Reklama
Reklama
Nauka

Telefon od Tuska, czyli reforma polskiej nauki w 12 punktach

Tusk dzwoni do Dybczyńskiego, Kulasek leci w kosmos, a Polska jest rozhuśtana absurdem, kpiną i groteską. Ambasadorów wybiera się rzucając monetą, a o reformie nauki najlepiej rozmawiać z kierowcami ministrów – bo to oni wszystkim kierują. Tak o dwunastu decyzjach reformujących polską naukę śni Andrzej Dybczyński, były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

Andrzej Dybczyński
Felieton autorstwa: Andrzej Dybczyński
27 marca
15 minut
(fot. ALEKSANDER MAJDANSKI / NEWSPIX.PL/freepik.com/Wavebreak Media)

Reklama

TYLKO NA

Dzwoni do mnie wczoraj wieczorem Donek i jak zwykle bez przywitania od razu do rzeczy:


Reklama

– Podobał mi się ten Twój tekst z zeszłego roku o narcyzach w nauce i polityce.

– Ale ja go jeszcze nie opublikowałem, mam bana od przyjaciół, bo znowu wszystkich wkurzę.

– ABW go opublikowało, w jednym egzemplarzu.


Reklama

– Rozumiem. I dlatego dzwonisz?


Reklama

– Tak. Ty, słuchaj, chciałbyś być u mnie ministrem nauki?

Nie powiem, że mnie zamurowało, bo mnie nie zamurowało. Takiego telefonu spodziewam się w zasadzie od kiedy w okresie późnej szkoły podstawowej dowiedziałem się, że istnieje ministerstwo nauki, więc w ogóle nie byłem zaskoczony. Odpowiedziałem szczerze:

– Pewnie, że bym chciał, ale mówiąc wprost, to wolałbym być u ciebie premierem.


Reklama

– Nie przeginaj Andrzej…


Reklama

– Nie dasz się przekonać? Pogadajmy bez napinki… I tak masz od Karola szlaban na rządzenie za ten cyrk u Rymanowskiego.

– Kiedy ty w końcu zrozumiesz, że samo ego do rządzenia nie wystarczy??

– No a Trump..?


Reklama

– To se zostań prezydentem USA.


Reklama

– Chciałem, ale zablokowali mnie formalnie – urodziłem się w Wałbrzychu…

– Widać.

– Przez telefon...?


Reklama

– Nawet przez teleskop.


Reklama

– No a co z Kulaskiem?

– Nie zorientuje się.

– Jak to się nie zorientuje, przecież masz tylko jednego ministra nauki.


Reklama

– Po pierwsze, to nie mam żadnego. Po drugie tam i tak ciągle rządzi Wieczorek. Po trzecie zrobimy Kulaskowi ministerstwo przemysłu rakietowego i będzie git.


Reklama

– Dlaczego akurat rakietowego?

– W całym rządzie mamy bekę, że z Cichockim ogłosili program kosmiczny Łukasiewicza za 2,5 miliarda, a mają 30 milionów. Mówię ci, nie zajarzy.

– Ty, Donek, ale wiesz, że ja się nie nadaję na ministra?


Reklama

– A myślisz kretynie, że dlaczego do ciebie dzwonię? Widziałeś innych. Bierzesz to? Trzeci raz nie zapytam.


Reklama

– No jasne, że biorę! Ale tylko na miesiąc.

– Ogarnij się, przecież będę cię musiał odpalić już po dwóch tygodniach.

– Kurde, Donek, ja potrzebuję miesiąca... Dasz radę tyle czasu mnie chronić?


Reklama

– Dobra, miesiąc. Masz moje słowo.


Reklama

– I dasz mi zielone światło w Sejmie?

– Pełne wsparcie i lojalność. Słowo honoru. Nauka jest naszym priorytetem.

– Muszę wziąć do pomocy trzech kumatych pisiorów i dwie baby o strasznie lewicowych poglądach. Masakra, ale super kompetentne. I tylko jednego kolesia od Ciebie. Będzie dym.


Reklama

– To u mnie jest ktoś, kto zna się na nauce?


Reklama

– No mówię przecież, że jeden jest.

– To czemu nic o nim nie wiem?

– Ukrywa się.


Reklama

– Jak się nazywa?


Reklama

– Nie cwaniakuj, Donek. Powołasz go po mnie. Wytrzymasz te dwa tygodnie.

– Nie sprawdzaj mnie, Andrzej. Miesiąc, nie dwa tygodnie. Dałem ci przecież słowo honoru.

– No tak, zapomniałem. To powiem ci teraz, co chciałbym zrobić w nauce…


Reklama

– Zadzwoni Grabiec, trzym się.


Reklama

Czy warto wybrać karierę naukową? O chwili, która zmienia wszystko

Ech… Premier to jest strasznie zabiegany człowiek. Całe nasze państwo ma na głowie i jego przyszłość. A pan prezydent to jeszcze wtyka mu szpilki. No nic, czekam na ten telefon od Grabca i tak sobie myślę – ale to będzie beka, jak po dwóch latach robienia ze mnie pisowskiego złodzieja, nasyłania prokuratury i agencji czarnego PR wejdę sobie znowu do budynku przy Hożej na tę kartę, co mi jej ciągle nie zabrali. Jak zwykle zacznę od pokoju kierowców, żeby się trochę pośmiać i porozmawiać z rozgarniętymi ludźmi mającymi pojęcie o polskim systemie nauki. Dopiero potem pójdę na to pierwsze piętro…


Reklama

Dzwoni telefon. Słyszę przemiły głos:


Reklama

– Dobry wieczór panie profesorze. Dzwonię z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Nazywam się Joanna Nowak. Jestem trzecią asystentką czwartego sekretarza piątego zastępcy pana ministra Jana Grabca. Dzwonię do pana profesora w sprawie reformy polskiej nauki.

- Dobry wieczór. Proszę mnie nie nazywać profesorem. Nie jestem profesorem i nie będę profesorem. Jakbym chciał być profesorem, to bym już nim był.

– Najmocniej pana przepraszam, Proszę się nie denerwować. Ja po prostu nie wiedziałam. A jak pan profesor… przepraszam, a jak pan sobie życzy, żeby się do pana zwracać?


Reklama

– Jak pani chce. Andrzej, proszę pana, panie doktorze, Marysiu – jak pani woli.


Reklama

– A mogę panie doktorze?

– Skoro pani musi.

– No więc, panie doktorze, bo mi przekazano, że mam się z panem skontaktować, bo panu premierowi bardzo zależy na polskiej nauce.


Reklama

– Tak, widzę. Wszyscy widzimy. Nawet przez teleskop.


Reklama

– Teleskop...? Nie rozumiem…

– Nieważne.

– Oczywiście. No więc ja właśnie dlatego dzwonię… ale… no właśnie… proszę się nie gniewać, ale mi właśnie nie przekazano, co mam z panem doktorem ustalić i trochę tak chciałam podpytać, co mamy dalej robić…


Reklama

– Jasne, proszę się nie stresować, za PiSu było tak samo. Może pani notować?


Reklama

– Tak, oczywiście.

– Zadzwoni pani do biura pani Joanny Knapińskiej, prezes Rządowego Centrum Legislacji. Tam poprosi pani o kontakt do zastępczyni asystentki sekretarza pani prezes…

– To Beatka, ja ją dobrze znam! Razem studiowałyśmy.


Reklama

– Super. To od razu niech pani dzwoni do niej. Musi złapać paru asystentów posłów, żeby złożyli poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o służbie zagranicznej. Projektem poselskim ominiemy konsultacje społeczne. Będą wiedzieli, o co chodzi.


Reklama

– O służbie zagranicznej? Ale mi przekazano, że mamy reformować naukę, a nie służbę zagraniczną…

– Właśnie reformujemy naukę, niech się pani nie denerwuje.

– Oczywiście, słucham dalej.


Reklama

– W tej ustawie o służbie zagranicznej mają napisać trzy punkty. Punkt pierwszy, że osoby na stanowiska ambasadorów wyznacza raz premier, a raz prezydent – na zmianę, do wyczerpania wakatów. Punkt drugi, że jako pierwszy wyznacza ambasadora ten z nich, któremu przy rzucie monetą wypadnie orzełek. Punkt trzeci – pod żadnym pozorem nie mogą używać swoich monet, monetę dostaną ode mnie. Zapasowe też.


Reklama

– A pan premier się na to zgodzi?

– Zgodzi, on zna ten system z podwórka, z podziału na drużyny przy harataniu w gałę.

– Przy czym??


Reklama

– Przy grze w piłkę. To taki kaszubski idiom.


Reklama

– Rozumiem, zapisałam.

– Dobra, jedziemy dalej. W tej ustawie mają wprowadzić przepisy przejściowe i końcowe.

– Oczywiście. W sprawie kwalifikacji ambasadorów?


Reklama

– Nie, niech się pani skoncentruje. Zajmujemy się przecież nauką, nie służbą zagraniczną. I kogo w ogóle obchodzą kwalifikacje ambasadorów? I tak jadą na AI.


Reklama

– Przepraszam, oczywiście.

– Przepisy o nauce dokleimy do przepisów o służbie zagranicznej, które chłopców pogodzą, żeby przestali się okładać łopatkami jak w piaskownicy. Wtedy premier przepuści to przez parlament, a prezydent nie zawetuje. Jest duża szansa, że tej doklejki o nauce nawet nie zauważą. No więc za tydzień wyślę pani te przepisy, musimy je tylko dopracować w zespołach.

– A te zespoły to musimy jakoś powołać?


Reklama

– Nie, ci ludzie, którzy je utworzą, chcą zreformować polską naukę, a nie być członkami jakichś zespołów. Tylko Kulasek będzie dalej powoływał te swoje zespoły, ale już do spraw rakiet.


Reklama

– Rany boskie, jakich rakiet?? No dobrze, proszę mówić dalej.

– W tych przepisach końcowych przygotujemy wam dwanaście artykułów. Artykuł pierwszy – ustalenie minimalnego poziomu wynagradzania dla polskiego naukowca na poziomie średniego wynagrodzenia w przemyśle, notuje pani?

– Oczywiście.


Reklama

– Artykuł drugi. Odwrócimy drabinkę określania wynagrodzeń w systemie nauki. Punktem odniesienia będzie wynagrodzenie asystenta, a nie profesora, jasne?


Reklama

– Przepraszam, ale nie.

– Teraz minister określa rozporządzeniem najwyższe wynagrodzenie w systemie nauki – wynagrodzenie profesora. Wynagrodzenia na wszystkich innych, czyli niższych stanowiskach stanowią określony procent wynagrodzenia najwyższego, profesorskiego. Asystent to 50 proc., adiunkt to 73 proc. I tak dalej. Psor – 100 procent. Odwrócimy to. Napiszemy, że to wynagrodzenie na wszystkich stanowiskach wyższych od asystenta stanowi procent wynagrodzenia asystenta – asystent to 100 proc., a wyżej na przykład 120 proc., 150 proc., 200 proc.

– A, zaczynam rozumieć… Zaczną dbać o młodych… Panie doktorze, a te procenty też określi minister?


Reklama

– Pani Joasiu, minister już nic nie będzie określał. Ministrów będziemy trzymać od nauki jak najdalej. Najniższe wynagrodzenie asystenta określi ustawa – ma to pani w artykule pierwszym. A te procentowe progi na wyższych stanowiskach niech sobie określają uczelnie, jak im się podoba.


Reklama

– Rozumiem panie doktorze.

– Pani Joasiu, możemy mówić sobie po imieniu? Będzie łatwiej.

– Tak, będzie mi bardzo miło.


Reklama

– To się jeszcze okaże… Artykuł trzeci. Określimy nowe wymagania do uzyskania stopnia doktora. Będzie pięć. Po pierwsze doktorant przeprowadził oryginalne badania naukowe na temat problemu nie rozwiązanego dotychczas w nauce. Acha, tam będzie napisane, że światowej nauce. Nie ma czegoś takiego jak nauka polska. A w gramatyce historycznej języka polskiego wkład do nauki światowej wnosimy tylko my.  Więc żadnych pomysłów o doktoracie, który rozwija naukę polską. Po drugie, doktorat tworzy efekt w postaci nowej, weryfikowalnej i nieznanej wcześniej wiedzy. Po trzecie, doktorant musi mieć publikacje lub cytowania w czasopismach z pierwszego kwartyla swojej dyscypliny. Po czwarte, jawne recenzje i zakaz recenzowania dla spółdzielców lub współpracowników promotora. Po piąte, doktorant musi zdać przed międzynarodową komisją egzamin ze swojego doktoratu, z prawem do jednej poprawki. Obowiązkową częścią egzaminu będzie metodologia badań naukowych w danej dziedzinie. Koniec z pseudonaukową publicystyką.


Reklama

– Rozumiem. A co robimy z egzaminami językowymi, przedmiotowymi, dodatkowymi i całą resztą, która jest teraz?

– Wywalamy. Podnosimy poziom doktoratu, a nie złożoność procedury. To jest jądro reformy i tu jest kilka pułapek, które trzeba ominąć. Asia, a skąd ty w ogóle wiesz, że coś takiego jest?


Reklama

– Kiedyś ci opowiem. Co dalej?


Reklama

– Artykuł czwarty – wywalamy habilitacje i profesury. Zostawiamy tylko tym, co już je mają – dopóki nie wymrą.

– Będzie awantura.

– Tak, bardzo się tym martwię. Artykuł piąty. Usuwamy konieczność stosowania prawa zamówień publicznych w pracach badawczych finansowanych ze środków publicznych.


Reklama

– Andrzej, strasznie dużo czasu zajmie przygotowanie tego…


Reklama

– To leży w ministerstwie nauki od 2020 roku, gotowe przepisy z analizą, uzasadnieniem, po konsultacjach w środowisku naukowym. Nic nie trzeba robić, tylko je wkleić do ustawy. Sam to szykowałem dla Murdzka.

– Zaczną na uczelniach kraść…

– Asia, myślisz, że teraz nie kradną? Uczciwi ludzie nigdy nie będą kraść, a złodzieje będą kraść zawsze. Naukowcy nie są żadnym wyjątkiem. Skończymy z publicznymi przetargami, w których dwóch dogadanych dostawców oferuje uczelni mikroskop za cenę 50 proc. wyższą od ceny katalogowej i 100 proc. wyższą od realnej rynkowej – to jest dopiero złodziejstwo. A na rozstrzygnięcie przetargu naukowiec czeka pół roku. Do tego zaostrzymy przepisy penalizujące przewały na środkach na badania. To będzie artykuł szósty. Jak ktoś ukradnie, to go bezwzględnie wsadzimy do pierdla i zabronimy mieć cokolwiek wspólnego z nauką i środkami publicznymi na zawsze. Wystarczy.


Reklama

– Rozumiem. Co dalej?


Reklama

– Siódemka. Zmiana modelu wyboru władz uczelni. Koniec z bolszewickim pomysłem, że żołnierze sami wybierają sobie dowódcę, który ma decydować o tym, czy będą walczyć, czy się dekować na zapleczu. A rektor zamiast pchać uczelnię do przodu i wywalać nierobów, jest zakładnikiem swoich wyborców. Wybór przesuniemy w 100 procentach na zewnętrzne, międzynarodowe rady.

– A dokładnie jak?

– Mam kilka pomysłów, ale jestem na to za głupi. W tym pomoże nam ten zespół. Wyślę ci numery do Jacka, dwóch Leszków, Marcina, Anki, Piotrka i Natalii. Mają się podzielić na nie mniej niż trzy grupy, maksymalnie cztery, dobrać sobie do współpracy kogokolwiek chcą skądkolwiek chcą i za tydzień wysłać nam trzy – cztery propozycje modelu wyboru władz w polskiej jednostce naukowej. Każda propozycja max na jedną stronę. I bez marnowania czasu na pisanie analiz czy uzasadnień – o tym pogadamy wspólnie, jak ich ze sobą zderzymy. Pamiętaj – na tydzień mają całkowity zakaz kontaktów między sobą. Nie chcę żadnych uśrednionych stanowisk. Chcę cztery różne propozycje. Aha – i Leszków nie dawaj do jednej grupy, bo się pozabijają.


Reklama

– Andrzej, a oni zdążą?


Reklama

– Normalnie nie, oni wszyscy to są bardzo kumate, ale jednak psory. Mają atrofię efektywności i nadekspresję wymądrzania. Zaczną się z tego doktoryzować. Dlatego powiesz im, że jak za tydzień nie dostaniemy propozycji, to wypadają z gry i będą mogli sobie narzekać na system polskiej nauki przez kolejne 30 lat. Wtedy zdążą.

– I taka metoda wypali?

– Skoro mi wypaliła przy tworzeniu WIBu za 500 milionów, budowie wskaźników komercjalizacji pośredniej i wdrożeń własnych w Łukasiewiczu, modelach wynagradzania i w paru innych kwestiach, i nijak nie dało się z tego ukręcić na mnie prokuratora, to czemu ma nie wypalić przy modelu wyboru rektora? To jest przecież dużo prostsze i masz na świecie pierdyliard sensownych wzorców. Zrobimy klasyczny zarządczy TBDM i po sprawie.


Reklama

– Zapłacimy im za te prace? Samo przygotowanie umów zajmie nam dwa miesiące…


Reklama

– Nic im nie będziemy płacić, im zależy na nauce, a nie na jakichś śmiesznych pieniądzach. To są prawdziwe psory, a nie cwaniaczki z tytułami. Sama zobaczysz.

– Uff… No to chyba najgorsze za nami..?

– Nie. Najgorsze przed nami – osiem do jedenaście. Model dystrybucji środków finansowych, model ewaluacji, model kształcenia wyższego i model kariery naukowej z dobrymi ścieżkami zmiany lub wyjścia. Boję się, że w dwa tygodnie możemy nie zdążyć, lepiej byłoby mieć miesiąc. Dlatego ty ogarniesz te punkty wyżej, a ja się zajmę tymi czterema syfami.


Reklama

– A artykuł 12?


Reklama

– Banał. Podniesienie nakładów na naukę o 100 proc. w pięć lat. Czyli do średniej unijnej – 2,2 proc. PKB. A za 10 lat gwarantowane 3 proc. Ale celowane, nie dla wszystkich. I dopiero po realizacji punktów 1-11, bo inaczej wszystko przeżrą i nic z tego nie będzie. Plan dałem Wieczorkowi w styczniu 2024.

– Andrzej, mogę mieć osobiste pytanie?

– Dajesz.


Reklama

– A czy jak to wszystko przegłosują… I Nawrocki by podpisał… To myślisz, że mogłabym spróbować pracować na uczelni i zostawić tę robotę asystentki w KPRM?


Reklama

– A jakie masz papiery?

– Zrobiłam doktorat z biologii molekularnej w Cambridge, mam cztery publikacje w recenzowanych czasopismach międzynarodowych, w tym jedną jako middle-author w „Nature”, pięć lat doświadczenia w projektowaniu paneli wielokolorowych w cytometrii przepływowej, ogarniam też QC bibliotek na TapeStation i przez rok ustawiałam runy na Illuminie i Oxford Nanopore.

– Mogłabyś.


Reklama

Zrozumieć prawo. Kiedy przepisy przechodzą próbę ulicy


Reklama

Zacząłem się zastanawiać, czy ta Beatka z RCLu też nie jest po jakimś doktoracie… Na ile znam nasze państwo, to stawiałbym na fizykę kwantową po Harvardzie… I na bank jej rodzice to uczciwi ludzie, skoro nie jest wicedyrektorem jakiegoś ministerialnego departamentu po licencjacie w Półtusku… Ups… sorry, Donek – Pułtusku.

I znowu telefon. To pewnie Karol, w sprawie tych monet… Nie… to budzik. O kurczę, ale odlot… W redakcji nie uwierzą, co mi się śniło…


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Dybczyński
Andrzej DybczyńskiDoktor nauk humanistycznych, były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz – autor zewnętrzny