Reklama
Reklama
Nauka

Dlaczego Polska nie wystartuje bez nauki?

Polska polityka od lat traktuje naukę jak zbędny balast, choć bez niej państwo działa jak samolot bez skrzydeł – niby ruszy, ale nie poleci. Problem nie musi wynikać ze złej woli polityków, lecz z faktu, że nikt im nigdy nie wyjaśnił, po co właściwie jest nauka.

Andrzej Dybczyński
Felieton autorstwa: Andrzej Dybczyński
Dzisiaj 19:04
14 min
Nauka to jest taka część, która sprawia, że te wszystkie inne części daje się sensownie połączyć w jedną działającą całość. Nauka to są ci wszyscy ludzie, którzy najczęściej z wami nie lecą, którzy zostają na lotnisku, ale bez których wasz samolot w ogóle nie poleci. (fot. Maciej Kulczyński / PAP /Tło wygenerowane przez AI w Midjourney)

Reklama

TYLKO NA

Olśniło mnie w Wielką Sobotę.


Reklama

Ciągle narzekam, że polscy politycy ignorują znaczenie nauki dla rozwoju społeczeństwa. Że traktują ją jak polityczny łup, że nie dofinansowują, że ble ble ble… Próbuję żartem, próbuję na twardo, próbuję intelektualnie – i ciągle nic. Krew w piach.

Olśnienie przyszło, gdy przypomniałem sobie, jak starałem się zachęcić studentów do studiowania teorii stosunków międzynarodowych – mojego ukochanego przedmiotu, a przez wszystkich na wydziale uważanego za najnudniejszy i najmniej potrzebny na całych studiach. Ze studentami zawsze starałem się mieć żywy i luźny kontakt. Różnie się to kończyło, choć dzięki temu mam teraz dwójkę fajnych dzieciaków. No więc studenci skarżyli mi się, że cała ta teoria stosunków międzynarodowych, te wszystkie debaty interparadygmatyczne, te teorie cząstkowe, ta metodologia, że to wszystko jest przede wszystkim bardzo zagmatwane i niezrozumiałe.

Wówczas wpadłem na pomysł, by na każdych zajęciach powtarzać jedną prawdę trudną dla wszystkich nauczycieli. Prawdę, której nauczył mnie profesor Pietraszko. Nie jest głupi ten, kto słucha i nie rozumie, lecz ten, kto tłumaczy, i nie jest rozumiany. Jeśli nie rozumiecie, to jest moja wina – i zacznę tłumaczyć od nowa. A jeśli będę wam tłumaczył w ten sam sposób, to popukajcie się w czoło i powiedzcie mi, że już to mówiłem. Że nie jesteście głusi, tylko że macie kiepskiego nauczyciela. I każcie mi spróbować inaczej – bo to moja praca. Tak zacząłem robić – i całkiem nieźle to działało.


Reklama


Reklama

A może politycy ignorują naukę nie ze złej woli i nie ze swojego zepsucia? Może wcale nie są zdemoralizowanymi idiotami, jak ich kiedyś nazwałem, tylko zwyczajnie nikt im nigdy roli nauki w społeczeństwie nie wytłumaczył?

Więc dobra, to moja wina, a nie ich. Będę tłumaczył, ile trzeba. Zaczynamy kolejny raz. Zapraszam na wykład.

Drodzy politycy!

Gdy byłem mały, uwielbiałem sklejać modele samolotów. To się zaczęło, gdy miałem 6 lat. Przyszedł do nas znajomy i przyniósł mi połamany model radzieckiego samolotu pasażerskiego oraz tubkę kleju. Nie pamiętam twarzy tego znajomego, nie pamiętam kim był, ale pamiętam dokładnie ten samolot. Nie wiedziałem wówczas, że radzieckie samoloty z reguły są połamane i to jest ich normalny stan. Więc zacząłem go naprawiać. To był Tu-134. Strasznie mi się to spodobało – nie został żaden kawałek, a brakujące elementy uzupełniłem plastikiem z pudełka po śmietanie. Mama była trochę zła, że wylałem do zlewu śmietanę, ale machnęła na to ręką.


Reklama

Suwerenność technologiczna? Polska nie ma na to pieniędzy ani czasu


Reklama

Następnego dnia poszedłem do składnicy harcerskiej, ale tam były tylko trzy samoloty do wyboru. Dwa z nich to polski bombowiec PZL-37 A/B Łoś i radziecki myśliwiec Jak 1/1-M. Trzecim modelem był Westland Lysander z Matchboxa. Kosztował 700 złotych, mniej więcej połowę pensji mojej mamy. Miał super pudełko, i to jeszcze oklejone celofanem, nie jak tamte dwa. Ciągle pamiętam, jak fajnie to pudełko błyszczało... W naszej klasie jeden model z Matchboxa miał tylko Kiwi. To był De Havilland Mosquito i to pomalowany. No ale Kiwi to była zupełnie inna liga – jego tata handlował warzywami.

Kupiłem Jaka i tego samego popołudnia go skleiłem. Potem kupiłem Łosia, i strasznie się w to wkręciłem. Sprzedawałem butelki i kupowałem kolejne Łosie i Jaki. Oba były w różnych wersjach i ciągle zostawały mi jakieś części – głównie usterzenie, kabiny i owiewki, z którymi nie wiedziałem, co zrobić. Ale i tak zanim wszedłem do składnicy po kolejnego Jaka czy Łosia, to stawałem przed wystawą i patrzyłem na tego Westland Lysandera w pudełku z celofanem. Gdy wychodziłem, to też patrzyłem, ale krócej. Czułem, że to jakoś nie fair wobec tego samolotu, który miałem już w ręku.

Klejenie samolotów miało jeszcze tę zaletę, że gdy mama chciała odpędzić mnie od czytania i zagonić na boisko, do kopania piłki, to mogłem jej odpowiedzieć, że przecież wcale nie siedzę ciągle w książkach, że kleję też samoloty. Do dzisiaj zresztą moja mama powtarza, że wszystko wzięło się z tego, że za dużo się wówczas nawąchałem kleju. No ale kto mi na to pozwalał...?


Reklama

Więc tak sobie kleiłem i kleiłem. Wąchałem ten klej, a Jaków i Łosi robiło się coraz więcej. Wówczas zacząłem je palić.


Reklama

Na krawędzi

No nie, nie w mieszkaniu, absolutnie. Taki głupi nie byłem. Przynajmniej od czasu podpalenia pewnego roku w mieszkaniu bożonarodzeniowej choinki. Odkryłem wówczas dwie rzeczy. Po pierwsze, że własnoręcznie wykonane zimne ognie wcale nie muszą być zimne. I po drugie, że spalenie choinki, firanek, narożnika i telewizora może się skończyć brakiem zdolności do jedzenia na siedząco przez kilka dni.

A więc samoloty paliłem inaczej, bezpiecznie. Jak na filmach. Podkradałem z łazienki zwykłą watę – na co mama bardzo się złościła, choć nie wiedziałem wówczas, dlaczego. Następnie kupowałem w kiosku zmywacz do paznokci – pamiętam, że był tani i bardzo śmierdział. Pani mówiłem, że to dla mamy. A gdy mama była w pracy, jechałem na 10. piętro naszego wieżowca i przeciskałem się przez okienko suszarni na dach. Stawałem na samej krawędzi, choć bardzo się bałem, zwłaszcza gdy wiało – miałem lęk wysokości.


Reklama

Odcinałem z samolotu mały kawałek, w dziurę napychałem waty, nalewałem zmywacza, podpalałem i zrzucałem z dziesiątego piętra. Samoloty się paliły i spadały, choć trochę inaczej niż na filmach. Nie rozumiałem wówczas, dlaczego. Ale fajne było przynajmniej to, że ludzie na dole uciekali zupełnie tak samo, jak na filmach. Potem wpadłem na jeszcze jeden pomysł. Brałem żołnierzyki, z nitki i chusteczek do nosa robiłem im spadochrony i zrzucałem razem z płonącymi samolotami. Spadochronów już nie podpalałem.


Reklama

To było strasznie fajne, ale niestety nie trwało długo. Jakiś facet urządził na mnie na dachu zasadzkę. Poczekał, aż zrzucę kolejny płonący samolot i uratowanego pilota, pooglądam uciekających ludzi i cofnę się od krawędzi dachu. Złapał mnie za ucho i jeszcze na dachu spuścił mi taki łomot, że do dzisiaj przechodzą mnie ciarki. Potem zaciągnął mnie za to ucho do swojego mieszkania na 7. piętrze i czekaliśmy, aż moja mama wróci z pracy. Jego żona dała mi zupę, ale byłem tak przestraszony, że nie mogłem jeść.

Tego, co działo się po powrocie mamy, nie opowiem, bo nie wiem, jaki jest okres przedawnienia za takie czyny, a mamę kocham. Ale dzisiaj sobie myślę, że gdybym był wówczas cwańszy, to skurczybyk by siedział za pobicie i uprowadzenie dziecka, jego żona za współudział w porwaniu, a mojej mamie odebraliby prawa rodzicielskie. Albo bym ich wszystkich zaszantażował, że mają mi dostarczać deficytową watę i się nie wtrącać, bo pójdę na milicję. Tak, tak, wiem... Od milicjanta dostałbym po prostu trzecie lanie, a mama i sąsiad patrzyliby na to z satysfakcją. No, ale to były inne czasy…

Dwa tygodnie później dostałem tego Westland Lysandera z Matchboxa. Pewnie zrzuciło się na niego całe osiedle, z obawy przed kolejnymi podpaleniami.


Reklama

I teraz już mogę Wam wytłumaczyć, po co jest w państwie nauka.


Reklama

Niezbędny element

Pamiętacie, że z Łosia i Jaka ciągle zostawały mi jakieś części? I że mnie to wkurzało, bo miałem taką fazę, żeby wszystkie części do siebie dopasować? Do dzisiaj mi to zostało. Masakra.

Reforma nauki: śmieszno‑straszny sen o tym, co możliwe

No więc samolot to jest takie urządzenie, że jak jakiejś części nie ma, to owo urządzenie za dobrze nie działa. Na przykład jak nie ma skrzydła – choćby jednego – to nie poleci. Jak samolot nie będzie miał śmigieł, albo silników odrzutowych, to też nie poleci. To nie znaczy, że taki samolot nie działa w ogóle – trochę działa. Da się nim na przykład jeździć po pasie startowym. Albo zaczepić do innego, wyciągnąć do góry, zwolnić linę i on sobie wtedy trochę polata. To jest wtedy szybowiec.


Reklama

Ale gdybyście pojechali na lotnisko – i do Brukseli albo innego Waszyngtonu miałby was dowieźć samolot bez skrzydła, albo bez silnika, to byście nie wsiedli, prawda?


Reklama

No więc z państwem, którym rządzicie, jest bardzo podobnie. Ono jest jak taki samolot. Cholernie dużo części, od groma zależności, a często wystarczy, że brakuje jednego elementu i całość nie działa tak, jak powinna.

Ja rozumiem, że wy w kokpicie ciągle się kłócicie o to, kto ma trzymać ster i kto będzie mówił, dokąd lecimy, bo pilotowanie samolotu jest bardzo fajne. Ale za kokpitem, w kabinie, macie 37 milionów pasażerów. Większość bez spadochronów. I ci pasażerowie woleliby, żeby w samolocie były wszystkie części, a sam samolot – dobrze przygotowany do lotu. Nawet jeśli nasz pierwszy i drugi pilot to niekoniecznie jest jakaś załoga z Top Gun.

Nauka to jest właśnie taka część samolotu, czyli naszego państwa. A raczej część całego systemu latania. Dokładnie tak, jak na przykład gospodarka, wojsko albo administracja. Gospodarka to silnik – bez tego samolot trochę poleci, ale szybko spadnie. Wojsko to karabiny w wieżyczkach, żeby nie zestrzeliły nas inne samoloty. Administracja to załoga pokładowa, żeby pasażerom ktoś podał czasem wodę albo koc. Załoga pokładowa powinna być uprzejma i kompetentna, bo żyje z biletów, za które płacą pasażerowie. A w niektórych państwach, to jest samolotach, podaje pasażerom nie tylko wodę i koce. I nauka to jest taka sama część naszego samolotu, czyli państwa, jak wszystkie inne.


Reklama

Zrozumieć prawo. Kiedy przepisy przechodzą próbę ulicy


Reklama

Nauka drodzy politycy to jest taka część, która sprawia, że te wszystkie inne części daje się sensownie połączyć w jedną działającą całość. Nauka to są ci wszyscy ludzie, którzy najczęściej z wami nie lecą, którzy zostają na lotnisku, ale bez których wasz samolot w ogóle nie poleci.

To nauka sprawia, że samolot ma takie skrzydła, jakie powinien mieć – ani za długie, ani za krótkie. Że silniki działają przez kilkanaście godzin dziesięć kilometrów nad ziemią. Że wiecie, gdzie akurat jesteście i co nacisnąć lub pociągnąć, żebyście i wy, i 37 milionów pasażerów, dolecieli tam, gdzie chcecie.

Tak, to prawda – można się pozbyć obsługi naziemnej, tych wszystkich mechaników, inżynierów, meteorologów, kontrolerów lotu i tak dalej. Można się pozbyć ludzi, którzy przygotowują samolot do lotu. Ale wtedy stanie się jedna z trzech rzeczy.


Reklama

Po pierwsze, za to wszystko będziecie musieli zapłacić komuś innemu – znacznie drożej niż gdybyście korzystali z własnego systemu, z własnej obsługi naziemnej, z własnych specjalistów. I nie tylko zapłacicie dużo drożej – będziecie zawsze ostatni w kolejce do obsługi, i zawsze będziecie obsłużeni najgorzej. Tutaj sprawa jest bardzo prosta – jeśli nie będziecie chcieli płacić za polską naukę, to będziecie płacić za obcą.


Reklama

Po drugie, jeśli zdecydujecie się nie płacić nikomu – ani swoim, ani obcym, to pewnego dnia wasz samolot po prostu nie wystartuje. Nie odpalą silniki, nie włączy się komputer, nie będzie paliwa albo nie usłyszycie w słuchawkach, że pas jest „cleared for takeoff”. Zostaniecie na lotnisku, gdy inne samoloty już dawno odlecą. Zostaniecie na lotnisku tak samo, jak zostaliście pod koniec XVIII wieku. I nikt się nad nami nie ulituje. A pilotów dostaniemy z Moskwy, Berlina i Wiednia.

Ale to wcale nie jest jeszcze najgorsze. Może nawet bez tej całej obsługi, bez systemu nauki i tego wszystkiego, co on zapewnia, uda wam się jakoś wystartować. Możecie polecieć, całkiem nawet daleko. Tylko wtedy może się zdarzyć, że silniki wysiądą wam na środku oceanu. Że stery się zablokują, padnie elektronika, karabiny w wieżyczkach nie będą strzelać, a załoga pokładowa nie ochroni was przed paniką pasażerów.

Wiecie, co się wtedy stanie? To, co się stało w roku 1939. Roztrzaskacie o ziemię samolot z trzydziestoma milionami pasażerów na pokładzie. 20 proc. pójdzie do gazu. A sami, nawet jak przeżyjecie uderzenie, to skończycie chwilę później w Palmirach i Katyniu. Bardzo niewielu z was wyląduje na swoich szykowanych już dzisiaj spadochronach, na obcych lotniskach. A nawet wówczas będziecie tam już tylko pogardzanymi dawnymi pilotami, którzy rozbili własny samolot.


Reklama

Czy warto wybrać karierę naukową? O chwili, która zmienia wszystko


Reklama

Jeśli będziecie kiedyś na jakimś małym lotnisku, to zwróćcie uwagę, kto jest ostatnią osobą, której przed startem osobiście dziękuje pilot. I zwróćcie też uwagę, kto jest pierwszą osobą, której pilot dziękuje po szczęśliwym lądowaniu. To zawsze jest mechanik.

Klejenie samolotów może być bardzo pouczającą zabawą. Nawet, jeśli wiąże się z wąchaniem kleju. A jeśli któryś z was, naszych pilotów, zacznie się nad tym tekstem zastanawiać, to mam jeszcze tylko jedną prośbę – myśląc o polskiej nauce, zgaście płonący samolot. Bo ich palenie nigdy nie kończy się dobrze.

 


Reklama

PS Pozdrawiam wszystkich prawdziwych pracowników Instytutu Lotnictwa Łukasiewicza. Paweł wróci, wytrzymajcie.

 


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Dybczyński
Andrzej DybczyńskiDoktor nauk humanistycznych, były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz – autor zewnętrzny