Reklama
Kraj

Elektrownia jądrowa w Choczewie: Polska gościem we własnym domu?

Elektrownia jądrowa w Choczewie to nie tylko projekt energetyczny, lecz także test skuteczności polskiego państwa. Od sposobu prowadzenia negocjacji z Amerykanami zależy, czy rodzime firmy zdobędą bezcenne kompetencje, czy pozostaną jedynie podwykonawcami we własnym kraju.

Damian Kaźmierczak
Opinia autorstwa: Damian Kaźmierczak
Dzisiaj 11:52
12 min
Czy amerykańskie konsorcjum Westinghouse-Bechtel dopuści polskie firmy do zaawansowanych prac technologicznych, czy ograniczy ich rolę do prostych prac przygotowawczych? (fot. Pawel Wodzynski / East News)
TYLKO NA
  • Oficjalne deklaracje amerykańskiego konsorcjum o „polonizacji” projektu w Choczewie drastycznie rozjeżdżają się z ponurą rzeczywistością.
  • Istnieje realne ryzyko, że rodzimy biznes zostanie sprowadzony wyłącznie do roli taniej siły roboczej i prostych podwykonawców.
  • Polska strona przedwcześnie wyzbyła się przewag negocjacyjnych, jednak wciąż ma w ręku ostatni atut.
  • Szansą na wymuszenie ustępstw na Westinghouse i Bechtel jest twarde uzależnienie decyzji o budowie drugiej elektrowni od realnego zaangażowania polskiego biznesu.

Bieżące wydarzenia sugerują zacieśnianie więzi Warszawy i Waszyngtonu w obszarze energetyki oraz obronności. Przykładami są budowa w Polsce hubu dla amerykańskiego gazu przeznaczonego dla Europy Środkowo-Wschodniej, współpraca przy budowie elektrowni jądrowej w Choczewie oraz zabiegi strony polskiej o utworzenie stałej bazy wojsk Stanów Zjednoczonych na terytorium naszego kraju.

Wydarzenia te każą postawić kluczowe pytanie: czy należy w nich dostrzegać symptomy równoważenia relacji polsko-amerykańskich i przesuwania ich w kierunku bardziej partnerskich? A może sojusz ten daje jedynie iluzję równorzędnych stosunków, podczas gdy jego konstrukcja nadal opiera się na głębokiej asymetrii?

Przeczytaj także: Słowik komentuje wypowiedź posła KO. „Nie ma Pan pojęcia, jak wygląda rzeczywistość”

Reklama
Reklama

Polska bez wpływu 

Patrząc z boku na postępy jednego z trzech wymienionych wyżej projektów – budowy elektrowni jądrowej w Choczewie – ale z odległości na tyle bliskiej, by móc formułować jednoznaczne wnioski, trudno oprzeć się wrażeniu, że Polska pozostaje dla Amerykanów sojusznikiem drugiego rzędu. Istnieją poważne przesłanki, by sądzić, że Amerykanie wcale nie planują partnerskiej współpracy z polskimi firmami przy realizacji tej inwestycji, a polskie instytucje publiczne, będące gospodarzem tego projektu, nie są w stanie skutecznie ich do tego zobowiązać. W takim modelu Polska staje się gościem we własnym domu i jest pozbawiona wpływu na reguły gry.

Choć nic nie jest jeszcze przesądzone, na dziś dostrzegam poważne ryzyko, że polskie firmy zostaną sprowadzone przez Amerykanów do roli podwykonawców i poddostawców najniższego szczebla. W konsekwencji z budowy elektrowni jądrowej nie nauczą się właściwie niczego. Ewentualna materializacja tego czarnego, ale przecież realnego scenariusza, zwłaszcza jeśli spojrzeć na twardą postawę Amerykanów i flegmatyczne działania polskich instytucji publicznych wokół projektu, byłaby niezaprzeczalnym dowodem słabości naszego państwa w zakresie kształtowania własnej polityki przemysłowej w duchu patriotyzmu gospodarczego oraz budowy zrównoważonych relacji z krajami sojuszniczymi.

Przeczytaj także: Kto zmienił nazwy miejsc w Warszawie? Ekspert wyjaśnia incydent w Google Maps

Aby nie dopuścić do takiego rozwoju wydarzeń, państwo polskie musi przejść z głębokiej defensywy, w której tkwi od dłuższego czasu, do skutecznej ofensywy na całej linii biznesowego i dyplomatycznego frontu. Otwarte pozostaje pytanie, czy polskie instytucje mają odpowiednią motywację oraz dostateczny potencjał, by rozmawiać z Amerykanami o własnym projekcie jak równy z równym, a tam, gdzie wymaga tego polski interes, narzucać im własny punkt widzenia.

Reklama
Reklama

Deklaracje Amerykanów a rzeczywistość

Wsłuchując się w głos amerykańskiego konsorcjum Westinghouse–Bechtel, które buduje nam elektrownię jądrową w Choczewie, trudno nie zauważyć, że firmy te próbują stworzyć aurę modelowej współpracy z polskimi przedsiębiorstwami. W ich narracji polski „local content” jest absolutnym priorytetem i wartością nadrzędną, którą zamierzają respektować z nawiązką. Wtórują im liczni politycy i eksperci, którzy bezrefleksyjnie powielają ten punkt widzenia w przestrzeni publicznej. Tymczasem rzeczywistość jest znacznie bardziej ponura, niż wynikałoby to z tej starannie konstruowanej opowieści.

Apeluję, by opinia publiczna nie ulegała czarowi ostatnich zleceń dla polskich firm na prace przygotowawcze o najniższym poziomie skomplikowania, realizowane na wczesnym etapie budowy elektrowni, które dziś prezentowane są jako niezbity dowód na „polonizację” projektu w Choczewie przez Amerykanów. Nie umniejszam przy tym polskim firmom uczestniczącym w tym procesie, bo samo w sobie jest to dla nich duże osiągnięcie biznesowe i może bardzo pozytywnie przełożyć się na ich wyniki finansowe. Ambicje wielu polskich przedsiębiorstw sięgają jednak znacznie wyżej.

Obejmują one aktywne uczestnictwo w budowie największych i najbardziej zaawansowanych technicznie obiektów w Choczewie, w tym trzech reaktorów, które będą powstawały dopiero po 2030 roku. Zdobyte w ten sposób unikatowe kompetencje firmy te zamierzają wykorzystać przy budowie drugiej elektrowni jądrowej planowanej w Polsce oraz przy innych projektach nuklearnych rozwijanych w bliskim sąsiedztwie naszego kraju. Raporty Międzynarodowej Agencji Energetycznej jasno wskazują Europę Środkowo-Wschodnią i Północną jako regiony, w których energetyka jądrowa ma realną szansę na znaczący wzrost w nadchodzących dekadach.

Reklama
Reklama

I tutaj zaczynają się schody. Można odnieść wrażenie, że Amerykanie wcale nie przejawiają ochoty na szeroką współpracę z polskimi firmami, opartą na rzeczywistym przepływie know-how w zakresie realizacji projektu jądrowego, choć publicznie deklarują coś zupełnie innego. Dotychczasowy dialog Westinghouse’a i Bechtela z polskimi firmami nie wydaje się ani szczególnie partnerski, ani przesadnie intensywny. Co więcej, nasze spółki nadal nie znają modelu realizacji elektrowni, który wybiorą Amerykanie, więc nawet nie wiedzą, do czego właściwie mają się przygotowywać.

Przeczytaj także: ZDM reaguje na publikację Zero.pl. Słowik: Możecie napisać wszystko

Takie okoliczności mogą sugerować dwie rzeczy. Pierwsza: Amerykanie nie mają jeszcze jasno sprecyzowanego planu, w jaki sposób wybudują elektrownię jądrową w Polsce, co wcale nie wydaje się niemożliwe, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że najbliższe duże projekty energetyczne Bechtel realizował w Kazachstanie i Egipcie, których specyfika dalece odbiega od realiów europejskich. Polskiego rynku budowlanego muszą się dopiero nauczyć.

Drugie, moim zdaniem znacznie bardziej przekonujące wyjaśnienie, zakłada, że Amerykanie doskonale wiedzą, jak podejdą do budowy elektrowni w Polsce, ale w ich planach bliska współpraca z polskim biznesem jest co najwyżej „planem B”, a kwestia transferu kompetencji do polskich firm nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. To wszystko należy zestawić z mało asertywną postawą strony polskiej, która – w moim przekonaniu – w wielu obszarach nie wykazuje dostatecznej determinacji, by zapobiec marginalizacji rodzimych spółek przy budowie elektrowni w Choczewie.

Reklama
Reklama

Ryzyko marginalizacji polskich firm

O niemałym prawdopodobieństwie materializacji scenariusza, w którym polskie firmy zostaną sprowadzone do roli prostych monterów i taniej siły roboczej dla Amerykanów, świadczą konkretne fakty. Po pierwsze, polski rynek ma już doświadczenia ze współpracy z amerykańskimi firmami przy budowie obiektów wojskowych w Polsce. Kooperacja ta zawsze jest bardzo wymagająca, a zakupy w naszym kraju Amerykanie ograniczają do minimum i sprowadzają z zewnątrz wszystko, co tylko mogą. Skąd więc założenie, że przy okazji budowy elektrowni jądrowej będzie inaczej?

Po drugie, przez wiele miesięcy Amerykanie sondowali polskie firmy budowlane pod kątem wypożyczenia (sic!) pracowników na określony czas i za odpowiednim wynagrodzeniem, którzy pod nadzorem Bechtela mieliby budować naszą elektrownię jądrową. Jest to wypisz wymaluj model znany raczej z krajów afrykańskich lub azjatyckich, a na pewno nie sposób prowadzenia inwestycji właściwy Europie.

Po trzecie, Amerykanie od kilkudziesięciu lat pozostają w bliskich relacjach biznesowych z firmami budowlanymi z Turcji i Korei Południowej. W Bułgarii Westinghouse buduje elektrownię jądrową z koreańskim Hyundai E&C, Bechtel był zaangażowany przez Koreańczyków przy budowie elektrowni jądrowej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a na świecie intensywnie współpracuje z turecką firmą ENKA. Należy więc zakładać, że Amerykanie sondują udział tych firm także przy budowie elektrowni jądrowej w Polsce.

Reklama
Reklama

Tymczasem wybór modelu budowy elektrowni jądrowej ma fundamentalne znaczenie nie tylko dla polskiego biznesu, ale przede wszystkim dla tempa realizacji i ostatecznych kosztów całego przedsięwzięcia dla naszego państwa. Nietrafione decyzje Amerykanów, przy biernej postawie strony polskiej – na przykład polegające na nadmiernym rozdrobnieniu projektu na setki mniejszych zleceń realizowanych przez tysiące firm, które trudno będzie skutecznie skoordynować, albo na zaangażowaniu kilku spółek budowlanych z Azji, wbrew polskiej narracji o „local content” – zdecydowanie zwiększą ryzyko opóźnień i przekroczenia budżetu, które w projektach jądrowych na całym świecie są właściwie na porządku dziennym.

Przykładowo, w przypadku Flamanville 3 we Francji, Olkiluoto 3 w Finlandii czy Hinkley Point C opóźnienia sięgały od 5 do 15 lat, a budżety były przekraczane od dwóch do sześciu razy. Gdyby przełożyć ten scenariusz na polskie realia, elektrownia jądrowa w Choczewie powstałaby dopiero pod koniec lat 40. XXI wieku, a zamiast 200 mld zł kosztowałaby grubo ponad bilion złotych.

Warto też uzmysłowić sobie, że w Polsce mamy nieustającą tendencję do przeceniania osiągnięć Amerykanów i niedoszacowywania własnych kompetencji. Tymczasem należy pamiętać, że budowa elektrowni jądrowej Vogtle w amerykańskim stanie Georgia była spektakularną porażką energetyki jądrowej w Stanach Zjednoczonych. Inwestycja była opóźniona o siedem lat, jej budżet przekroczono ponad dwukrotnie, budowa zakończyła się bankructwem Westinghouse’a, a Bechtel musiał kończyć cały projekt po innym wykonawcy.

Przeczytaj także: Dwa etaty i kredyt na dziurę w ziemi. „Ludzie są wykończeni. Życie nam się wywróciło”

Reklama
Reklama

Ostatnia szansa na zmianę zasad gry

Okoliczności te powinny stanowić cenną wskazówkę dla tej części polskiej administracji, która może mieć pokusę, by całkowicie oddać Amerykanom kontrolę nad projektem w Choczewie, bez względu na interes polskich przedsiębiorstw, byle tylko mieć święty spokój, który bywa nad wyraz pożądaną cnotą w polskich instytucjach publicznych.

Taka postawa mocno kontrastowałaby z rozbudzonymi aspiracjami polskiego społeczeństwa w zakresie efektywnej realizacji megaprojektów infrastrukturalnych oraz pozostawałaby w całkowitej sprzeczności z ideą patriotyzmu gospodarczego, którą dziś przez wszystkie przypadki odmieniają politycy wszystkich opcji.

Z tego powodu wydaje się ze wszech miar słuszne, by strona polska nie spieszyła się z podpisaniem umowy EPC z Amerykanami – czyli swoistej konstytucji projektu w Choczewie, określającej wszystkie relacje na linii inwestor–wykonawca – jeśli nie będzie miała pewności, że udział polskiego biznesu w budowie tej elektrowni został należycie zabezpieczony. To na polskim rządzie, a zwłaszcza na Ministerstwie Energii oraz spółce PEJ jako bezpośrednim inwestorze, spoczywa odpowiedzialność za przekonanie Amerykanów do bliskiej współpracy z polskimi firmami i włączenia ich w amerykańskie łańcuchy dostaw w Europie.

Przeczytaj także: Donacje na Ukrainę będą jawne. Kosiniak-Kamysz zapowiedział

Reklama
Reklama

Rzecz w tym, że w rozmowach z Amerykanami Polska od początku jest pozbawiona przewag negocjacyjnych. Polski rząd kilka lat temu najpierw wskazał amerykańskie firmy jako partnerów do budowy pierwszej elektrowni jądrowej, a dopiero później zasiadł z nimi do negocjacyjnego stołu. Ponadto polskie instytucje publiczne są osłabiane przez ciągłe roszady kadrowe, które ograniczają skuteczność i koordynację ich działań. Nie oznacza to jednak, że Polska jest całkowicie pozbawiona atutów. Nasi urzędnicy muszą umiejętnie wykorzystywać do maksimum te nieliczne okazje, które czasami spadają nam z nieba. Jedna z nich dotyczy wyboru dostawcy technologii dla drugiej elektrowni jądrowej, którą planujemy wybudować w celu wzmocnienia naszego sektora energetycznego.

O nasze względy, obok Amerykanów, zabiegają także Francuzi i Kanadyjczycy. Zarówno francuski EDF, jak i kanadyjski AtkinsRéalis puszczają oko do polskiego biznesu, który chcą bardzo mocno zaangażować w projekt, jeśli dojdzie do jego realizacji. Amerykanie powinni otrzymać od strony polskiej jasny sygnał, że bez bliskiej współpracy z polskimi firmami nie mają co liczyć na drugi projekt po Choczewie.

Jest to jedna z ostatnich akcji meczu, w którym Polska może jeszcze strzelić gola i doprowadzić do remisu w relacjach z Amerykanami. A jak dobrze wie każdy kibic oglądający zmagania piłkarzy na mistrzostwach świata, niewykorzystane okazje lubią się mścić. Jeszcze gorzej byłoby jednak, gdybyśmy w meczu rozgrywanym na własnym boisku sami wbili piłkę do własnej bramki.

Źródło: Zero.pl
Damian Kaźmierczak
Damian KaźmierczakDoktor ekonomii, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, adiunkt na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego - autor zewnętrzny