Bracia Rodzeń to kontrowersyjni lekarze, którzy snują w sieci własne wizje zdrowia. Przestrzeń internetu okazała się dla nich za ciasna – mieli wystąpić na państwowej uczelni zawodowej.
Trudno powiedzieć, co bardziej zdumiewa: czy samo zaproszenie braci Rodzeń przez Collegium Witelona, czy reakcja braci na próby wycofania się z kuriozalnej decyzji przez tę uczelnię. Bo oto – w dobrze znanym schemacie – krytyka pseudonauki została natychmiast przedstawiona jako „cenzura” i „mobbing”.
Uczelnia to przestrzeń naukowa
Problem polega na tym, że nie jesteśmy w przestrzeni YouTube’a ani Facebooka. Jesteśmy – a przynajmniej powinniśmy być – w przestrzeni naukowej. A ta rządzi się zupełnie innymi zasadami niż rynek zasięgów.
Sprawa Collegium Witelona pokazuje coś znacznie poważniejszego niż jednorazowy błąd organizacyjny. To symptom groźnego zjawiska: mylenia misji naukowej z logiką influencerów. Jeśli zaprasza się osoby, którym środowisko naukowe zarzuca rozpowszechnianie treści niezgodnych z wiedzą medyczną, trudno mówić o „otwartej debacie”. To raczej udostępnianie naukowego autorytetu tym, którzy ten autorytet podważają.
A zarzuty wobec braci Rodzeń nie są przecież marginalne. Dotyczą kwestii fundamentalnych – zdrowia publicznego. Eksperci wskazują, że ich tezy bywają sprzeczne z aktualną wiedzą, a nawet potencjalnie szkodliwe, bo mogą zniechęcać ludzi do leczenia czy terapii. To nie jest spór o interpretację literatury pięknej, lecz o fakty, które mają bezpośrednie przełożenie na ludzkie życie.
Reforma nauki: śmieszno‑straszny sen o tym, co możliwe
W tym kontekście szczególnie niepokoi argument uczelni, że „zapraszanie gości nie oznacza utożsamiania się z ich poglądami”. To wygodne, ale intelektualnie nieuczciwe. Uczelnia nie jest neutralną salą wynajmowaną na konferencje. Każde zaproszenie jest decyzją o tym, komu użycza się własnej wiarygodności.
Krytyka nie jest cenzurą
Jeszcze bardziej problematyczna jest reakcja samych zainteresowanych. Narracja o „cienkiej granicy między mailem a cenzurą i mobbingiem” brzmi efektownie, ale odwraca uwagę od istoty problemu. Krytyka nie jest cenzurą. Sprzeciw środowiska naukowego nie jest mobbingiem. To element normalnego mechanizmu weryfikacji, bez którego nauka przestaje istnieć.
Jeśli każdą próbę poddania w wątpliwość kontrowersyjnych tez uznamy za przejaw opresji, to w istocie ogłaszamy koniec debaty naukowej. Zostaje tylko rynek opinii, w którym wygrywa nie ten, kto ma rację, lecz ten, kto ma większe zasięgi.
I tu dochodzimy do sedna. Collegium Witelona nie jest uczelnią badawczą, nie nadaje stopni naukowych – to wyższa szkoła zawodowa. Ale jako taka również powinna dbać o standardy. To one budują jej wiarygodność. Tymczasem decyzja o zaproszeniu kontrowersyjnych postaci wygląda jak klasyczny „strzał w kolano”. Krótkoterminowy zysk w postaci zainteresowania może przełożyć się na długoterminową utratę zaufania.
Co gorsza, konsekwencje wykraczają poza jedną instytucję. Collegium Witelona nie jest uczelnią akademicką. Nie należy do Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Jest członkiem Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych. Ale wizerunkowe potknięcie jednej szkoły wyższej rzutuje na całe środowisko. W czasach, gdy nauka i autorytet ekspercki są już i tak podważane, takie decyzje działają jak paliwo dolewane do ognia.
Dlaczego nauka jest kluczowa dla państwa? Proste wyjaśnienie dla polityków
Dlatego to nie bracia Rodzeń powinni się dziś tłumaczyć. Oni robią to, co robili dotąd – budują swoją popularność na własnej wizji zdrowia. Pytania powinny być skierowane gdzie indziej: do władz uczelni, które uznały, że warto wpuścić tę kontrowersję w mury uczelni.
Bo granica nie przebiega między mailem a cenzurą. Granica przebiega między nauką a pseudonauką. I to uczelnie powinny jej strzec – nawet wtedy, gdy oznacza to rezygnację z łatwych zasięgów.

