Dzwoni do mnie wczoraj wieczorem Donek i jak zwykle bez przywitania od razu do rzeczy:
– Podobał mi się ten Twój tekst z zeszłego roku o narcyzach w nauce i polityce.
– Ale ja go jeszcze nie opublikowałem, mam bana od przyjaciół, bo znowu wszystkich wkurzę.
– ABW go opublikowało, w jednym egzemplarzu.
– Rozumiem. I dlatego dzwonisz?
– Tak. Ty, słuchaj, chciałbyś być u mnie ministrem nauki?
Nie powiem, że mnie zamurowało, bo mnie nie zamurowało. Takiego telefonu spodziewam się w zasadzie od kiedy w okresie późnej szkoły podstawowej dowiedziałem się, że istnieje ministerstwo nauki, więc w ogóle nie byłem zaskoczony. Odpowiedziałem szczerze:
– Pewnie, że bym chciał, ale mówiąc wprost, to wolałbym być u ciebie premierem.
– Nie przeginaj Andrzej…
– Nie dasz się przekonać? Pogadajmy bez napinki… I tak masz od Karola szlaban na rządzenie za ten cyrk u Rymanowskiego.
– Kiedy ty w końcu zrozumiesz, że samo ego do rządzenia nie wystarczy??
– No a Trump..?
– To se zostań prezydentem USA.
– Chciałem, ale zablokowali mnie formalnie – urodziłem się w Wałbrzychu…
– Widać.
– Przez telefon...?
– Nawet przez teleskop.
– No a co z Kulaskiem?
– Nie zorientuje się.
– Jak to się nie zorientuje, przecież masz tylko jednego ministra nauki.
– Po pierwsze, to nie mam żadnego. Po drugie tam i tak ciągle rządzi Wieczorek. Po trzecie zrobimy Kulaskowi ministerstwo przemysłu rakietowego i będzie git.
– Dlaczego akurat rakietowego?
– W całym rządzie mamy bekę, że z Cichockim ogłosili program kosmiczny Łukasiewicza za 2,5 miliarda, a mają 30 milionów. Mówię ci, nie zajarzy.
– Ty, Donek, ale wiesz, że ja się nie nadaję na ministra?
– A myślisz kretynie, że dlaczego do ciebie dzwonię? Widziałeś innych. Bierzesz to? Trzeci raz nie zapytam.
– No jasne, że biorę! Ale tylko na miesiąc.
– Ogarnij się, przecież będę cię musiał odpalić już po dwóch tygodniach.
– Kurde, Donek, ja potrzebuję miesiąca... Dasz radę tyle czasu mnie chronić?
– Dobra, miesiąc. Masz moje słowo.
– I dasz mi zielone światło w Sejmie?
– Pełne wsparcie i lojalność. Słowo honoru. Nauka jest naszym priorytetem.
– Muszę wziąć do pomocy trzech kumatych pisiorów i dwie baby o strasznie lewicowych poglądach. Masakra, ale super kompetentne. I tylko jednego kolesia od Ciebie. Będzie dym.
– To u mnie jest ktoś, kto zna się na nauce?
– No mówię przecież, że jeden jest.
– To czemu nic o nim nie wiem?
– Ukrywa się.
– Jak się nazywa?
– Nie cwaniakuj, Donek. Powołasz go po mnie. Wytrzymasz te dwa tygodnie.
– Nie sprawdzaj mnie, Andrzej. Miesiąc, nie dwa tygodnie. Dałem ci przecież słowo honoru.
– No tak, zapomniałem. To powiem ci teraz, co chciałbym zrobić w nauce…
– Zadzwoni Grabiec, trzym się.
Czy warto wybrać karierę naukową? O chwili, która zmienia wszystko
Ech… Premier to jest strasznie zabiegany człowiek. Całe nasze państwo ma na głowie i jego przyszłość. A pan prezydent to jeszcze wtyka mu szpilki. No nic, czekam na ten telefon od Grabca i tak sobie myślę – ale to będzie beka, jak po dwóch latach robienia ze mnie pisowskiego złodzieja, nasyłania prokuratury i agencji czarnego PR wejdę sobie znowu do budynku przy Hożej na tę kartę, co mi jej ciągle nie zabrali. Jak zwykle zacznę od pokoju kierowców, żeby się trochę pośmiać i porozmawiać z rozgarniętymi ludźmi mającymi pojęcie o polskim systemie nauki. Dopiero potem pójdę na to pierwsze piętro…
Dzwoni telefon. Słyszę przemiły głos:
– Dobry wieczór panie profesorze. Dzwonię z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Nazywam się Joanna Nowak. Jestem trzecią asystentką czwartego sekretarza piątego zastępcy pana ministra Jana Grabca. Dzwonię do pana profesora w sprawie reformy polskiej nauki.
- Dobry wieczór. Proszę mnie nie nazywać profesorem. Nie jestem profesorem i nie będę profesorem. Jakbym chciał być profesorem, to bym już nim był.
– Najmocniej pana przepraszam, Proszę się nie denerwować. Ja po prostu nie wiedziałam. A jak pan profesor… przepraszam, a jak pan sobie życzy, żeby się do pana zwracać?
– Jak pani chce. Andrzej, proszę pana, panie doktorze, Marysiu – jak pani woli.
– A mogę panie doktorze?
– Skoro pani musi.
– No więc, panie doktorze, bo mi przekazano, że mam się z panem skontaktować, bo panu premierowi bardzo zależy na polskiej nauce.
– Tak, widzę. Wszyscy widzimy. Nawet przez teleskop.
– Teleskop...? Nie rozumiem…
– Nieważne.
– Oczywiście. No więc ja właśnie dlatego dzwonię… ale… no właśnie… proszę się nie gniewać, ale mi właśnie nie przekazano, co mam z panem doktorem ustalić i trochę tak chciałam podpytać, co mamy dalej robić…
– Jasne, proszę się nie stresować, za PiSu było tak samo. Może pani notować?
– Tak, oczywiście.
– Zadzwoni pani do biura pani Joanny Knapińskiej, prezes Rządowego Centrum Legislacji. Tam poprosi pani o kontakt do zastępczyni asystentki sekretarza pani prezes…
– To Beatka, ja ją dobrze znam! Razem studiowałyśmy.
– Super. To od razu niech pani dzwoni do niej. Musi złapać paru asystentów posłów, żeby złożyli poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o służbie zagranicznej. Projektem poselskim ominiemy konsultacje społeczne. Będą wiedzieli, o co chodzi.
– O służbie zagranicznej? Ale mi przekazano, że mamy reformować naukę, a nie służbę zagraniczną…
– Właśnie reformujemy naukę, niech się pani nie denerwuje.
– Oczywiście, słucham dalej.
– W tej ustawie o służbie zagranicznej mają napisać trzy punkty. Punkt pierwszy, że osoby na stanowiska ambasadorów wyznacza raz premier, a raz prezydent – na zmianę, do wyczerpania wakatów. Punkt drugi, że jako pierwszy wyznacza ambasadora ten z nich, któremu przy rzucie monetą wypadnie orzełek. Punkt trzeci – pod żadnym pozorem nie mogą używać swoich monet, monetę dostaną ode mnie. Zapasowe też.
– A pan premier się na to zgodzi?
– Zgodzi, on zna ten system z podwórka, z podziału na drużyny przy harataniu w gałę.
– Przy czym??
– Przy grze w piłkę. To taki kaszubski idiom.
– Rozumiem, zapisałam.
– Dobra, jedziemy dalej. W tej ustawie mają wprowadzić przepisy przejściowe i końcowe.
– Oczywiście. W sprawie kwalifikacji ambasadorów?
– Nie, niech się pani skoncentruje. Zajmujemy się przecież nauką, nie służbą zagraniczną. I kogo w ogóle obchodzą kwalifikacje ambasadorów? I tak jadą na AI.
– Przepraszam, oczywiście.
– Przepisy o nauce dokleimy do przepisów o służbie zagranicznej, które chłopców pogodzą, żeby przestali się okładać łopatkami jak w piaskownicy. Wtedy premier przepuści to przez parlament, a prezydent nie zawetuje. Jest duża szansa, że tej doklejki o nauce nawet nie zauważą. No więc za tydzień wyślę pani te przepisy, musimy je tylko dopracować w zespołach.
– A te zespoły to musimy jakoś powołać?
– Nie, ci ludzie, którzy je utworzą, chcą zreformować polską naukę, a nie być członkami jakichś zespołów. Tylko Kulasek będzie dalej powoływał te swoje zespoły, ale już do spraw rakiet.
– Rany boskie, jakich rakiet?? No dobrze, proszę mówić dalej.
– W tych przepisach końcowych przygotujemy wam dwanaście artykułów. Artykuł pierwszy – ustalenie minimalnego poziomu wynagradzania dla polskiego naukowca na poziomie średniego wynagrodzenia w przemyśle, notuje pani?
– Oczywiście.
– Artykuł drugi. Odwrócimy drabinkę określania wynagrodzeń w systemie nauki. Punktem odniesienia będzie wynagrodzenie asystenta, a nie profesora, jasne?
– Przepraszam, ale nie.
– Teraz minister określa rozporządzeniem najwyższe wynagrodzenie w systemie nauki – wynagrodzenie profesora. Wynagrodzenia na wszystkich innych, czyli niższych stanowiskach stanowią określony procent wynagrodzenia najwyższego, profesorskiego. Asystent to 50 proc., adiunkt to 73 proc. I tak dalej. Psor – 100 procent. Odwrócimy to. Napiszemy, że to wynagrodzenie na wszystkich stanowiskach wyższych od asystenta stanowi procent wynagrodzenia asystenta – asystent to 100 proc., a wyżej na przykład 120 proc., 150 proc., 200 proc.
– A, zaczynam rozumieć… Zaczną dbać o młodych… Panie doktorze, a te procenty też określi minister?
– Pani Joasiu, minister już nic nie będzie określał. Ministrów będziemy trzymać od nauki jak najdalej. Najniższe wynagrodzenie asystenta określi ustawa – ma to pani w artykule pierwszym. A te procentowe progi na wyższych stanowiskach niech sobie określają uczelnie, jak im się podoba.
– Rozumiem panie doktorze.
– Pani Joasiu, możemy mówić sobie po imieniu? Będzie łatwiej.
– Tak, będzie mi bardzo miło.
– To się jeszcze okaże… Artykuł trzeci. Określimy nowe wymagania do uzyskania stopnia doktora. Będzie pięć. Po pierwsze doktorant przeprowadził oryginalne badania naukowe na temat problemu nie rozwiązanego dotychczas w nauce. Acha, tam będzie napisane, że światowej nauce. Nie ma czegoś takiego jak nauka polska. A w gramatyce historycznej języka polskiego wkład do nauki światowej wnosimy tylko my. Więc żadnych pomysłów o doktoracie, który rozwija naukę polską. Po drugie, doktorat tworzy efekt w postaci nowej, weryfikowalnej i nieznanej wcześniej wiedzy. Po trzecie, doktorant musi mieć publikacje lub cytowania w czasopismach z pierwszego kwartyla swojej dyscypliny. Po czwarte, jawne recenzje i zakaz recenzowania dla spółdzielców lub współpracowników promotora. Po piąte, doktorant musi zdać przed międzynarodową komisją egzamin ze swojego doktoratu, z prawem do jednej poprawki. Obowiązkową częścią egzaminu będzie metodologia badań naukowych w danej dziedzinie. Koniec z pseudonaukową publicystyką.
– Rozumiem. A co robimy z egzaminami językowymi, przedmiotowymi, dodatkowymi i całą resztą, która jest teraz?
– Wywalamy. Podnosimy poziom doktoratu, a nie złożoność procedury. To jest jądro reformy i tu jest kilka pułapek, które trzeba ominąć. Asia, a skąd ty w ogóle wiesz, że coś takiego jest?
– Kiedyś ci opowiem. Co dalej?
– Artykuł czwarty – wywalamy habilitacje i profesury. Zostawiamy tylko tym, co już je mają – dopóki nie wymrą.
– Będzie awantura.
– Tak, bardzo się tym martwię. Artykuł piąty. Usuwamy konieczność stosowania prawa zamówień publicznych w pracach badawczych finansowanych ze środków publicznych.
– Andrzej, strasznie dużo czasu zajmie przygotowanie tego…
– To leży w ministerstwie nauki od 2020 roku, gotowe przepisy z analizą, uzasadnieniem, po konsultacjach w środowisku naukowym. Nic nie trzeba robić, tylko je wkleić do ustawy. Sam to szykowałem dla Murdzka.
– Zaczną na uczelniach kraść…
– Asia, myślisz, że teraz nie kradną? Uczciwi ludzie nigdy nie będą kraść, a złodzieje będą kraść zawsze. Naukowcy nie są żadnym wyjątkiem. Skończymy z publicznymi przetargami, w których dwóch dogadanych dostawców oferuje uczelni mikroskop za cenę 50 proc. wyższą od ceny katalogowej i 100 proc. wyższą od realnej rynkowej – to jest dopiero złodziejstwo. A na rozstrzygnięcie przetargu naukowiec czeka pół roku. Do tego zaostrzymy przepisy penalizujące przewały na środkach na badania. To będzie artykuł szósty. Jak ktoś ukradnie, to go bezwzględnie wsadzimy do pierdla i zabronimy mieć cokolwiek wspólnego z nauką i środkami publicznymi na zawsze. Wystarczy.
– Rozumiem. Co dalej?
– Siódemka. Zmiana modelu wyboru władz uczelni. Koniec z bolszewickim pomysłem, że żołnierze sami wybierają sobie dowódcę, który ma decydować o tym, czy będą walczyć, czy się dekować na zapleczu. A rektor zamiast pchać uczelnię do przodu i wywalać nierobów, jest zakładnikiem swoich wyborców. Wybór przesuniemy w 100 procentach na zewnętrzne, międzynarodowe rady.
– A dokładnie jak?
– Mam kilka pomysłów, ale jestem na to za głupi. W tym pomoże nam ten zespół. Wyślę ci numery do Jacka, dwóch Leszków, Marcina, Anki, Piotrka i Natalii. Mają się podzielić na nie mniej niż trzy grupy, maksymalnie cztery, dobrać sobie do współpracy kogokolwiek chcą skądkolwiek chcą i za tydzień wysłać nam trzy – cztery propozycje modelu wyboru władz w polskiej jednostce naukowej. Każda propozycja max na jedną stronę. I bez marnowania czasu na pisanie analiz czy uzasadnień – o tym pogadamy wspólnie, jak ich ze sobą zderzymy. Pamiętaj – na tydzień mają całkowity zakaz kontaktów między sobą. Nie chcę żadnych uśrednionych stanowisk. Chcę cztery różne propozycje. Aha – i Leszków nie dawaj do jednej grupy, bo się pozabijają.
– Andrzej, a oni zdążą?
– Normalnie nie, oni wszyscy to są bardzo kumate, ale jednak psory. Mają atrofię efektywności i nadekspresję wymądrzania. Zaczną się z tego doktoryzować. Dlatego powiesz im, że jak za tydzień nie dostaniemy propozycji, to wypadają z gry i będą mogli sobie narzekać na system polskiej nauki przez kolejne 30 lat. Wtedy zdążą.
– I taka metoda wypali?
– Skoro mi wypaliła przy tworzeniu WIBu za 500 milionów, budowie wskaźników komercjalizacji pośredniej i wdrożeń własnych w Łukasiewiczu, modelach wynagradzania i w paru innych kwestiach, i nijak nie dało się z tego ukręcić na mnie prokuratora, to czemu ma nie wypalić przy modelu wyboru rektora? To jest przecież dużo prostsze i masz na świecie pierdyliard sensownych wzorców. Zrobimy klasyczny zarządczy TBDM i po sprawie.
– Zapłacimy im za te prace? Samo przygotowanie umów zajmie nam dwa miesiące…
– Nic im nie będziemy płacić, im zależy na nauce, a nie na jakichś śmiesznych pieniądzach. To są prawdziwe psory, a nie cwaniaczki z tytułami. Sama zobaczysz.
– Uff… No to chyba najgorsze za nami..?
– Nie. Najgorsze przed nami – osiem do jedenaście. Model dystrybucji środków finansowych, model ewaluacji, model kształcenia wyższego i model kariery naukowej z dobrymi ścieżkami zmiany lub wyjścia. Boję się, że w dwa tygodnie możemy nie zdążyć, lepiej byłoby mieć miesiąc. Dlatego ty ogarniesz te punkty wyżej, a ja się zajmę tymi czterema syfami.
– A artykuł 12?
– Banał. Podniesienie nakładów na naukę o 100 proc. w pięć lat. Czyli do średniej unijnej – 2,2 proc. PKB. A za 10 lat gwarantowane 3 proc. Ale celowane, nie dla wszystkich. I dopiero po realizacji punktów 1-11, bo inaczej wszystko przeżrą i nic z tego nie będzie. Plan dałem Wieczorkowi w styczniu 2024.
– Andrzej, mogę mieć osobiste pytanie?
– Dajesz.
– A czy jak to wszystko przegłosują… I Nawrocki by podpisał… To myślisz, że mogłabym spróbować pracować na uczelni i zostawić tę robotę asystentki w KPRM?
– A jakie masz papiery?
– Zrobiłam doktorat z biologii molekularnej w Cambridge, mam cztery publikacje w recenzowanych czasopismach międzynarodowych, w tym jedną jako middle-author w „Nature”, pięć lat doświadczenia w projektowaniu paneli wielokolorowych w cytometrii przepływowej, ogarniam też QC bibliotek na TapeStation i przez rok ustawiałam runy na Illuminie i Oxford Nanopore.
– Mogłabyś.
Zrozumieć prawo. Kiedy przepisy przechodzą próbę ulicy
Zacząłem się zastanawiać, czy ta Beatka z RCLu też nie jest po jakimś doktoracie… Na ile znam nasze państwo, to stawiałbym na fizykę kwantową po Harvardzie… I na bank jej rodzice to uczciwi ludzie, skoro nie jest wicedyrektorem jakiegoś ministerialnego departamentu po licencjacie w Półtusku… Ups… sorry, Donek – Pułtusku.
I znowu telefon. To pewnie Karol, w sprawie tych monet… Nie… to budzik. O kurczę, ale odlot… W redakcji nie uwierzą, co mi się śniło…

