Wskazanie Macieja Berka, który jeszcze kilka dni temu kontrolował ministrów, czy właściwie realizują politykę rządu, do Trybunału Konstytucyjnego brzmi jak żart.
Dosłownie ma dojść do przejścia z rządu do trybunału. To jeszcze bardziej ośmieszające niż transfery Stanisława Piotrowicza czy Krystyny Pawłowicz – ci wybitni juryści stali się bowiem niezależnymi (haha) sędziami TK, idąc do niego z ław poselskich, a nie rządowego gabinetu.
Znaczenie koalicjantów Tuska
Politycznie najciekawsze jest to, czy koalicjanci Donalda Tuska zaakceptują jego decyzję. Innymi słowy: czy kandydatura Macieja Berka uzyska większość w Sejmie.
Jeśli tak by się stało, to byłby to znak, że Tusk koalicjantów już nie ma. Ma posłusznych, bezmyślnych podwładnych, a nie politycznych partnerów. A jakakolwiek podmiotowość Nowej Lewicy, Polski 2050 czy Centrum nie istnieje (o podmiotowości Polskiego Stronnictwa Ludowego nie wspominam, bo akurat PSL nie powinno mieć kłopotu z obsadzeniem niezależnych stanowisk działaczami politycznymi).
Czytaj również: Człowiek Tuska może trafić do TK. „Osiem lat gadania jak krew w piach”
Co istotne i warte przypomnienia, w 2024 r. obecna większość sejmowa przyjęła ustawę, która wprost zakazywała Maciejowi Berkowi kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. W ustawie wskazano bowiem, że jak ktoś był ministrem, to przez co najmniej cztery kolejne lata nie może zostać sędzią TK.
Ustawa jednak nigdy nie weszła w życie. Prezydent Andrzej Duda skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, a trybunał ugotował taki wyrok, jaki chciał Duda – czyli przepisy wylądowały w koszu (a chodziło o to, że w ustawie wzmocniono pozycję Sejmu kosztem prezydenta).
Nie zmienia to jednak faktu, że większość sejmowa pokazała, czego chce. Politycy KO, Lewicy, Polski 2050 mówili wtedy o niezależności trybunału, o nieuwikłanych politycznie sędziach. A teraz co? Miałaby być prosta droga z posiedzenia rządu do trybunału.
Dlaczego Donald Tusk to robi, można zrozumieć. Chce mieć swoją prawą rękę w trybunale. Z punktu widzenia premiera lepiej mieć bliskiego współpracownika w ważnej instytucji niż nie mieć. Ale dlaczego mieliby się na to zgodzić koalicjanci – nie wiadomo.
Jednocześnie to przeciąganie liny w koalicji będzie ciekawe. Jeśli nie uda się Tuskowi uzyskać większości w Sejmie dla Macieja Berka – będzie to oczywista porażka premiera. Okaże się, że szefowi rządu na czymś zależy, publicznie o tym mówi, a ostatecznie nie jest w stanie „dowieźć” efektu.
Jeśli Tuskowi się uda – właściwie można uznać, że Włodzimierz Czarzasty, Paulina Hennig-Kloska i Katarzyna Pełczyńska są u władzy wyłącznie dla stołków i nawet nie udają, że chodzi o cokolwiek więcej.
Sędzia bez orzekania
Wybór Macieja Berka jest absurdalny z jeszcze dwóch powodów. Przecież to przez ręce jego lub jego bliskich współpracowników przechodziły wszystkie ustawy uchwalone od grudnia 2023 r. Zadaniem sędziego Trybunału Konstytucyjnego jest oceniać, czy przepisy ustaw są zgodne z konstytucją, czy z nią niezgodne.
I tu warianty są dwa: Berek albo oceniałby swoją działalność, co wydaje się niedopuszczalne (ale co, uczciwie zaznaczmy, robili Krystyna Pawłowicz i Stanisław Piotrowicz). Albo by nie oceniał, wyłączał się od orzekania. Tylko po co sędzia, który w znacznej części spraw w ogóle nie może orzekać?
Wreszcie, Donald Tusk przez ostatnie lata dużo mówił o upolitycznieniu trybunału i potrzebie przywrócenia mu stosownej rangi. Dziś mówi o tym, że trzeba wpuścić do TK kogoś, kto będzie walczył z panującym w instytucji kierowanej przez Bogdana Święczkowskiego bezprawiem.
Trybunał jednak nie powinien być areną walki dwóch prawych rąk: dawnej prawej ręki Zbigniewa Ziobry i obecnej prawej ręki Donalda Tuska. Niezależnie, kto wygrałby to starcie, w żaden sposób nie przybliża nas to do budowy instytucji, której Polacy mogliby zaufać.


