocnień na tle doświadczeń Ukrainy

Od ponad trzydziestu lat nie stworzyliśmy ponadpartyjnej wizji rozwoju państwa. Nie określiliśmy, jaka Polska ma być za trzydzieści lat. Nie zbudowaliśmy narodowej doktryny przemysłowej, technologicznej ani geopolitycznej. Nie odpowiedzieliśmy na pytanie, jakie przewagi chcemy posiadać wobec Niemiec, Turcji, Ukrainy czy państw skandynawskich, nie wspominając już o Izraelu. Zadowoliliśmy się szybkim wzrostem gospodarczym, zakładając, że sam wzrost uczyni z Polski państwo wpływowe. Ale samo bogactwo nie daje przywództwa. Przywództwo daje umiejętność organizowania innych wokół własnych interesów. I właśnie dlatego Polska stoi dzisiaj przed wyborem, którego nie można już odkładać.

Reklama
Reklama

Albo zbuduje własną strategię i dołączy do państw średniej wielkości, które będą współdecydowały o przyszłości Europy, albo pozostanie państwem, które będzie coraz bogatsze, ale którego znaczenie polityczne być może nie będzie rosło proporcjonalnie do wzrostu potencjału gospodarczego. Czy to nam wystarczy? Nie powinno, gdyż w tym samym czasie na horyzoncie pojawia się jeszcze jeden gracz – państwo, które przed wojną nie było wymieniane w tym gronie, ale które po jej zakończeniu może bardzo szybko do niego dołączyć. Myślę tutaj o Ukrainie. I to właśnie zmienia geopolityczną układankę.

Warte przeczytania: Izrael rozmywa sprawę śmierci Damiana Sobóla. Zychowicz: Polski MSZ jest za miękki

Polska popełniłaby dzisiaj bardzo poważny błąd, gdyby uznała, że zakończenie wojny rosyjsko-ukraińskiej będzie oznaczało powrót do porządku, który znaliśmy przed 2022 rokiem. Taki świat już nie wróci. Bez względu na to, kiedy zakończy się wojna i na jakich warunkach zostanie zawarty pokój, Ukraina będzie zupełnie innym państwem, niż była przed rosyjską agresją. Będzie dysponowała jedną z największych armii Europy, ogromnym doświadczeniem wojennym, rozbudowanym przemysłem obronnym oraz wielomiliardowym programem odbudowy finansowanym przez partnerów zachodnich i wcale niekoniecznie przy udziale Polski i polskiego biznesu – niestety Polska i Ukraina mają swoje porachunki historyczne i uwarunkowania mentalne. Jeżeli ten potencjał zostanie dobrze przez Ukrainę wykorzystany, może ona stać się jednym z najważniejszych państw Europy Wschodniej.

Reklama
Reklama

Powinienem przy tym napisać, że nie należy postrzegać tego jako zagrożenia wynikającego z wrogich zamiarów Ukrainy. Skoro jednak wcześniej dawałem do zrozumienia, że „przyjaźń”, ale i „wdzięczność” są kiepską walutą na rynku geopolityki, to nie mogę teraz z powodów dyplomatycznych udawać, że Polska i Ukraina nie znajdą się na kierunku kolizyjnym. Należy postrzegać to jako naturalną konsekwencję polityki każdego państwa, które chce zwiększać swoją siłę. Państwa nie budują potencjału po to, aby wzmacniać swoich sąsiadów. Budują go po to, aby realizować własną rację stanu. Tak postępują Stany Zjednoczone, Niemcy, Turcja i Izrael. Tak samo będzie postępowała Ukraina, która w grze interesów wydaje się sprawniejsza od nas.

Polecamy także: Szef CIA z tajną misją w Moskwie. USA proszą Kijów o wstrzymanie ataków

Na marginesie podniosę, że nie bez przyczyny następuje zacieśnianie kontaktów pomiędzy prezydentem Zełenskim a premierem Netanjahu. Lepszym ode mnie analitykom spraw międzynarodowych pozostawiam pogłębienie tego tematu, szczególnie w kontekście pozycji Polski w Europie i możliwości wypychania nas z kręgu państw średnich o istotnym znaczeniu. Powyższe oznacza również, że po zakończeniu wojny rozpocznie się nowa rywalizacja – nie militarna, lecz gospodarcza, technologiczna, infrastrukturalna i polityczna. Będzie to rywalizacja o inwestycje, o centra logistyczne, o siedziby międzynarodowych instytucji, o nowe szlaki transportowe, o kapitał, o innowacje i o rolę głównego partnera w tej części Europy.

Reklama
Reklama

Od początku wojny w polskiej debacie publicznej zbyt często pojawia się fałszywy wybór: albo wspierać Ukrainę, albo budować siłę Polski. Tymczasem odpowiedzialna polityka państwowa wymaga robienia obu tych rzeczy jednocześnie. Polska ma fundamentalny interes w tym, aby Ukraina pozostała państwem niepodległym, stabilnym i zdolnym do obrony przed rosyjskim imperializmem. Jednocześnie Polska ma równie fundamentalny obowiązek budowania własnej przewagi, ponieważ tylko silne państwo jest wartościowym sojusznikiem, a i samo może oprzeć się nacjonalizmowi innych państw. Pewne jest, że nie możemy dopuścić do sytuacji, w której za dwadzieścia lat głównym centrum finansowym regionu będzie Kijów, głównym centrum nowych technologii będzie Tel Awiw, głównym producentem uzbrojenia będzie Ankara, a Warszawa pozostanie jedynie dużym rynkiem zbytu i zapleczem logistycznym.

Czytaj również: Tragiczny bilans ofiar lawiny błotnej w Tybecie. USA oferują pomoc

Jeżeli Polska nie będzie miała własnej strategii, może się okazać, że z kraju, który przez ostatnie trzy dekady był naturalnym liderem Europy Środkowo-Wschodniej, stanie się jednym z kilku podobnych państw konkurujących o uwagę największych światowych graczy. To byłaby największa strategiczna porażka III Rzeczypospolitej! Jeżeli taki scenariusz się zrealizuje, nie będzie to efekt spisku przeciwko Polsce. Będzie to rezultat naszych własnych zaniechań i braku dojrzałości polskiej klasy politycznej.

Reklama
Reklama

Polska musi stać się państwem projektującym przyszłość 

Od ponad trzech dekad polska polityka zagraniczna ma przede wszystkim charakter reaktywny. Reagujemy na decyzje podejmowane w Berlinie, Brukseli, Waszyngtonie czy Moskwie. Znacznie rzadziej sami proponujemy rozwiązania, wokół których gromadzilibyśmy inne państwa. Przywództwo nie polega na tym, że ma się rację. Przywództwo polega na tym, że inni uznają nasze propozycje za warte uwagi i poparcia. Jeżeli Polska chce wejść do grona państw współkształtujących przyszłość Europy, musi stworzyć własny projekt geopolityczny dla naszego regionu. Nie może on opierać się wyłącznie na bezpieczeństwie militarnym, gdyż, jak wskazywałem wcześniej, trwała przewaga państw powstaje wtedy, gdy bezpieczeństwo łączy się z rozwojem gospodarczym, technologicznym i finansowym.

Powinniśmy zatem dążyć do stworzenia najsilniejszego w Europie Środkowo-Wschodniej ekosystemu nowych technologii, który będzie przyciągał naukowców i przedsiębiorców z całego regionu oraz angażował kapitał. Powinniśmy zbudować największy w tej części Europy przemysł obronny i kosmiczny oparty na własnych rozwiązaniach technologicznych, dzięki czemu Polska stałaby się nie tylko odbiorcą nowoczesnego uzbrojenia, lecz również jego projektantem i eksporterem, jak choćby rozwiązań dual use, dokonując w ten sposób przeskoku pomiędzy własnymi ograniczeniami a szansami wypełniania nisz rynkowych o mocnym oddziaływaniu, jak i przeskoku intelektualnego opartego o badania i rozwój, własny narodowy kapitał oraz własne zasoby ludzkie (szczególnie młodego pokolenia), by rywalizować i zajmować dominującą pozycję w konkurencyjnych sektorach gospodarki.

Reklama
Reklama

Powinniśmy rozwijać energetykę jądrową oraz nowoczesną infrastrukturę przesyłową, ponieważ państwo kontrolujące bezpieczeństwo energetyczne regionu zyskuje wpływ wykraczający daleko poza własne granice. Z perspektywy rozwojowej oraz potrzeby dominacji międzynarodowej istotne byłoby również stworzenie silnego polskiego kapitału zdolnego do inwestowania za granicą. Państwo, którego przedsiębiorstwa kupują firmy, technologie i infrastrukturę poza własnymi granicami, buduje trwałe wpływy gospodarcze, ale i... polityczne.

Może cię zainteresować: Chiny prezentują koncepcję samolotu na 800 osób. Ma zdeklasować Airbusa A380

Państwo, które ogranicza się do przyjmowania zagranicznych inwestycji, pozostaje uzależnione od decyzji innych. Nie mniej istotna jest dyplomacja. Polska powinna stać się inicjatorem projektów regionalnych obejmujących transport, energetykę, cyfryzację i bezpieczeństwo, tak aby państwa naszego regionu postrzegały Warszawę jako naturalne miejsce koordynacji wspólnych przedsięwzięć.

Tak buduje się przywództwo – nie poprzez deklaracje, lecz poprzez tworzenie rozwiązań i sieci powiązań, z których inni odnoszą korzyści albo którym muszą się podporządkować. Nie wiem, czym dziś zajmuje się polska dyplomacja. Nie widzę strategicznych efektów jej pracy. Sukcesy jednostkowe, choć ważne, to jednak za mało, by realizować cel, jakim jest Polska. Stoję na stanowisku, że część „myślącej” klasy politycznej powinna wstrząsnąć ministrem spraw zagranicznych, by wyszedł poza własne samozadowolenie i zaczął budować dyplomatyczną strategię osadzenia Polski jako kraju wiodącego w Europie. Wreszcie musimy zrozumieć, że największym zasobem XXI wieku nie będą surowce naturalne, lecz ludzie.

Reklama
Reklama

Polecamy: USA ogłaszają „gospodarczy D-Day”. Ostateczne ultimatum dla partnerów Iranu

Dlatego inwestycje w edukację, badania naukowe, sztuczną inteligencję, technologie kwantowe i cyberbezpieczeństwo powinny zostać uznane za element polityki bezpieczeństwa państwa, a nie wyłącznie polityki naukowej. Jeżeli Turcja buduje swoją przewagę poprzez przemysł i aktywną geopolitykę, a Izrael poprzez innowacje i technologię, to Polska powinna połączyć oba te modele. Dysponujemy odpowiednim potencjałem demograficznym, położeniem geograficznym i członkostwem w najważniejszych strukturach Zachodu, aby stać się państwem, które jednocześnie produkuje nowoczesne technologie, rozwija silny przemysł, organizuje bezpieczeństwo regionu i jest centrum finansowym Europy Środkowo-Wschodniej.

To nie jest projekt na jedną kadencję. To jest projekt na kilka pokoleń. I właśnie dlatego wymaga klasy politycznej, która będzie potrafiła myśleć kategoriami państwa, a nie kolejnych wyborów. Zarzucam klasie politycznej, co często powtarzam w programach publicystycznych i co z mojej perspektywy jest uzasadnione, że jest ograniczona do myślenia w kategorii „tu i teraz”, a nie w kategorii „przyszłość”. 

Doktryna Państwa Polskiego – pięć filarów przywództwa XXI wieku 

Jeżeli Polska rzeczywiście chce wykorzystać historyczną szansę, jaka pojawia się wraz ze zmianą światowego układu sił, musi odejść od myślenia kategoriami jednej kadencji i przyjąć narodową doktrynę rozwoju, która będzie obowiązywała niezależnie od tego, kto wygra kolejne wybory, czy władza będzie realizowana monopartyjnie, czy w koabitacji rząd–prezydent. Państwa, które odgrywają znaczącą rolę w świecie, nie zmieniają swojej wizji co cztery lata. Zmieniają rządy, ale nie zmieniają kierunku. Dlatego Polska potrzebuje własnej doktryny państwowej, której celem nie będzie wyłącznie zwiększenie poziomu życia obywateli, lecz uczynienie Rzeczypospolitej jednym z państw współkształtujących przyszłość Europy i Zachodu. 

Reklama
Reklama

Zapoznaj się: USA zmieniają nazwę lotniskowca. Miał uczcić czarnoskórego bohatera, teraz rozważają Trumpa

Pierwszy filar – ciągłość państwa ponad polityką. Największą słabością współczesnej Polski jest brak ciągłości strategicznej. Każda zmiana władzy oznacza zmianę priorytetów, instytucji, inwestycji, a często nawet podstawowych kierunków polityki zagranicznej i gospodarczej. W ten sposób nie buduje się państwa zdolnego do konkurowania z krajami, które realizują swoje strategie przez dwadzieścia lub trzydzieści lat. Polska powinna przyjąć narodową strategię rozwoju do 2050 lub 2060 roku, zatwierdzoną większością konstytucyjną 2/3 głosów (307 głosów) i obowiązującą wszystkie kolejne rządy, przy aktywnej roli Prezydenta RP jako gwaranta jej realizacji. Taki dokument powinien określać cele w zakresie bezpieczeństwa, gospodarki, edukacji i nauki, energetyki, infrastruktury, technologii i polityki zagranicznej, a jego zmiana powinna być możliwa wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach, bo państwo nie może zaczynać swojej historii od początku po każdych wyborach.

Drugi filar – gospodarka oparta na przewagach, a nie na kosztach pracy. Przez trzydzieści lat Polska odniosła sukces dzięki przedsiębiorczości swoich obywateli, a może nawet wbrew rządzącym, integracji z gospodarką europejską oraz konkurencyjnym kosztom wytwarzania. Ten model jednak stopniowo się wyczerpuje. Nie wygramy przyszłości, jeżeli nadal będziemy konkurowali niskimi kosztami pracy, podczas gdy inni będą konkurowali technologią. Dlatego państwo powinno skoncentrować swoje zasoby na kilku obszarach, które zadecydują o sile gospodarek w XXI wieku. Powinny to być między innymi: sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo, technologie kwantowe, półprzewodniki, energetyka jądrowa, biotechnologia oraz nowoczesny przemysł obronny.

Reklama
Reklama

Przy tym nie chodzi o to, aby Polska była dobra we wszystkim. Chodzi o to, aby była najlepsza w kilku dziedzinach, bez których nie będzie można budować nowoczesnej gospodarki. Musimy przestać kupować przyszłość od innych. Musimy zacząć ją projektować i sprzedawać. Widzę tutaj ogromną rolę uczelni wyższych, biznesu i wywiadu. W obecnym systemie nie wyszukuje się zdolnych Polaków, którzy stanowiliby polską kadrę narodową, ale nie w sporcie, a w dyscyplinie, jaką jest współpraca na rzecz budowy narodowego kapitału społecznego. Nie da się również budować przewag konkurencyjnych, gospodarki, rodzimych biznesów przy systemie podatkowym, który jest jednym z najbardziej nieprzyjaznych podatnikowi. Prosty system podatkowy, niskie podatki, płacone nie w oparciu o to, kto wymyśli lepszą optymalizację podatkową, to must have dla dalszego budowania pozycji Polski w geopolitycznym układzie. 

Trzeci filar – Polska jako organizator Europy Środkowo-Wschodniej. Przywództwa nie zdobywa się poprzez dominację nad sąsiadami, choć czasem może być to konieczne. Zdobywa się je poprzez tworzenie rozwiązań, które są korzystne dla wszystkich uczestników współpracy. Polska powinna stać się państwem organizującym rozwój naszego regionu. Powinna być inicjatorem projektów infrastrukturalnych, energetycznych, cyfrowych, politycznych i obronnych, które będą łączyły państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Powinna być miejscem, w którym zapadają decyzje dotyczące bezpieczeństwa regionalnego, inwestycji i nowych technologii.

Reklama
Reklama

Jeżeli Warszawa stanie się naturalnym centrum współpracy dla państw między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem, Polska nie będzie musiała walczyć o przywództwo. To przywództwo będzie wynikało z pełnionej funkcji. Jestem również zwolennikiem zdecydowanej i strategicznej aktywizacji Polski w projektach: Inicjatywa Trójmorza (3SI), Grupa Wyszehradzka (V4), Format Bukaresztański (B9), Trójkąt Weimarski, Rada Państw Morza Bałtyckiego (RPMB). 

Czytaj również: Zerwali rozmowy z USA. „Jesteśmy panami we własnym domu”

Czwarty filar – bezpieczeństwo jako produkt eksportowy. Przez wiele lat bezpieczeństwo traktowaliśmy jako koszt, który należy ponosić, aby chronić własne granice. XXI wiek wymaga zupełnie innego podejścia. Nowoczesny przemysł obronny powinien stać się jednym z filarów polskiej gospodarki i jednym z najważniejszych narzędzi budowania wpływów międzynarodowych. Państwo, które projektuje nowoczesne systemy uzbrojenia, rozwija technologie podwójnego zastosowania i eksportuje rozwiązania wykorzystywane przez innych, buduje jednocześnie trwałe relacje polityczne oraz gospodarcze. Tak właśnie postąpiły Stany Zjednoczone. Tak postępuje Izrael. Tak postępuje Turcja. Polska również powinna przyjąć założenie, że bezpieczeństwo może być nie tylko gwarancją własnej suwerenności, lecz także jednym z najważniejszych elementów naszej przewagi gospodarczej i politycznej, a także towarem eksportowym. 

Reklama
Reklama

Piąty filar – kapitał, wiedza i marka Polska Największym bogactwem XXI wieku nie będzie ropa naftowa ani gaz ziemny. Największym bogactwem będą ludzie zdolni tworzyć technologie, przedsiębiorstwa oraz innowacje. Dlatego Polska powinna uczynić z edukacji, nauki i badań strategiczny element polityki bezpieczeństwa państwa. Potrzebujemy najlepszych uczelni technicznych w Europie Środkowo-Wschodniej, światowej klasy instytutów badawczych, skutecznego systemu komercjalizacji wynalazków oraz silnego państwowego i prywatnego kapitału inwestującego w rozwój nowych technologii.

Dlatego też nie jest zadowalającym i w żaden sposób pocieszającym fakt, że w rankingu zwanym Listą szanghajską w 2026 r. znalazło się siedem polskich uczelni wśród tysiąca najlepszych na świecie: Uniwersytet Warszawski (401-500 miejsce), Uniwersytet Jagielloński (501-600 miejsce), Akademia Górniczo-Hutnicza (701-800 miejsce), Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Politechnika Warszawska, Politechnika Wrocławska (901-1000 miejsce). W tej materii mamy ogromny dystans do nadrobienia. Pozycje tych uczelni są zdecydowanie za słabe. Równocześnie musimy świadomie budować markę Polski jako państwa nowoczesnego, przewidywalnego i wiarygodnego.

Reklama
Reklama

Sprawdź także: Ukraina ma problem i zwraca się ku Polsce. „Zagrożeń może być z tego powodu wiele”

Państwa, które kojarzy się z bezpieczeństwem, wysoką jakością produktów, innowacyjnością oraz odpowiedzialnym przywództwem. Państwo, które nie buduje własnej marki, wcześniej czy później będzie funkcjonowało pod markami stworzonymi przez innych. Dlatego z dużym entuzjazmem przyjąłem powołanie ekspertki specjalizującej się w budowaniu i promocji silnych marek, prof. Barbary Mróz-Gorgon, na stanowisko Pełnomocnika Rządu ds. promocji marki Polska w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, która miała odpowiadać za stworzenie spójnej strategii i zarządzanie reputacją kraju na arenie międzynarodowej.

Niestety, Pani Pełnomocnik na starcie zaliczyła gigantyczną wpadkę związaną z upublicznieniem raportu „Polaków portret własny” i szybko podała się do dymisji w atmosferze skandalu. Nie przekreślałbym jednak samego pomysłu, by taki pełnomocnik był. W mojej opinii jest to potrzebny element, więc nie wylewajmy dziecka z kąpielą tylko dlatego, że dobrano do tej funkcji, jak się z czasem okazało, niewłaściwą osobę. 

Doktryna ambitnego państwa 

Jeżeli Polska chce znaleźć się w gronie państw współkształtujących przyszłość Europy, musi przestać myśleć kategoriami administracji, a zacząć myśleć kategoriami cywilizacji. Naszym celem nie powinno być wyłącznie dogonienie najbogatszych państw Zachodu. Takie myślenie było uzasadnione trzydzieści lat temu, ale dzisiaj jest już niewystarczające i wręcz trąci arogancją w sposobie traktowania schematów budowy państwowości i nowoczesnego myślenia. Powinniśmy postawić sobie znacznie ambitniejsze zadanie – stworzenie państwa, które będzie wyznaczało kierunki rozwoju, organizowało współpracę regionalną i posiadało takie przewagi technologiczne, gospodarcze oraz polityczne, dzięki którym stanie się jednym z najważniejszych państw Europy.

Źródło: Zero.pl
Dariusz Kacprzak
Dariusz KacprzakPrezes Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej. Ekonomista, politolog, prawnik - autor zewnętrzny