Reklama
Reklama

Reklama

Zawisza: Gdybym badała się według wytycznych rządzących, najpewniej bym już nie żyła

Reklama
TYLKO NA

Miałam kiedyś fantazję, by zjeść truskawki. A był luty. Mój tata zjeździł pół Warszawy – bo wtedy byłam w szpitalu w Warszawie – żeby mi te truskawki przywieźć. Miałam dużo szczęścia. I zrozumiałam, że świat jest niesprawiedliwy – mówi Marcelina Zawisza, posłanka Partii Razem. W rozmowie z Zero.pl opowiada o swojej walce z chorobą i tym, dlaczego potrzebujemy publicznego systemu ochrony zdrowia.

zapasc2-glowne-foto
Marcelina Zawisza, posłanka Partii Razem. (fot. Grzegorz Krzyżewski / Newspix)

Patryk Słowik, Zero.pl: Kiedy przyszedł rak?


Reklama

Marcelina Zawisza, posłanka Partii Razem: Miałam 13 lat.

Jak się dowiedziałaś?

Trochę bolała mnie noga, a trochę chciałam zwolnienie z WF-u, bo miałam niesympatycznego wuefistę. Ale z tych dwóch: jednak przede wszystkim bolała mnie noga.


Reklama

I wtedy do lekarza.


Reklama

Tak, rodzice zabrali mnie do lekarza. Zrobiono mi rezonans magnetyczny.

Wyszedł rak.

Najpierw wyszło nie wiadomo co. Byłam akurat na obozie sportowym, bo grałam amatorsko w siatkówkę. I dostałam informację, że muszę powtórzyć badanie, bo prawdopodobnie się poruszyłam; coś źle się zapisało.


Reklama

Ale zapisało się dobrze.


Reklama

Okazało się, że kość jest przeżarta przez nowotwór. Po prostu: miazga. Lekarze nie do końca rozumieli, jak to możliwe, że jeszcze chodziłam, a nawet odbijałam piłkę nad siatką. Dostałam kulę i chemioterapię.

Co się dzieje w głowie trzynastoletniej dziewczyny, która jednego dnia jedzie na obóz siatkarski, a drugiego dostaje kulę i chemioterapię?

Nie do końca byłam świadoma, co się zmieni. To były czasy, gdy nie mówiło się tak otwarcie o nowotworach jak dzisiaj, nie opowiadano o przypadkach w mediach. Ale widziałam po reakcji rodziców, że jest dramatycznie.


Reklama

I było?


Reklama

Na pewno bardzo dużo się zmieniło, właściwie z dnia na dzień. Rak w takim wieku, przynajmniej w moim przypadku, to jest zawieszenie chodzenia do szkoły, nauka w szpitalu, potem w domu. To też zerwanie normalnych kontaktów ze znajomymi, bo każdemu płynie życie i niekoniecznie nastolatkowie chcą słuchać o tym, ile razy miało się wkłuwany wenflon. Przecież to były jedyne historie, którymi mogłam się dzielić. A, jeszcze mogłam opowiadać o tym, kto umarł.

Kto umarł?

No tak, kto umarł. Poznawałam ludzi, a oni zaraz umierali. Statystyki były i są nieubłagane.


Reklama

Jakkolwiek to zabrzmi, czy ten rak w wieku 13 lat czegoś cię nauczył?


Reklama

Że świat dzieli się na ludzi, którzy mają pieniądze, i tych, którzy pieniędzy nie mają.

Byłaś leczona publicznie?

Tak. Ale już np. wypożyczanie sprzętu rehabilitacyjnego było prywatnie. Ogółem, sporo rzeczy trzeba było załatwiać prywatnie.


Reklama

Przy czym jeszcze istotniejsze było to, że w najbardziej krytycznych momentach – gdy mój organizm przestawał funkcjonować, były święta, a nie było pewne, czy dożyję kolejnego tygodnia – był przy mnie tata. Cały czas był przy mnie tata. Miał umowę o pracę, mógł sobie na to pozwolić.


Reklama

Przeczytaj pozostałe teksty ze specjalnego bloku Zero.pl poświęconego zapaści w ochronie zdrowia:

Mówisz to, bo?


Reklama

Bo przy wielu innych dzieciach nie było nikogo. I to nie dlatego, że rodzice nie chcieli, tylko najzwyczajniej w świecie nie mogli. A to praca na czarno, gdzie niepojawienie się oznacza utratę pracy, a to piątka dzieci w domu, którymi też trzeba się zająć.


Reklama

To osamotnienie dzieci było wstrząsające. To jeden z dwóch obrazków, które mam dziś przed oczami. Jeden to dzieci walczące o życie, przy których przez większość tygodnia nikogo nie ma.

Drugi?

Miałam kiedyś fantazję, by zjeść truskawki. A był luty. Mój tata zjeździł pół Warszawy – bo wtedy byłam w szpitalu w Warszawie – żeby mi te truskawki przywieźć. Miałam dużo szczęścia. I zrozumiałam, że świat jest niesprawiedliwy.


Reklama

Wyleczyli cię.


Reklama

Tak. I to dwukrotnie.

Dwukrotnie, bo rak wrócił.

Po dziesięciu latach, po ukończeniu studiów licencjackich, pojawiła się wznowa.


Reklama

Poznaliśmy się na tych studiach, na polityce społecznej na UW. I, mówiąc szczerze, o twojej walce dowiedziałem się po latach.


Reklama

Rokrocznie miałam kontrole. I gdy miałam 23 lata, poszłam na kontrolę i wszystko wyszło w porządku. A potem, dosłownie kilkanaście dni później, zaczęłam się dusić. Poszłam do lekarza, uważał, że trochę przesadzam, panikuję. Ale jako że miałam solidną „kartotekę” zdrowotną, dostałam skierowanie na badania.

Najkrócej mówiąc, w ciągu trzech miesięcy od „czystego” płuca przeszłam do płuca zajętego w 90 proc. przez nowotwór.

Mogę chwilę o polityce?


Reklama

Jasne.


Reklama

Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda mówi, że można ograniczać dostępność diagnostyki; że to nie zaszkodzi pacjentom. Droga pani ministro, jeśli pani to czyta, to mam dla pani krótką informację: gdybym szybko nie miała badania, bądź co bądź krótko po poprzednim, to bym nie żyła. Po prostu: już by mnie nie było. Pani przestawianie słupków w Excelu ma swoje realne konsekwencje.

Katowice, 22.04.2026. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda (C) w dyskusji "Zdrowie-przyszłość systemu" w ramach Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, 22 bm. XVIII EKG odbywa się pod hasłem „The Power of Dialogue. Siła dialogu”. (amb) PAP/Łukasz Gągulski (fot. Łukasz Gągulski)

Znów cię wyleczyli.


Reklama

Szczęśliwie tak. Zaleczyli.


Reklama

Boisz się trzeciego razu?

Teraz już nie. Gdy człowiek wychodzi z nawrotu, to lęk o kolejny nawrót jest silny. Poszłam do fajnej onkopsycholożki, która ten stres, te obawy ze mną przepracowała. Oczywiście musiałam iść prywatnie.

Ale było warto. Nie boję się budować swojej przyszłości. Bo to, czego ludzie po kilku walkach najbardziej się obawiają, to budować. Jest myśl: po co, skoro zaraz wszystko się rozwali...


Reklama

Czy dzisiaj, w 2026 r., 13-letnie Marceliny, Zosie i Marysie mają większe szanse na przeżycie niż 13-letnia Marcelina ponad 20 lat temu?


Reklama

To niby proste pytanie, ale odpowiedź jest złożona. Na pewno mamy dziś dużo więcej refundowanych terapii. Pod tym względem jest więc lepiej.

Gdy jednak chodzi o dostępność, to mam wrażenie, że niewiele się zmieniło albo nawet jest gorzej, niż było kilkadziesiąt lat temu. Choć też trzeba uczciwie powiedzieć, że diagnostyka i leczenie nowotworów dziecięcych a diagnostyka i leczenie nowotworów wśród dorosłych to dwa różne światy.

Dzieci leczymy szybciej i lepiej?


Reklama

Tak, zdecydowanie. Mamy coś na kształt niepisanej umowy społecznej, że jak dziecko zachoruje, to rzucamy wszystkie możliwe siły, żeby je wyleczyć. Kłopotem może być diagnostyka. Bo przecież jak zamkną szpital w powiecie, to szansa, że rodzina bez samochodu szybko zdiagnozuje dziecko, robi się mniejsza. Gdy dana placówka wyczerpie już swój roczny kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia, no to często już po prostu nie przyjmuje, choćby nawet za dziecko dostała pieniądze.


Reklama

Wreszcie – to uwaga do naszych czytelników – uwierzmy naszym dzieciom. Realnym kłopotem, wciąż, jest to, że uważamy, iż dzieciaki nas oszukują. Mówią, że je boli, bo nie chcą czegoś zrobić, nie chcą ćwiczyć na WF-ie itd. I na pewno często tak jest. Ale nie lekceważmy tego. Gdyby moi rodzice uznali, że oszukuję, by nie ćwiczyć w szkole, to przecież bym umarła.

Sprawdzałaś kiedyś, ile kosztowało twoje leczenie?

Próbowałam to sumować, ale nie udało mi się dokładnie policzyć. Natomiast to na pewno była zawrotna suma, zupełnie nieosiągalna dla mnie i moich rodziców. Spotykam osoby, które mówią, że całe życie płacą składkę zdrowotną i nie chorowali. Są źli, że muszą płacić.


Reklama

Wkurzasz się na nich?


Reklama

Nie. Dziękuję im. Oni całe życie płacą i nie chorowali, a ja nie płaciłam, bo miałam przecież 13 lat, i zachorowałam. Szybko „wykorzystałam” pulę finansową za kilkanaście, a może i kilkadziesiąt osób.

Dlatego jestem wdzięczna ludziom, dzięki którym mogłam przeżyć. A jednocześnie będę walczyła, ile mam sił, by ten system solidarnościowy funkcjonował. Ostatecznie bowiem nie chodzi przecież tylko o mnie, lecz także o czyjąś babcię, która miała wylew. Czyjegoś tatę, który miał zawał. Czyjąś mamę, która miała raka piersi.

Niektórzy twoi koledzy z Sejmu przekonują, że jeśli ktoś potrzebuje pomocy, lepiej sprawdziłyby się wszelkie iksmedy; że prywatne lepiej by się zajęło pacjentami i nie byłoby przepalania kasy przez niewydolny publiczny system.


Reklama

Patryk, nie rozśmieszaj mnie, proszę cię. Jeśli ktoś chce wypalić kurzajkę i ma wolne kilkaset złotych, no to rzeczywiście iksmedy będą dobre. Tylko w życiu mierzymy się z innymi kłopotami niż kurzajka lub wrośnięty paznokieć.


Reklama

Prywatny biznes medyczny wnikliwie nam się przygląda i analizuje, czy jesteśmy „opłacalni”. Ludzie po nowotworach, zawałach, starsi, schorowani – są niemile widziani. Istnieje przecież ryzyko, że więcej od tego iksmedu wezmą niż do niego włożą. Zresztą, wystarczy pojechać z nagłym skomplikowanym przypadkiem do tych iksmedów i to, co tam zrobią, to przetransportują do publicznego szpitala.

Sprawa jest naprawdę prosta: ludzie żyją dzięki temu niedofinansowanemu publicznemu systemowi, a nie dzięki ładnym recepcjom, miłej obsłudze na infolinii i wystawieniu szybko recepty w prywatnych gabinetach.

Mówisz o niedofinansowanym systemie. Wielu przeciwników publicznej ochrony zdrowia mówi: mamy wielkie wiadro, które przecieka. W efekcie ile byśmy do niego nie wlali, to i tak wycieknie.


Reklama

Znam ten argument. Mamy wieeeeeelkie wiadro, z którego cieknie. Tylko tu na wejściu jest fałsz. My mamy malutkie wiaderko. Ze wszystkich danych – czy ktoś sobie weźmie dane unijne, czy uznany raport „Health at glance”, czy cokolwiek innego – wynika, że Polska jest w europejskim ogonie publicznych wydatków na zdrowie. W ostatnich latach to się odrobinę poprawiło, ale znaczna część środków poszła na wzrost wynagrodzeń medyków, a nie poprawę jakości funkcjonowania systemu jako takiego.


Reklama

Takie kraje jak Niemcy, Francja, Czechy wydają wielokrotnie więcej niż my. I to wielokrotnie więcej, licząc wydatki na zdrowie jako procent PKB, a nie w liczbach bezwzględnych. Inna rzecz, że politycy obecnej koalicji rządzącej poprzez swoją głupią propagandę sukcesu wspierają narracje o wielkim wiadrze.

Mówią o wzroście nakładów rok do roku, o kolejnych miliardach.

A co mówiła Izabela Leszczyna jako minister zdrowia?


Reklama

„O nominalnych nakładach może pan sobie rozmawiać u cioci na imieninach, w Sejmie odnosimy wartości do PKB. Inaczej rozmowa jest nieracjonalna i można tylko manipulować”. Mam nawet datę zapisaną. 16 stycznia 2024 r.


Reklama

No właśnie. I miała rację. Bo jakakolwiek analiza tego, ile wydajemy na zdrowie, ma sens, gdy bierzemy pod uwagę takie wskaźniki jak procent PKB. Ale dziś to nie pasowałoby rządzącym do tezy, więc ściemniają nam o kolejnych miliardach.

Te miliardy jednak są.

Tak. Koszty też rosną. Szpitale trzeba ogrzać, prąd jest potrzebny, ludzie zarabiają więcej. Gdy są kolejne miliardy, ale odsetek wydatków na publiczne zdrowie w budżecie spada, zamiast rosnąć, to system ochrony zdrowia się zwija.


Reklama

Wróćmy do tego wiadra. Niezależnie od jego wielkości, cieknie?


Reklama

No cieknie, oczywiście. Tylko jak wiadro nam przecieka, a go potrzebujemy, to się je łata, a nie wyrzuca.

I jak załatać?

Przede wszystkim wszyscy powinniśmy dokładać się do systemu ochrony zdrowia. I gdy mówię wszyscy, mam na myśli wszystkich, a nie wszystkich oprócz rolników, wszystkich oprócz przedsiębiorców, wszystkich oprócz duchownych bądź wszystkich oprócz szefów dużych korporacji.


Reklama

Dziś żyjemy w realiach, w których różne grupy społeczne są w różnym stopniu obciążone finansowaniem publicznego systemu ochrony zdrowia. I bynajmniej nie jest tak, że bogatsi płacą więcej.


Reklama

Płacą więcej – może nie procentowo, ale nominalnie.

Powinno tak być, ale nawet tak nie jest. Jak jesteś naprawdę bardzo, bardzo bogaty, to znajdziesz sto sposobów na uniknięcie płacenia.

Do tego czas, żeby na publiczny system płaciły też korporacje. Przecież jeśli będą miały zdrowych pracowników, to oni będą dłużej pracować, w lepszym zdrowiu, rzadziej pójdą na zwolnienie lekarskie.


Reklama

Nawet jeśli ktoś nie ma serca takiego, by postrzegać tę kwestię pod kątem etyki, praw człowieka, chrześcijańskiego podejścia do innej osoby, to dobrze funkcjonujący system ochrony zdrowia najzwyczajniej w świecie się opłaca.


Reklama

Dziś, można odnieść wrażenie, że najbardziej opłaca się lekarzom.

Oczywiście, że tak, ale też nie wrzucajmy wszystkich do jednego worka. Mamy dziurę do załatania i tutaj.

I jak załatać?


Reklama

Trzeba wprowadzić jasną zasadę: albo pracujesz w publicznym systemie, albo prywatnie. Łączenie prywaty z publicznym to patologia.


Reklama

Gdyby zakazać łączenia, skąd przekonanie, że większość nie poszłaby do prywaty?

Powodów jest wiele. Pozwól, że wymienię tylko trzy. Po pierwsze, ludzie fachu uczą się mimo wszystko w systemie publicznym. Iksmedy nie uczą ludzi wykonywania zawodu. A przeciętny lekarz jednak chce się uczyć, rozwijać.

Po drugie, większość ludzi chce wykonywać pracę nie tylko dobrze płatną, lecz także ciekawą. Publiczny szpital daje ciekawe przypadki, wyzwania zawodowe. A w iksmedzie lekarz może i zarobiłby trochę więcej, ale wypalałby te kurzajki, robił najprostsze rzeczy – i tyle. Ludzie, którzy uczyli się kilkanaście lat, chcą czegoś więcej.


Reklama

Po trzecie wreszcie, część prywatnych wizyt opiera się na patologicznym łączeniu dwóch systemów: publicznego i prywatnego. Ludzie idą do lekarza prywatnie, by przyjął ich w publicznym szpitalu, zrobił badania na państwowym sprzęcie itd. Sam opisywałeś, jak ludzie płacili po ponad tysiąc zł za 5-minutową wizytę i stała kolejka do gabinetu. Dziwnym trafem przyjmujący lekarz był szefem publicznej kliniki.


Reklama

Kiedyś nazywało się to łapówką.

A dziś nazywa się prywatną wizytą. Jest bardziej elegancko. Przecież nikt nie bierze pieniędzy do kieszeni za załatwienie miejsca w publicznym szpitalu. Bierze za prywatną wizytę, a przynajmniej zawsze może tak się bronić.

Środowisko lekarskie szantażuje dziś Polskę? Wysokie zarobki, groźby, że jak czegoś lekarze nie dostaną, to wyjadą z kraju, zalegalizowana forma łapówek w postaci „wejścia” do publicznego systemu przez prywatną wizytę.


Reklama

Nie chcę mówić o szantażu, ale moim zdaniem – przede wszystkim – źle stawiasz wektor. Każda grupa zawodowa ma prawo walczyć o to, by mieć jak najlepsze warunki pracy dla siebie. A rolą tych, którzy tworzą system, jest ważyć racje. Krótko mówiąc, miej pretensje do polityków, nie do lekarzy. Bo zadaniem polityków jest stworzyć system pacjentocentryczny, a nie lekarzocentryczny.


Reklama

Natomiast, mówiąc najkrócej, uważam, że lekarze powinni dobrze zarabiać, lepiej niż politycy. Wykonują bowiem istotniejszą pracę niż my. Ale nie może być też tak, że na przestrzeni dekady lekarzom poprawiło się bardzo, a pacjentom się pogorszyło. Tylko nie winię za to lekarzy, lecz polityków.

Jednocześnie cieszę się, że poprawiło się pielęgniarkom, innym zawodom medycznym. Jeszcze kilkanaście lat temu pielęgniarka zarabiała grosze jak na liczbę zadań, ciężkość pracy. To skutkowało, że pielęgniarstwo było emeryckim zawodem.

Dalej jest.


Reklama

Ale to powoli się zmienia, trend udaje się przełamać. A pielęgniarki dziś zarabiają może nie tyle, ile powinny, ale już całkiem godnie. Śmiało młode osoby mogą wybrać pielęgniarstwo, a nie klikanie w komputer w korporacji.


Reklama

Klikać łatwiej.

Jasne. Ale do niedawna klikać było łatwiej, a zarabiało się na tym klikaniu więcej. Dziś paski wypłat pielęgniarek już tak nie straszą.

Mamy za dużo szpitali w Polsce?


Reklama

Biorąc pod uwagę, że jesteśmy krajem przyfrontowym – nie. Fajne są te wszystkie analizy, w których porównuje się nas do Francji czy Niemiec, ale Francja i Niemcy nie graniczą z Rosją. Zlikwidować szpitale jest dość prosto. Utworzyć je, gdyby, odpukać, była potrzeba – dużo trudniej.


Reklama

Po co nam powiatowy szpital, w którym brakuje lekarza, pielęgniarki, a nawet papieru toaletowego?

Przecież to nie tak, że we wszystkich brakuje. A i tak się je próbuje zamknąć.

Starachowice, 22.04.2026. Pracownicy Powiatowego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Starachowicach protestują przed siedzibą placówki, 22 bm. Pikietę zorganizowano w ramach ogólnopolskiej akcji protestacyjnej organizowanej przez Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych. Protest, który odbywał się w dniach 20–24 kwietnia 2026 roku, jest częścią „Czarnego Tygodnia Szpitali Powiatowych” – inicjatywy będącej reakcją na pogłębiający się kryzys systemu ochrony zdrowia. (ad) PAP/Piotr Polak (fot. Piotr Polak / PAP)


Reklama

Ale są takie, w których brakuje.


Reklama

To trzeba robić tak, by nie brakowało. My – i nie mam na myśli ciebie i siebie, tylko klasę polityczną jako taką – skupiamy się na liczbie szpitali, samej statystyce, a nie rozmawiamy w ogóle o sednie. Tym zaś jest poszukanie odpowiedzi na pytanie, co w 2026 r. i w kolejnych latach ma dawać nam szpital. Gdy odpowiemy sobie na to pytanie i wdrożymy konieczne zmiany, nie będzie brakować personelu.

I co ma dawać?

Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem, żadna tajemnica. I w szpitalu, który jest możliwie najbliżej człowieka, musimy mieć oddział geriatryczny, podać chemioterapię, mieć ginekologię. Do tego pediatria, chirurgia ogólna – i często tyle wystarczy.


Reklama

A dziś mamy tak, że w wielu szpitalach mamy wiele oddziałów, z których niewielu pacjentów korzysta, szpital się zadłuża w kosmicznym tempie i likwiduje w pierwszej kolejności te najbardziej potrzebne. Przecież to stawianie wszystkiego na głowie.


Reklama

Czyli szpitale byś zostawiła, ale gruntownie przebudowała ich strukturę.

Mniej więcej o to chodzi. I jeszcze jedno: kluczowa jest profilaktyka. Każde możliwe badanie pokaże, że zaoszczędzimy ogrom pieniędzy w systemie, jeśli szybko będziemy wykrywać choroby. Musimy jednak ludziom przedstawić jakąś ofertę, a nie tylko opowiadać, jaka ta profilaktyka ważna; idźcie i badajcie się.

Tylko jak to zrobić?


Reklama

Szpitale powiatowe mogłyby być jednocześnie ośrodkami profilaktyki jednego dnia. Przychodzisz rano, wychodzisz wczesnym popołudniem, jesteś przebadany lub przebadana.


Reklama

Wiesz, dlaczego ludzie nie chodzą się badać? Bo często nie mają czasu. Jedni zajmują się dziećmi, inni muszą opiekować się rodzicami.

Niby jak 50-letnia kobieta ma poświęcić kilka dni na badania, jeśli trzeba opiekować się rodzicami, często pomóc dzieciom? Brakuje czasu. I najczęściej cierpi na tym nasze zdrowie.

A po co nam porodówki, w których jest przyjmowany jeden poród na 2-3 dni?


Reklama

Nie usłyszysz ode mnie, że nie należy w ogóle zamykać porodówek. Nie będę przecież kłóciła się ze statystykami: rodzi się w Polsce mniej dzieci, więc nie potrzeba też tylu porodówek. Tylko można zamykać mądrze albo głupio.


Reklama

I obecny rząd jak zamyka?

Głupio. Patrzy bowiem na liczbę porodów. Tym samym część polskich kobiet jest odcinana od dostępu do publicznego systemu ochrony zdrowia tylko z tego względu, że ktoś mieszka na odludziu. W efekcie skazujemy te kobiety na cesarskie cięcia, podczas gdy powszechną wiedzą jest, by zachęcać do porodów naturalnych. Ale jak naturalnie rodzić, skoro po odejściu wód trzeba jechać godzinę albo półtorej na najbliższą porodówkę?

Bogatsi wynajmują mieszkania w pobliżu szpitali, ale przecież nie o to chodzi, żeby się zapożyczać, aby urodzić.


Reklama

Co więc proponujesz?


Reklama

Wziąć mapę, sprawdzić dojazd na poziomie 30 km i gdzie można bez większej szkody zamknąć oddział, tam zamknąć. A gdzie dojazd trwałby za długo – nie zamykać. Krótko mówiąc, patrzeć na czas dojazdu, a nie na samą liczbę porodów w danym szpitalu.

Dobrze brzmi, tylko mówisz: szpitali nie zamykać, części porodówek nie zamykać. A pieniądze trzeba skądś brać.

No trzeba, i my w Razem mówimy skąd. Raz: opłata na zdrowie od wszystkich. Dwa: opłata na zdrowie też od korporacji, dużych firm. CIT-owcy powinni się dokładać. Tak więc to nie jest tak, że my nie mówimy, skąd wziąć. Mówimy, tyle że nasza odpowiedź niektórym się nie podoba.


Reklama

Ta opłata na zdrowie jak powinna być skonstruowana?


Reklama

Powinna być progresywna.

Czyli ja płacę mniejszy procent, a Krzysztof Stanowski większy.

Tak powinno być.


Reklama

I ile procent?


Reklama

Nie da się podać konkretnych liczb bez dostępu do niejawnych danych z Ministerstwa Finansów. Ale chodzi o mechanizm.

Rzeszów, 27.04.2026. Minister finansów Andrzej Domański (P) podczas drugiego dnia konferencji „Road to URC – Security and Defence Dimension” na Politechnice Rzeszowskiej, 27 bm. Odbywające się w dniach 26-27 kwietnia br. wydarzenie jest elementem przygotowań do międzynarodowej konferencji Ukraine Recovery Conference 2026 (URC 2026), która odbędzie się 25–26 czerwca w Gdańsku. (aldg) PAP/Darek Delmanowicz (fot. Darek Delmanowicz / PAP)

Dla ludzi liczby są najważniejsze.


Reklama

Wiele osób lubi skupiać się na liczbach, a nie na mechanizmach. I ile bym teraz nie powiedziała, to dyskusja byłaby o tym, czy to za dużo, czy za mało, a nie o modelu działania. Politycy powinni być odpowiedzialni. Nieodpowiedzialne byłoby wskazywanie konkretnych wartości bez analizy, którą wykonać powinien resort finansów.


Reklama

Co do polityków – gdy będziesz chciała wykonać jakieś badanie albo wrośnie ci paznokieć, masz wjazd do szpitala bez czekania?

Mam wjazd do szpitala, z czekaniem. Dopiero co byłam na izbie przyjęć, siedem godzin czekałam.

Trzeba było zapukać, powiedzieć, że jesteś posłanką i byś nie czekała.


Reklama

Nie no, słuchaj, bądźmy poważni. Oczywiście, że gdybym chciała się dostać bez czekania, to bym się dostała. Jak zapewne każdy inny poseł czy senator. Pewnie gdybyś ty potrzebował, też byś sobie to był w stanie zorganizować.


Reklama

Byłbym w stanie, to prawda.

Tylko jaką miałabym wiarygodność, gdybym mówiła o sprawiedliwości, o równym traktowaniu pacjentów, gdybym na prawo i lewo wykorzystywała to, że mam legitymację poselską?

Ale poruszasz bardzo ważny temat. Bo typowy poseł wchodzi do szpitala jak do siebie. A potem nie widzi problemów, jakie mają „zwykli” ludzie.


Reklama

Była nawet taka sejmowa komisja zdrowia, że ochrzaniałam kolegów z koalicji rządzącej – że się długo czeka, że ludzie w kolejkach umierają a oni przyjmują budżet, który ten problem tylko pogłębi, że oni tego nie widzą, bo mają wjazd do szpitala od ręki. Oni, całkiem szczerze, mówili, że się nie czeka, że to nieprawda. Że bywają w szpitalach i widzą, że wcale nie jest tak źle.


Reklama

Im nie jest. Dla mamy Krystyny Szumilas z KO dyrektor szpitala powiązany z KO porwał karetkę. Tomasz Lenz, też z KO, przyszedł do szpitala z własnym lekarzem i wszedł z synem poza kolejką.

Powinno to być piętnowane. Przecież to jakaś groteska, że działacz polityczny porywa karetkę, a wpływowy senator wbija bez rejestracji do szpitala.

Koledzy pani Szumilas i pana Lenza mówią, że politycy też są ludźmi, że chcą pomóc swoim bliskim. I że ciężko to krytykować.


Reklama

Nie, bardzo łatwo to krytykować. Tylko trzeba na to patrzeć rzetelnie. Dopiero co zajmowałam się sprawą, gdy nie można było przenieść pacjentki ze szpitala do szpitala, choć była taka potrzeba medyczna. A nie można było, bo brakowało karetki, która przewiozłaby tę pacjentkę. Gdy członkowi rodziny senatora Lenza w nadzwyczajnym trybie usuwa się wrośnięty paznokieć, ktoś inny czeka na przyjęcie. Być może z poważniejszą sprawą.


Reklama

Nie zgodzę się nigdy na system dwóch prędkości: jedna prędkość dla wpływowych, a druga dla reszty.

A może ty się nie zgadzasz, ale nawet obywatele się do tego już przyzwyczaili i to akceptują? Dopiero co z Jakubem Styczyńskim napisaliśmy o tym, że w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA 97 proc. chorych na raka trzustki dostało się poza kolejką. Zwykli ludzie szukali sposobu na obejście systemu, nie politycy.

Chorzy ludzie próbują znaleźć lukę w chorym systemie. I to jest normalne. Ale gdy politycy, którzy realnie odpowiadają za budowę systemu i nic nie robią, żeby było lepiej dla obywateli, wykorzystują luki – to naprawdę jest skandal. I wydaje mi się, że to ludzi wciąż oburza. A być może jeszcze bardziej oburza to, że gdy takie sprawy jak posłanki Szumilas i senatora Lenza wychodzą na jaw, ci ludzie nie przepraszają. Wmawiają nam, że nie zrobili nic złego.


Reklama

Udał się rządowy eksperyment z eksperckim kierownictwem Ministerstwa Zdrowia?


Reklama

Nie. Ale to było przecież wiadome od początku. Minister zdrowia dostała zadanie od premiera i ministra finansów: ciąć. No to tnie. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że decyzje o zdrowiu Polaków podejmują dziś premier i minister finansów, a nie ministra zdrowia.

To domagacie się w Razem dymisji niewłaściwej osoby.

Właściwej. Bądź co bądź, minister zdrowia godzący się na głodzenie publicznej ochrony zdrowia zasługuje wyłącznie na dymisję.


Reklama

Ile w mówieniu o głodzeniu jest prawdy, a ile politycznej narracji? Bo odkąd pamiętam, mówiono, że w ochronie zdrowia jest bardzo źle.


Reklama

Tak źle jak jest teraz, jeszcze nigdy nie było. Jesteśmy przy ścianie, a najlepszym dowodem na to jest fakt, że publicznie o tym mówią dyrektorzy szpitali związani z Koalicją Obywatelską. U niektórych wygrywa troska o ludzi z troską o partię.

Gdy resort zdrowia i NFZ obcinają już środki na diagnostykę, gdy obcina się pieniądze za nadwykonania – to dowód, że jest bardzo, bardzo źle.

Minister Maciej Berek mówił, że nieuczciwie jest płacić za nadwykonania.


Reklama

Pacjenci powinni się wstydzić: nieuczciwe z ich strony jest to, że chorują.


Reklama

Przecież w nadwykonaniach chodzi o to, że polskie państwo przyjmuje jakieś założenia: że tyle osób będzie potrzebowało takiego leczenia, tyle innego, i tak dalej. No i nadwykonania mamy wtedy, gdy okazuje się, że źle państwo obstawiło liczbę potrzebnych badań i zabiegów. Przecież nikt nie idzie dla frajdy na kolonoskopię.

Powtórzę: gdybym miała badać się według wytycznych obecnie rządzących, najpewniej bym już nie żyła.

Przecież w Ministerstwie Zdrowia, NFZ, w resorcie finansów i ogólnie w rządzie niektórzy muszą zdawać sobie z tego sprawę. Dlaczego więc robią to, co robią?


Reklama

Prywatyzują. Wszystko, co jest teraz robione, to droga do prywatyzacji systemu ochrony zdrowia. Rządzący chcą zrobić dobrze różnego typu iksmedom. Te iksmedy przecież wspierają Koalicję Obywatelską, współfinansują imprezy partyjne i udające niepartyjne.


Reklama

W tym momencie stawiasz zarzut, że politycy doprowadzają do śmierci ludzi po to, by dać zarobić wielkim korporacjom.

Tak, stawiam.


Reklama